Kilka tygodni temu ukazała się najnowsza płyta muzycznych marzycieli z
Norwegii pt. DEMON. Warszawa miała to szczęście, że to tu właśnie, w
nowym klubie Progresja miała miejsce światowa premiera tego albumu w
wersji live …
Mam jakąś słabość do zespołów z Norwegii. Airbag, The Windmill, Wobbler,
Kerrs Pink, Aunt Mary, Fruitcake, Fatal Fusion, Morild, Kvazar czy
White Willow – wszystkie te grupy należą do moich ulubionych i ich
płyty sprawiały mi dużo radości i wzruszeń. Ale chyba żadna z nich, w
moim rankingu nie może się równać z Gazpacho. Pokochałem tą grupę kilka
lat temu, po wysłuchaniu nieziemskiego, eterycznego albumu „Night”,
Potem była niewiele gorsza płyta pt. „Tick Tock”, dość zaskakująca, ale
również urokliwa „Missa Antropos” i trochę gorszy, ale nie pozbawiony
pięknych, melodyjnych kawałków „March of Ghosts”. Tuż przed warszawskim
koncertem wysłuchałem bodaj trzykrotnie najnowszego krążka „Demon” i z
wielkimi oczekiwaniami wybrałem się do nowego klubu Progresja, który
zmienił niedawno siedzibę, ale nie zmienił swojego rockowo-progresywnego
charakteru.
Norwegowie zaczęli koncert od kawałków z mojej ulubionej płytki pt.
„Tick Tock”, następnie zaprezentowali kawałek „Ghost” z debiutanckiego
krążka „Bravo”, „Golem” z „March of Progress” oraz jeden z moich
ukochanych utworów pt. „Vulture” – otwierający płytę „Firebird”.
Następnie świetnie dysponowany tego dnia frontmen zespołu – Jan Henrik
Ohme zapowiedział światową premierę w wersji live albumu „Demon” i
cudownie wybrzmiały dźwięki trzech z czterech utworów z tego krążka.
Mnie całkowicie pochłonął pulsujący, klimatyczny „I’ve Been Walking Part
II”. Ten utwór mógłby śmiało konkurować z najlepszymi kawałkami
bestsellerowej płyty „Night”! W wersji koncertowej wypadł chyba jeszcze
lepiej niż na płycie, rozgrzewając dwustuosobową publikę do czerwoności.
Po krótkiej przerwie zespół ponownie wrócił do swojego najlepszego
repertuaru z ostatnich płyt. Wybrzmiały dwa utwory z „Missa Antropos” ,
świetny „Winter is Never” z „Tick Tock”, a także „Black Lily” z „March
of Ghosts”. Po zejściu ze sceny gorący aplauz warszawskiej publiczności
nie dał Norwegom szans na szybkie zakończenie wieczoru, a ja – jak i
pewnie większość publiczności – czekałem na utwory z płyty „Night”.
Tradycyjnie już na bis doczekaliśmy się obszernych fragmentów tej płyty
(z moim ulubionym „Upside Down”), a wokalista z ogromną gracją
przedstawił wszystkich członków grupy, podkreślając szczególnie rolę
klawiszowca Thomasa Andersena, którego nazwał mistrzem i profesorem.
Ktoś z publiczności wręczył mu ogromny kwiat słonecznika, który sprawił
mu wielką frajdę.
Ani się obejrzeliśmy jak minęły dwie godziny tego magicznego występu,
który dał mnie jak i chyba całej publiczności wielką radość, a możliwość
posłuchania nowych, znakomitych utworów na żywo była naprawdę bezcenna…
Po koncercie, tradycyjnie w Progresji, zespół wyszedł do fanów,
chętnie podpisywał płyty i bilety wstępu, robił sobie wspólne zdjęcia z
chętnymi, a w kuluarach jak ciepłe bułeczki sprzedawały się płyty cd i
vinyle z najnowszą płytą. Henrik Ohme powiedział mi, że tak dobrze czują
się na koncertach w Polsce, że bardzo żałuje, iż tym razem wystąpią w
Polsce tylko dwukrotnie, ale obiecał że będą wracali do nas częściej.
Trzymamy za słowo, a wszystkim którzy nie mogli być na koncercie
polecamy ostatnią, naprawdę świetną płytę Gazpacho – zespołu już w pełni
dojrzałego i świadomego swojej wartości.
Andrzej „Gandalf” Baczyński


















































