2014.08.26 – Life Festival – Oświęcim

clapton

Zaprawdę powiadam Ci drogi Czytelniku, że Oświęcim to nie tylko miasto słynące z pewnego wszystkim Nam znanego obozu zagłady, ale również ze wspaniałej imprezy muzycznej jaką jest niewątpliwie Life Festival prężnie rozwijający się na muzycznej mapie Polski twór zainicjowany przez Darka Maciborka. To ów człowiek od pięciu już lat ciągnie tę swoistą muzyczną karawanę i do perfekcji brakuje mu już niewiele.

Osobiście na Life Festivalu gościłem drugi raz mocno zachęcony poprzednim rokiem, gdzie Sting i jego „Back to Bass” Tour zmiotło widzów swoją niepodważalną mocą. Nie zastanawiając się zbytnio (no dobrze może trochę bo Gniewkowo kusiło ;-)) wsiadłem w moją szmaragdową błyskawicę, w odtwarzaczu najnowszy Loony Park (na razie najlepszy polski album AD 2014) i pojechałem do Oświęcimia.

Szybko i sprawnie dość znalazłem się na miejscu, gdzie pod bramkami wejściowymi stało może 5 osób. Z wejściem nie było problemu, szybki rzut oka na rozkład stoisk, oczywiście trzeba było zajrzeć do sklepiku i choć nie spodziewałem się ale minutę później byłem posiadaczem wyjątkowo ładnego T-Shirtu w kolorze brązu z Mistrzem Ericem na piersi. Uśmiechnięty od ucha do ucha udałem się zająć strategiczne miejsce… I co stałem przy barierce w drugim sektorze.
Cała impreza rozpoczęła się ciut wcześniej bo konferansjer Rusinek zaprosił pierwszą kapelę na scenę 15 minut przed czasem. I tu muszę przyznać, że zostałem zaskoczony bardzo mocno. EleanorKrieger to nowy twór na polskiej, rockowej scenie muzycznej. I co można powiedzieć.Jest bardzo obiecująco. Gdzieś w głowie przypomina mi się początek kariery zespołu Coma. Trochę może przybrudzone dźwięki, ale wpadają strasznie w ucho. Uwierzcie mi byłem zachwycony tymi dźwiękami. Ernest Staniaszek i jego ekipa swoją charyzmą opatula całą scenę i wsiadacie do tego kosmicznego promu na krótki stan nieważkości. Krótki bo tylko trochę ponad półgodzinny. Ale warto i będę obserwował poczynania chłopaków a nawet wyglądał ich albumu. Dla fanów z czasu „Pierwszego wyjścia z mroku” łódzkiego kwartetu pozycja obowiązkowa.

Rozochocony czekałem na dalszy bieg wydarzeń. I tu mała dygresja na temat przerw. Wszystko było niesamowicie sprawnie przygotowane bez dłużyzn. Jedynie przerwa przed gwiazdą wieczoru była dłuższa.Z resztą ekipa festiwalowa uwijała się w 15 minut a wszystko było dobrze ustawione. Nie należało się jedynie odwracać bo dźwięk odbijał się od mikserowni, która jest bardzo wysoka na festiwalu.

Nadszedł czas na następny punkt programu. Ice 9 to poczciwe chłopaki z Izraela, którzy grają coś w stylu takich zespołów jak Kings of Leon, Franz Ferdinand i tym podobne. Niestety jakość wokalna zespołu nie przywołuje najlepszych wspomnień. Wydaje mi się, że wokal nie był też dobrze ustawiony (był to jedyny mikserski zgrzyt według mnie podczas tego wieczoru). Choć małe zaskoczenie też miało miejsce podczas tego występu. Wokalista Noam Rotem wypowiedział po polsku słowa „Ciężko sprostać takim czasom…” i wtedy osłupiałem. Mały dreszczyk przeszedł po plecach po wykonaniu „Naszej klasy” Jacka Kaczmarskiego. Tak jakby duch wstąpił w wokalistę i wyszło czysto. „It’s a kind of magic” jakby zakrzyknął Freddie. Część tekstu jest w języku polskim ale przeważa tu hebrajski. Z informacji zasłyszanych podobno tekst nie był zbytnio modyfikowany aby dopasować go do oryginalnego podkładu. Ciekawostką jest, iż utwór ten podobno święcił triumfy na izraelskich listach przebojów kilka lat temu. Szkoda tylko, że reszta kompozycji zespołu była jakaś taka nijaka. Z przykrością muszę stwierdzić, że był to jednak najsłabszy punkt programu.

I tu znowu mała przerwa… Ale muszę bo po prostu w życiu byłem na trochu koncertach, ale tak sympatycznego ochroniarza jaki stał przed nami i pilnował porządku nigdy nie spotkałem. Uśmiechnięty, coś tam zagadnął, nawet podrygiwał na koncercie Claptona. No po prostu przywrócił mi wiarę w ochroniarzy. Oby tak dalej.

Na scenie jako trzeci z kolei pojawił się berliński zespół Abby. Na początku pojechali takim trancem, że w sumie do kompletu to chyba tylko ścieżki czegoś białego brakowało, aby mocno odlecieć. A i bez tego było odlotowo… chłopcy pojechali ostrą psychodelą i szczyptą space-rocka. Jeszcze fragmenty improwizacyjne. No po prostu miazga muzyczna w świetnym stylu. A dwie ostatnie kompozycje zapisałem i polecam z całego serca. Były to „Calm down” i „Monsters”. Spróbuj drogi Czytelniku, nie zawiedziesz się. Choć za pierwszym razem zapewne nie wejdzie ale Ja słuchając 50-minutowego setu bo po około pół godzinie kupiłem tę muzykę choć to nie jest główny nurt, którego słucham.

Pogoda nam trochę nie sprzyjała niestety bo po początkowym słońcu i rozdawaniu przez hostessy „byczych” okularów pogoda diametralnie się zmieniła i zachmurzenie nie odpuściło do końca dnia z przelotnymi opadami deszczu, ale o tym jeszczeza chwilę bo było na wskroś zabawnie.

Gdy w Belo Horizonte Brazylia rozpoczynała drugą połowę batalii o ćwierćfinał mistrzostw świata na scenie pojawiła się Ona. Księżniczka pop-rocka klimatycznego Edyta Bartosiewicz i jej znamienici muzycy. Miałem ogromne obawy co do tej części dnia festiwalowego. I niepotrzebnie. Edyta głosowo nic nie straciła. Muzycy z wysokiej półki (może trochę słabo słyszalny gitarzysta elektryczny lecz bas był niesamowicie dobrze nagłośniony co nie zdarza się często), a Edyta poczynała sobie na gryfie jak niejeden bóg grecki, który Gryfa miał możliwość dosiąść. Set był niesamowicie przekrojowy i w sumie składał się z prawie samych przebojów. Choć początek tego nie zapowiadał. Wszystko rozpoczęło się od „XXI wieku” (ze świetnym riffem Edyty) i „Love” z pierwszej płyty artystki. A później to już w sumie same hiciory. Edyta złapała za gitarę akustyczną i rozbrzmiał „Zegar” a później w nowej bardziej bluesowej aranżacji „Jenny”. Po zaśpiewaniu utworu „Wszystkiego najlepszego” śpiewająca zapytała czy ktoś w tym dniu nie miał urodzin. Okazało się, że jeden z widzów miał więc to właśnie Kacprowi został zadedykowany ten utwór. W pewnym momencie wokalistka zapowiedziała, że będzie śpiewać cover i zastanawia się jak szybko publiczność rozpozna cóź to będzie… a był to utwór „Love tellsusapart” z repertuaru Joy Division. Końcówka to już w sumie dwa wielkie przeboje: Szał (też nowa świetna, dynamiczna aranżacja) i Sen. Rozentuzjazmowany tłum oczywiście nie pozwolił odejść daleko Edycie i jej muzykom i wrócili jeszcze na jeden bis. „Ostatni” zaśpiewany wraz z publicznością zgromadzoną w tym dniu na stadionie oświęcimskiego MOSiR-u zwieńczył ten 75 minutowy set nie pozbawiony wzruszeń i powrotów do przeszłości gdy jeszcze polska muzyka popularna stała na wysokim poziomie.

Napięcie rosło i zagęszczenie tłumu również. Niestety bardziej się rozpadało a z przodu pojawiły się parasole, które zasłaniały tym, którzy trochę mniej zapłacili za bilet ale też chcieli zobaczyć mistrza Erica w całej okazałości. Zaczęli więc skandować „złóż parasol” i za każdym razem gdy jeden parasol się składał był on okraszony gromkimi brawami . Na całe szczęście przed głównym daniem wieczoru przestało padać i można było bez zakłóceń oddać się uczciemuzycznej serwowanej przez szefa kuchni Erica Claptona.

Zaczęło się punktualnie o 21. Mistrz wszedł na scenę, zadedykował Bobby’iemuWomackowi ten koncert i rozbrzmiały pierwsze takty „Somebody’sKnocking”. Ogólnie rzecz ujmując cały set był mieszanką coverów jak i utworów skomponowanych przez samego Claptona. Na uwagę szczególną zasługuje „HoochieCoochie Man” Muddy’egoWatersa w którym solówki na klawiszach i gitarach popłynęły tak pięknie jak łódź w dorzeczu Amazonki. Po wspaniałych wyczynach Slowhand’a na gitarze elektrycznej przyszedł czas na fragment z czarną jak noc gitarą akustyczną. „Driftin’ Blues” rozpoczął część akustyczną wieczoru. To właśnie w tym miejscu wybrzmiały dla mnie osobiście dwa najważniejsze utwory w repertuarze mistrza Erica czyli „Tears in Heaven” (piękna, delikatnie przyspieszona wersja z podwójnymi klawiszami) oraz „Layla” (magia sama w sobie). Później wokalnie zaprezentowiali się inni członkowie zespołu. Paul Carrack zaśpiewał „How Long” zaś Andy FairweatherLow – „Gin House”. W trakcie całego koncertu co chwilę dało się słyszeć piękne popisy poszczególnych muzyków jak i samego mistrza. Podstawowy set zakończył się przyjęty z ogromnym entuzjazmemprzebój J.J.Cale’a – „Cocaine”. Mistrz długo nie kazał na siebie czekać i na bis zagrał jeszcze „High Time We Went” oryginalnie wykonywany przez Joe Cocker’a. Po dokładnie 90 minutach wszyscy zeszli ze sceny i pomimo usilnych prób nie udało się wywołać Erica na choćby jeszcze jeden utwór. Muszę przyznać, że technicznie było perfekcyjnie. Jakość poruszania się po gryfie gitarowym przez Claptona to esencja i historia muzyki. Pozostali członkowie zespołu nie odbiegali od swojego frontmana. Jednak jest taka mała łyżka dziegciu w tym muzycznym miodzie. Wszystko to zostało odegrane przez Erica bez żadnych emocji, bez w sumie żadnej interakcji z publicznością. Bo po każdym utworze „ThankYou” nie uważam za przejaw kontaktu. Rozumiem, że 50 lat na scenie to szmat czasu, ale m.in. Paul McCartneybył tak życzliwy dla polskiej publiczności a panowie są z tej samej generacji muzycznej. Cóż, szkoda. Ja jednak i tak nie żałuję, bo warto było.

Te 6 godzin w oświęcimskim, muzycznym tyglu minęło jak z bicza trzasł i trzeba było wrócić do szarej rzeczywistości, która już nastąpiła na parkingu gdy musiałem czekam ponad 1,5 godziny aby się wydostać z Oświęcimia. Na szczęście płyt w samochodzie nie brakowało więc poczekałem i spokojnie wróciłem do domu. Jeszcze tylko dwa zdania. Muszę przyznać, że organizacja poprawiła się od zeszłego roku, no i ochrona też dużo przyjemniejsza była. Tak trzymać, a będzie jeszcze lepiej choć czy może być skoro w tym roku przynajmniej na dzień z Claptonem zostały wyprzedane wszystkie bilety. Trzymam kciuki i do zobaczenia za rok.

Michał „Angelus” Majewski

Setlista:

Edyta Bartosiewcz:
XXI wiek
Emmilou
Zegar
Jenny
Coś Zmieniło się…
Opowieść
Blues for You
Urodziny
Skłamałam
Love WillTearUsApart
Szał
Sen

bis:
Ostatni

————————
Eric Clapton:
Somebody’s Knocking
Key to the Highway
Pretending
HoochieCoochie Man
Tell the Truth
Driftin’ Blues
Nobody Knows You When You’re Down and Out
Crazy Mama
Tears In Heaven
Layla
How Long
Gin House
Cross Road Blues
Little Queen of Spades
Cocaine

bis:
High Time We Went

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *