2014.11.03 – Fates Warning – Kraków

141103fateswarning

Na koncert Fates Warning czekałem jakieś 8 lat, prawie tyle samo co na ich nową płytę – „Darkness In A Different Light”. Początkowo zelektryzowała mnie zapowiedź koncertu w kwietniu tego roku, niestety nie doszło do niego. Po kilku miesiącach okazało się, że jednak podczas drugiej części trasy europejskiej odwiedzą nas w Krakowie. Miałem wielkie oczekiwania odnośnie tego występu, w końcu to protoplaści progresywnego metalu w najlepszym znaczeniu tego słowa. Jak zagrają po tylu latach pierwszy raz na polskiej ziemi?
Miejsce koncertu, klub Fabryka, to nieduży obiekt przypominający opuszczoną manufakturę czy magazynek pofabryczny. Miejsce niczym się niewyróżniające, ale przy koncercie zespołu jednak grającego rodzaj muzyki nieco zimniejszy, miejscami mroczniejszy, pasowało idealnie, niczym plan teledysku nakręconego w latach 80-tych przez metalowe grupy z Thrash Bay Area.
Supportem miała być grupa Headless, o której wcześniej nie słyszałem, ale która nagrała ostatni album z bębniarzem prosto z Queensryche – Scottem Rockenfieldem. Niestety, z nieznanych mi przyczyn występ ten się nie odbył.

Po chwili wyczekiwania zespół wchodzi na scenę i bez namysłu rozpoczyna koncert utworem z ostatniej płyty „One Thousand Fires”. Z miejsca, gdzie stałem (środek sali w odległości 2-3m od sceny) dźwięk był mało selektywny, w starciu z perkusją Jarzombka gitary i bas nie miały szans. Trudno, może się poprawi później. Sam utwór wypadł dynamicznie, zanim się zorientowaliśmy weszliśmy w płytę „Inside Out” i „Pale Fire”, jeden z moich ulubionych. Publiczność nieśmiało podśpiewuje refren wraz z Alderem, mój głos już też się rozgrzewa. Świetnie zaaranżowany akompaniament na dwie gitary, przy zamkniętych oczach za bębnami znowu siedzi Mark Zonder. Dla Bobby’ego zagranie partii Marka nie stanowi żadnego problemu, doskonale uchwytuje charakterystyczne niuanse, zabawę talerzami, jednak podskórnie czuć, że ma więcej mocy. Wszak poza tym, że perkusista to nietuzinkowy, dodatkowo na ciężkim graniu „zęby zjadł” i jego bębnowa artyleria jest w każdej chwili gotowa do ataku.
Po melodyjnej piosence cofamy się w czasie całkiem sporo, bo aż do „Perfect Symmetry” – „Part Of The Machine”. Do sali wkrada się zimno, chłodna matematyczna kalkulacja rytmów, częste zmiany metrum i techniczny profesjonalizm. Charakterystyczne miejsce koncertu tylko potęguje ten efekt.
Publiczność rozgrzewa się coraz bardziej przy kolejnym utworze zaczerpniętym z genialnego „Pleasant Shade Of Grey”, mimo wszystko wciąż czuć barierę pomiędzy „nimi” a „nami”. W końcu to ich pierwszy koncert w naszym kraju, dla wszystkich jest to „pierwszy raz”, stąd być może ta powściągliwość. Przeskakujemy do numeru otwierającego płytę „Disconnected”, mianowicie „One”. Nieśpieszne crescendo gitary elektrycznej powoduje u mnie przyspieszenie bicia serca, toż to bezapelacyjnie jeden z najważniejszych dla mnie utworów, ten jeden konkretny, od którego rozpoczęła się moja przygoda z Fates Warning. Po chwili dołącza bas, hi-hat Bobby’ego, energia się kumuluje i zmierza nieuchronnie do eksplozji otwierającej ten niezwykle dynamiczny utwór. Tego nam było trzeba, pod scenę rozpoczyna się szaleństwo, nogi same dołączają do szybkiego rytmu, ręce w powietrze, co sprawniejsi imitują Ray’a skaczącego po scenie. Z gardeł dobywa się wrzeszczące „I took a part of you, you took a part of me” wtórujące wokaliście, to był ten pierwszy moment, aczkolwiek niejedyny podczas koncertu, który należał wokalnie do nas, do publiczności. Widać zadowolonego Aldera, publiczność zareagowała żywiołowo, będzie się działo, bariera runęła z hukiem. We are one.
Kolejne utwory nie dają wytchnienia ani zespołowi, ani nam. „Simple Human” (do dziś leczę gardło), „I Am” i znów powrót do „Perfect Symmetry” (w końcu 25 lecie wydania albumu). Coraz żywiej, coraz głośniej, publiczność szaleje, obcy ludzie ściskają się z radości wspólnego uczestniczenia w tak ważnym dla nich wydarzeniu. Totalne szaleństwo. Zespół dalej prezentował sprawdzone, przebojowe i zawsze mile widziane numery z płyty „Parallels” po drodze zahaczając sentymentalnie o „Quietus” z „Ivory Gates Of Dreams” (płyta „No Exit”). Miłym akcentem było „Wish”, którego nie słyszałem wcześniej na żywo, ani się go nie spodziewałem. Ray powoli rozwijający temat w białej poświacie reflektorów i rytmicznym, nieco odhumanizowanym brzmieniem gitary to obrazek, który zapamiętam na długo.
Zespół zagrał tradycyjne dwie piosenki jako bis, ale nietradycyjnie wyszedł po raz kolejny w reakcji na ożywione roszczenia publiczności o więcej. „We Only Say Goodbye” w piękny sposób zakończyło ten fantastyczny koncert.

Później chłopaki podpisywali płyty i pozowali do zdjęć. Ray i Jim byli szczerze zaskoczeni tak gorącym przyjęciem, ewidentnie nie wiedzieli czego się spodziewać po polskiej publiczności i dostali wiele więcej niż mogliby oczekiwać. Już po koncercie wpisy członków zespołu na Facebooku wyrażające wielkie podziękowania jedynie to potwierdziły.
Fates Warning zagrał doskonały, żywiołowy i dynamiczny koncert w Krakowie i spotkał się z taką samą reakcją publiczności. Dla mnie to był jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy koncert w jakim miałem okazję uczestniczyć. Zobaczyć Neapol i umrzeć, dokładnie tak.

Pełna lista utworów:
1. One Thousand Fires
2. Pale Fire
3. Part of the Machine
4. A Pleasant Shade of Gray, Part III
5. One
6. Simple Human
7. I Am
8. Through Different Eyes
9. The Ivory Gate of Dreams: IV. Quietus
10. A Pleasant Shade of Gray, Part XI
11. Firefly
12. Wish
13. Life in Still Water
14. Nothing Left to Say
15. Monument
Encore
16. The Eleventh Hour
17. Point of View
Encore 2:
18. We Only Say Goodbye

Tekst: Marcin Szojda
Zdjęcia: Piotr Spyra, Marcin Szojda

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *