Na koncerty norweskiego GAZPACHO zawsze chodzę z ogromną przyjemnością
bo to jedna z moich ulubionych kapel, a wiele utworów marzycieli z Kraju
Fiordów towarzyszy mi już od lat i sprawia nieustanną frajdę. Tym razem
jeszcze z większą ochotą wybierałem się do warszawskiego klubu Karuzela
oddalonego jakieś 300 m od mojego domu, bo przed mistrzami nastroju
miała zagrać rewelacja ostatnich kilku lat – rosyjski zespół
iamthemorning (nazwę piszą małymi literami).
Czteroosobowy zespół rosyjski, po raz pierwszy występujący za granicą,
zaprezentował mix utworów ze swoich dwóch bardzo dobrze przyjętych w
progowym światku, pełnowymiarowych albumów (z 2012 i 2014 roku).
Ślicznie na klawiszach przygrywał założyciel grupy, bardzo utalentowany
kompozytor i pianista Gleb Kolyadin, ale największą uwagę przykuwała
niezwykle skromna i sympatyczna, ale też obdarzona bardzo miłym głosem
Marjana Semkina – prywatnie partnerka życiowa lidera zespołu. Urocza
dziewczyna raz po raz zaskakiwała publiczność – a to wtrącając zdania
po polsku, a to z gracją zapowiadając kolejne utwory, a to zasłaniając
usta z zażenowania po bardzo głośnym aplauzie, który publiczność
gotowała zespołowi praktycznie po każdym kawałku. Niespełna godzinny
występ Rosjan wywarł na słuchaczach naprawdę dobre wrażenie. Ich ciepła,
klimatyczna muzyka, okraszona pięknymi dźwiękami smyczków (znakomici
muzycy na skrzypcach i wiolonczeli), a także wyśmienita gra Kolyadina na
klawiszach (momentami miałem wrażenie, że śmiało mógłby wystąpić w
Konkursie Szopenowskim bo jego technika gry jest po prostu nienaganna…)
mogły zachwycić. Efektem ciepło przyjętego występu była kolejka po płyty
zespołu, która momentalnie ustawiła się zaraz po jego zejściu ze sceny.
Po kilkunastominutowej przerwie, przy zgaszonych światłach i
specyficznej, wprost kosmicznej scenografii, pojawili się na scenie
Norwescy mistrzowie subtelnych dźwięków, którzy na przystawkę
zaprezentowali trzy utwory z jeszcze cieplutkiej, właśnie wydanej płyty
pt. Molok. Przyznam się szczerze, że przed koncertem słuchałem tylko
jednego, zresztą dość przeciętnego utworu zapowiadającego to
wydawnictwo, ale dźwięki na żywo z nowego albumu zrobiły na mnie spore
wrażenie. Na publiczności chyba także bo zespół został nagrodzony wielką
owacją.
Kolejny utwór wywołał niemal euforię na widowni – nieśmiertelny The Walk
z genialnej , piątej płyty zespołu pt. Tick Tock podobał się chyba
wszystkim. Po jedynym kawałku z dość przeciętnej płyty Misa Antropos pt.
Defense Mechanism, frontmen grupy Jan Henrik Ohme zapowiedział dwa
utwory z poprzedniej, bardzo dobrze przyjętej płyty pt. Demon. Zwłaszcza
Death Room wybrzmiał tego dnia znakomicie, ale miałem mały niedosyt, że
Norwegowie nie zagrali mojego ulubionego kawałka z tej płyty pt. I’ve
Been Walking Part 2. Z nawiązką za to wynagrodziły mi to kolejne utwory ,
szczególnie z mojej ukochanej płyty grupy pt. Night. Zwłaszcza Upside
Down cudownie zagrany przez Gazpacho i wyśpiewany przez Ohme z ogromnym
feelingiem – wlał wiele ciepła do mojego muzycznego serca…
Zasadniczą cześć koncertu zakończył pompatyczny i szumnie zapowiedziany
przez lidera grupy utwór kończący najnowszą płytę pt. Molok Rising. Jego
ostatni dźwięk ma ponoć spowodować kiedyś koniec wszechświata. Tego
wieczoru spowodował natomiast ogromny aplauz dla zespołu i po krótkiej
przerwie mieliśmy brawurowo wykonany, znakomity utwór otwierający płytę
Tick Tock pt. Desert Fly. Po nim wybrzmiał jeden ze starszych utworów
grupy pt. Vera, który zapamiętam z fajnej solówki gitarzysty Jona Arne
Vilbo.
Był to bodaj już mój czwarty koncert Norwegów, którym mogłem nacieszyć
uszy i radować oczy. Jak zwykle zespół przez ponad dwie godziny dał z
siebie wszystko i chociaż nie usłyszałem ulubionego utworu z płyty
Demon, chociaż nie zagrali niemal kultowego Vulture z płytki pt.
Firebirds czy nieśmiertelnego Massive Ilussion z płytki pt. Night – to
130 minut na deskach Karuzeli należały do najlepszych chwil jakie
spędziłem do tej pory z muzykami Gazpacho. Jeśli dodam do tego urocze
pięćdziesiąt minut z nastrojową i zwiewną muzyką iamthemorning – to
chyba uznam ten wieczór za najlepszy koncertowy w mijającym roku.
Klimatycznym wieczorem w Karuzeli delektował się
Andrzej „Gandalf” Baczyński
Zdjęcia: Karolina Strzępek






















































