Co się stało to się nie odstanie (chociaż kto wie, natura znała
dziwniejsze przypadki reunion). Natomiast nad rozpadem Queensryche na
dwie kapele powinniśmy przejść do porządku dziennego. Nie widzę sensu
płakać nad rozlanym mlekiem, lecz wyłapać jak najwięcej jasnych stron z
obecnej sytuacji. Geoff Tate postanowił działać pod szyldem OPERATION:
MINDCRIME, a muzycy, których (i tu zamierzone słowo) zatrudnił,
udzielają się w projekcie może nie do końca na zasadzie występów
gościnnych, ale nie opuszczając swoich dotychczasowych posad. Dla
sympatyków rockowego grania obecność w składzie Simona Wrighta i Johna
Moyera musiała zrobić wrażenie, może nawet większe niż na fanach
Queensryche fakt iż przygodę wraz z Tatem kontynuuje były gitarzysta
formacji – Kelly Gray.
Albo Geoff podupadł wizerunkowo swoimi przepychankami z byłymi kolegami,
albo marka O:M nie ma jeszcze wyrobionej renomy (w naszym kraju),
faktem jest że Warszawski koncert musiał zostać przeniesiony na Noise
Stage. Sytuacja ta dla obecnych tego wieczoru w klubie fanów wbrew
pozorom mogła wyjść na dobre. Mniejsza sala nie spowodowała wrażenia
przytłoczenia, jaką mogłaby zrobić delikatnie mówiąc oszczędna
frekwencja na sali głównej.
Kiedy dotarliśmy z trzy-kwadransowym wyprzedzeniem na miejsce, w
pierwszej kolejności odwiedziliśmy dobrze zaopatrzone stoisko merchu,
gdzie można było nabyć kilka różnych rodzajów koszulek, gadżetów
(wisiorki z gitarowych kostek), oraz nowy album z autografami muzyków, w
porównywalnej do sklepowej cenie. Co ciekawe stoisko prowadziła córka
Geoffa.
Kiedy zajęliśmy dogodne miejsca na scenie pojawił się człowiek próbujący
stroić akustyczną gitarę. Trochę pomęczył się z kablem, następnie
zaintonował kilka motywów coverowych… ale fakt, że nie przestawał tego
robić powodował zdziwienie. Kiedy tuż za nim pojawiła się
saksofonistka, jasnym stało się, że oto mamy do czynienia z koncertem
supportu. Irlandzki duet FIRE & WATER zaprezentował wiązankę coverów
i improwizacji w iście blues folkowym stylu, wprowadzając trochę luzu,
ale też powodując nieco konsternacji. Dość szybko jednak zaczęli
wzbudzać też aplauz. Kiedy Clódagh Kearney przy zejściu ze sceny
oświadczyła, że spotkamy się jeszcze tego wieczoru, bowiem wystąpi w
roli Siostry Marry podczas występu O:M, nie trzeba było mieć fakultetu z
managementu by załapać związki biznesowe.
W okolicach godziny 21 na scenę wkroczyli muzycy gwiazdy wieczoru.
Główny set który przygotowali na wieczór (a właściwie na trasę) składa
się z pełnego albumu Operation: Mindcrime (wykonane brawurowo, z
zastosowaniem wszelakich sampli i gościnnym występem Clódagh Kearney w
roli Marry). Następnie Geoff Tate porozmawiał trochę z publicznością, by
zaprezentować trzy utwory (singlowe) z albumu „The Key”. Później znów
wróciliśmy do repertuaru Queensryche, a w nim wybrzmiały utwory
„Damaged” i „Take hold of the flame”. W rozklejonej na podłodze liście
widniała w tym miejscu kreska i opis że kolejne kawałki będą zagrane na
bis. Publiczność jednak reagowała tak żywo, że porozumiewawcze
spojrzenia muzyków spowodowały, że nie udawali zakończenia występu.
Przeszli do bisów, na które złożyły się kawałki „Silent Lucidity”
(zabawnie zapowiedziany), „Jet city woman” i jako kulminacja „Empire”.
Na liście znajdował się również „The Thin Line”, który nie wybrzmiał
tego wieczoru… wywnioskowałem z zakłopotania klawiszowca i krótkiej
narady w tym miejscu, że zapodział gdzieś sample… trudno. Mieliśmy do
czynienia z kameralnym niemal, klubowym koncertem. A sami muzycy nie
dali po sobie poznać rozczarowania. Potraktowali swoją
kilkudziesiecio-osobową publiczność iście po królewsku. Podczas całego
występu muzycy uśmiechali się, przybijali piątki i żółwiki, rzucali w
tłum piórka. Co ważne zespół był naprawdę dobrze nagłośniony. Z
wyjątkowo dobrze zaakcentowanym basem. Zastrzeżenia można było mieć do
głośności wokalu. Ale to z kolei było odczuwalne w zależności od
obranego miejsca, a przestawało być mankamentem jeśli ktoś pokusił się o
zastosowanie zatyczek do uszu… Poza tym w momencie kiedy wszystkie
utwory zna się tak dobrze – nie stanowiło to przeszkody. A obecni tego
wieczoru w Progresji fani udowodnili niejednokrotnie że nie znaleźli się
tam z przypadku. Kilka razy kiedy Geoff przestał śpiewać (i to
niekoniecznie w refrenach) publiczność dośpiewywała daną frazę, co
powodowało uśmiechy aprobaty na twarzach muzyków.
Niezwłocznie po koncercie muzycy wyszli za stoliczek z gadżetami, gdzie
można było zamienić z nim kilka słów, uzyskać autografy, a problemem nie
było również namówienie ich do pozowania do wspólnych zdjęć. Cala nasza
ekipa wyrażała zadowolenie minionym show. Z jednej strony tak niewielki
koncert może i jest trochę smutnym faktem, jednak dla fana niesie inne
walory, jak bliskość z muzykami, zupełnie inny rodzaj chemii.
Zauważyłem, też że wielu przybyłych (w tym niżej podpisany) obłowiło się
na stoisku z koszulkami i płytami – być może to częściowo zrekompensuje
zespołowi frekwencję. W końcu liczy się jakość.
Faktem jest że dla kilku osób szalą która przeważyła na decyzji wybrania
się na ten koncert była wieść o wykonywaniu albumu Operation Mindcrime –
i nie mam tego za złe. Jednakże nie zarejestrowałem po występie zespołu
nikogo niezadowolonego nawet nowymi kawałkami.
Mam nadzieję, że nazwa zespołu zyska więcej renomy, a po wydaniu drugiej
części trylogii i organizacji kolejnej trasy, nie ominie ona naszego
kraju.
Jeśli jesteście fanami Queensryche i/lub głosu Geoffa, a nie byliście
tego wieczoru w Warszawie – sporo straciliście. Kolejnym razem (mam
nadzieję) widzimy się na głównej scenie.







Tekst: Piotr Spyra
Zdjęcia: Mariusz Spyra


















































