2014.02.11 – Blackfield – Kraków

bf2013

Po raz drugi miałem okazję uczestniczyć w koncercie zespołu Blackfield. W przeciwieństwie jednak do pierwszego spotkania z grupą na żywo, tym razem nie miałem zbyt wygórowanych oczekiwań. Pomimo iż poprzednim razem zespół pozostawił w mojej pamięci znakomite wrażenie to ostatnie zmiany personalno-wydawnicze nie podziałały na mnie zachęcająco. Steven Wilson przestał być oficjalnym i stałym członkiem kapeli, choć wciąż jest jej silnym współpracownikiem. Nowy album to już praktycznie w całości dzieło Aviva Geffena, co niestety słychać. Eufemistycznie można stwierdzić, że czwarta płyta w dorobku Blackfield jest dziełem średnio udanym, a gdy ktoś mnie o to zapyta to na usta cisną się dużo mocniejsze słowa. Po zastanowieniu uznałem jednak że warto spędzić ten wieczór w klubie Studio. Przede wszystkim setlistę miały wypełnić zaledwie 3 lub 4 nowe kompozycje. Poza tym nie mogłem odpuścić możliwości zobaczenia ubóstwianego przeze mnie Stevena Wilsona. Nie spodziewałem się jednak cudów.

Jako support wystąpił Petter Carlsen. Widziałem tego artystę już kilka lat temu przy okazji koncertu zespołu Anathema i od tego czasu niestety nie poczynił żadnego postępu. Stał sam, grał na gitarze elektrycznej i śpiewał. Niestety przy całym moim uznaniu nie był to udany koncert. Takie granie nadaje się do słuchania na płytach, bądź podczas przygrywania do drinka w jakiejś wyspiarskiej knajpie. Był to bardzo przeciętny występ, który niestety po pewnym czasie zaczął się niemiłosiernie dłużyć. Oszczędne i nieco smętne przygrywanie na gitarze plus momentami bardzo irytujący wokal to chyba nie moja bajka. Być może gdyby Carlsen zdecydował się zagrać z gitarą akustyczną, bądź w towarzystwie innych muzyków to wyszłoby lepiej, a tak, było dość kuriozalnie. Niemniej jednak szacunek artyście się należy. Widać że kocha to co robi, a krakowskiej publiczności w dużej części przypadł do gustu. Każdy może mieć swoje zdanie, jeśli jednak większość osób byłą usatysfakcjonowana tym występem to wybór supportu należy ocenić in plus. Warto tu również przytoczyć tezę mojego współtowarzysza podczas tego występu, iż może dobrym pomysłem dla Pettera Carlsena jest występ w jakimś talent show. Wtedy jurorzy pewnie uroniliby łzę a publiczność szczerze wiwatowała. Ja tego nie kupuję, ale na szczęście nie tylko ja na tym świecie słucham muzyki.

Steven Wilson, Aviv Geffen i ich kompani dość szybko zjawili się na scenie. Koncert rozpoczął się od nowego utworu pt. Faking, a następnie dostaliśmy klasyk w postaci numeru Blackfield. Ogólnie z nowej płyty otrzymaliśmy całkiem niezłe kompozycje (Pills, Faking i Jupiter). Większość repertuaru stanowiły jednak utwory z dwóch pierwszych, rewelacyjnych w mojej ocenie krążków. Nie wiem jaki wpływ na ocenę występu miał fakt, że nieco przed wejściem Blackfield na scenę w drodze do toalety uderzyłem się w głowę (przestrzegam wszystkich przed przechodzeniem schylonym pod schodami w klubie Studio, gdy jest ciemno), ale byłem bardzo mile zaskoczony. Bałem się, że będę rozczarowany. Oczywiście zawsze, gdy słyszę Stevena Wilsona mam ciarki na całym ciele, ale przecież dowodzenie Aviva mogło odbić mi się czkawką. O dziwo panowie znów występowali jako duet, a nawet wiodącą rolę odgrywał lider (były lider) Porcupine Tree. Najważniejsze co chcę tutaj przekazać to chyba to, że podczas występu była MAGIA. Dźwięki płynące ze sceny wywoływały uśmiech na moich ustach. Geffen zachowywał się mniej teatralnie niż ostatnim razem, co należy uznać za pozytywny symptom. Steven Wilson jak zwykle oczarował mnie całkowicie, a i reszta muzyków nie odstawała od duetu poziomem. Kontakt z publicznością, nagłośnienie i przekaz ze sceny były na najwyższym poziomie. Jedyne do czego mogę się przyczepić to aranżacja niektórych kompozycji. W mojej ocenie momentami było zbyt mało subtelnie, a najbardziej raziło to w numerach w których taki rodzaj przekazu jest najbardziej pożądany (Some Day czy Hello). Niemniej jednak nie mogło to zepsuć ogólnego znakomitego wrażenia.

Mimo obaw zarysowanych we wstępie, nie żałuję, że uczestniczyłem w tym koncercie. Ten wieczór wspominać będę bardzo długo, nie tylko z powodu guza na głowie po zderzeniu ze schodami. Muzycznie była to prawdziwa uczta. Mój przekaz do ludzi mających podobne do moich obawy jest dość pozytywny. Bądźcie spokojni – na koncertach Blackfield to wciąż duet.

tekst: Piotr Bargieł
zdjęcia: Grzegorz Chorus

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *