2014.05.31 – Mietek Folk – Warszawa

Po wspaniałym koncercie Strefy Mocnych Wiatrów zastanawiałem się czy zostać jeszcze jeden dzień w Stolicy na koncert Mietka. Koncert zespołu Mietek Folk widziałem kilka lat temu podczas festiwalu w Krakowie i nie byłem zawiedziony mimo ich krótkiego występu. Więc pomyślałem, że taka okazja może się szybko nie powtórzyć. Krótka męska decyzja: „jak się bawić, to się bawić”. I jak się później okazało była to bardzo słuszna decyzja.

Ugadałem się z kolegami: Piotkiem i Boguszem, że spotkamy się na miejscu w „Tawernie Korszarz”. Niestety nie spotkaliśmy się w komplecie ponieważ Boguś dnia poprzedniego przegrał z „Finlandią” i nie był w stanie dojechać. Wcale mu się nie dziwię, w „Gnieździe Piratów” po koncercie Strefy Mocnych Wiatrów wiele się działo. Niech żałuje ten kto nie był, ale wróćmy do „Mietka”. Z muzyką zespołu zetknąłem się po raz pierwszy, kiedy w Zabrzu zacząłem chadzać do knajpy Bosman (niestety nieistniejącej już od kilku lat). Tam poznałem różnych ludzi, którzy zarazili mnie miłością do szant i do tej tawerny. W końcu przez około dwa lata w okresie studiów zostałem barmanem w w/w knajpie. Tam, ja jako wierny fan Running Wild, usłyszałem szantowe opowieści o korsarzach. W pieśniach tych prym wiódł oczywiście Mietek Folk. Niestety grupę tą zobaczyć na Śląsku graniczy z cudem, to jakby wyobrazić sobie ostatni odcinek serialu „Moda Na Sukces” .

Wracając do występu zespołu. Cały koncert był podzielony na trzy części. W każdym secie grupa wykonywała około dziesięciu kompozycji. Prawdę powiedziawszy nie spodziewałem się tak spokojnego początku, jednak z każdym zagranym kawałkiem robiło się coraz tłoczniej pod sceną. Pod koniec koncertu aż ciężko było przejść. W pierwszej odsłonie występu można było usłyszeć takie utwory jak „Złoto Dla Zuchwałych”; „Toast” czy wspaniała ballada „Czarnobrody”. Krótką przerwę, większość zgromadzonych wykorzystała na uzupełnienie płynów. W drugim secie, zdecydowanie było widać, że gitarzysta „Pachoł” wyraźnie się rozkręcił, a i żarty serwowane przez „De’Genera” zrobiły się bardziej pikantne. W tej części moje uszy radowały takie kawałki jak „Chłopcy Z Botany Bay”; „Australia” czy jeden z moich ulubionych „Wypij Jeszcze Raz”. Jednak apogeum szczęścia nastąpiło w trzeciej odsłonie, gdy chłopaki z Mietek Folk wytoczyli ciężkie działa. Chóralnie zaśpiewany „Jolly Roger” zniszczył wszystko co słyszałem dzisiejszego dnia, do tego mój ulubiony „Brander” pokazał wszystkim, że grane z całego serca szanty są po prostu przepiękne i zasługują na szacunek. Powiem szczerze, w ostatnim secie Mietek Fok naprawdę wbił mnie w ziemię. Kurde, zazdroszczę Warszawie, że ma tyle wspaniałych miejsc w których można się zabawić. U nas takich tawern czy knajp ze świeczką by szukać. Nie będę kłamał był to bez wątpienia jeden z najlepszych koncertów jakie widziałem w tym roku. Szkoda, że mam w pracy problemy z urlopem, bo bardzo chętnie wybrałbym się na Mazury posłuchać i pośpiewać utwory „Mietka”.

Podsumowując, koncert jak najbardziej udany, pełen ekspresji i mocy. Naprawdę wspaniały występ, chociaż brakowało mi kilku ulubionych kawałku. Jednak i tak miło było zobaczyć jak bawią się zgromadzeni goście w „Tawernie Korsarz”, którzy bez względu na wiek wspaniale się czuli i śpiewali większość tekstów. Mogę tylko powiedzieć, że nie żałuję ani jednej minuty spędzonej na tym koncercie. Takie występy dodają dużo pozytywnej energii, która pozwala przetrwać złe chwile w życiu i dodać otuchy w szarości dnia. Do następnego razu korsarze z „Mietka”. Mam nadzieję, że niedługo zawitacie do Zabrza.

Ahoj!

Dariusz Grölich

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *