2013.08.03 – OFF Festiwal – dzień II

Drugiego dnia OFF Festivalu padały rekordy wysokiej temperatury. Słupek rtęci przekroczył 39 stopni. Na scenach i wokół nich pewnie ten wynik był dużo wyższy bo dodatkowo atmosferę podgrzewały szalejące na nich zespoły. Podczas koncertów grup METZ, BRUTAL TRUTH czy THE PARADISE BANGKOK MOLAM INTERNATIONAL BAND po prostu się zagotowało.

OFF

Mimo wszystko to kilka minut po północy, rozpoczął się spektakl, który wspominać będę jeszcze bardzo długo. Kanadyjczycy z Goodspeed You! Black Emperor pozostawili trwały ślad po swojej obecności w Katowicach. Każdy kto stawił się na ich koncert, mógł odchodzić spod sceny odmieniony. Wcześniej jednak wystąpiło wiele obiecujących kapel.




METZ – KANADYJSKI WULKAN


Sub Pop udowadnia, że nadal potrafi dostrzec talent. Tym razem ich macki sięgnęły do kraju pachnącego żywicą, stamtąd wyjęli niezłych zadymiarzy, trio METZ. Nietuzinkowy, gitarowy łomot stał się zawartością ich ubiegłorocznego debiutu. Płyta znalazła się w większości podsumowań najlepszych wydawnictw 2012. Kiedy nadszedł czas ich występu trzeba było stawić się pod sceną, bez dwóch zdań. Koncert zespołu rozpoczął się przed godzina osiemnastą, i choć od zenitu słońce przebyło już kawałek drogi, gorąco było niemiłosiernie. Panowie z grupy Metz tego dnia dobitnie dali do zrozumienia, że nie ma taryfy ulgowej. Niesamowita energia która niemalże rozsadza ich pierwszy krążek tym razem eksplodowała na estradzie. Rozpoczęli karierę z przytupem, pokazali że ich moc jest porównywalna z rozczepieniem atomów. Strach się bać co będzie dalej.



MERCHANDISE – NOWICJUSZE I SPRAWDZONE DŹWIĘKI


Kolejne trio tym razem ze Stanów Zjednoczonych a konkretnie z Florydy. W ich kompozycjach słychać echa post punkowych kapel z lat osiemdziesiątych. Mam wrażenie, że wokalista Carson Cox dużo czerpie ze sposobu śpiewania przez Morriseya, z resztą stylistycznie Merchnadise nie daleko do The Smiths. Koncertowy repertuar składał się z utworów pochodzących z dwóch wydanych do tej pory płyt „Chldren Of Desire” i „Totale Nite (Night People)”. Gitarowe melodyjne granie. Przyjemnie się tego słuch ale z drugiej strony niewiele po zakończeniu występu pozostało w pamięci. Ot sympatyczna grupa z sympatycznymi piosenkami. I tyle.




JENS LEKMAN – RADOSNY ROMANTYK


Nie wiele wiedziałem o Jensie Lekmanie idąc na jego występ do namiotu gdzie znajdowała się scena Trójki. Tyle tylko że nagrał podobno płytę pod wpływem przeżyć związanych z rozstaniem. Z kim? Nie wiem. Jeżeli jednak dla kogoś rozstania są traumatycznym przeżyciem, powinien zaprzyjaźnić się z wrażliwym Szwedem. W jego utworach jest więcej radości niż w niektórych piosenkach o spełnionej miłości. Wystarczy posłuchać takiego „I Know What Love Isn’t” czyli tytułowego kawałka z ostatniego albumu. Publiczność gromadne stawiła się w namiocie, najbliższą odległość od sceny głównie opanowała płeć żeńska , żywiołowo reagując na momentami skoczne folkowe numery. Jeżeli mam być szczery nie dla mnie, więc szybko przeniosłem się na koncert zespołu który w ostatniej chwili wszedł do festiwalowego line up’u.



THE PARADISE BANGKOK MOLAM INTERNATIONAL BAND – CZARNY KOŃ Z BANGKOKU


The Paradise Bangkok Molam International Band na Off Festivalu o czasie w którym pierwotnie na scenie miała sie pojawić Solange, starsza siostra Beyonce. Artystka postanowiła jednak zamiast koncertować poukładać swoje prywatne oraz artystyczne życie i przyjazd odwołała. Prosto z Tajlandii przyleciała kompletnie nikomu nie znana, egzotyczna kapela, która wydawałoby się ma być zapchaj dziurą, w rzeczywistości stała się kolejną rewelacją festiwalu. Muzyka oparta na lokalnym, tajskim folklorze i skoczne rytmy porwały ze sobą publiczność do zabawy. Może okażę się teraz kompletnym abnegatem ale nie mam pojęcia jak nazywają instrumenty na których zagrało dwóch muzyków zespołu. Jedno wiem na pewno, że gość który dzierżył w dłoniach instrument szarpany, wyglądający jak skrzyżowanie banjo z gitarą w wersji azjatyckiej, potrafił z niego robić dobry użytek. Jego długie, improwizowane solówki przy których sam wpadał w trans cały czas jednostajnie podskakując, hipnotyzowały zgromadzonych, zmuszając do takich samych posuwistych ruchów.


BRUTAL TRUTH – CIOS W SPLOT SŁONECZNY


Wokalista Brutal Truth na próbach, z piwem w dłoni robił wrażenie dobrego wujka, któremu można się zwierzyć z problemów. Podczas występu Kevin Sharp zmienił się w ostrego kolesia, zaś muzyka głośno i brutalnie manifestowała prawdy zawarte w utworach. Fani thrash metalu pewnie pamiętają basistę Dana Lilkera z pierwszego składu Anthrax czy jako muzyka Nuclear Assault. Na początku lat dziewięćdziesiątych postanowił założyć nową kapelę i wraz z pozostałymi muzykami Brutal Truth przesunąć granice ekstremalnego grania. Jazda bez trzymanki. Ekstremum na scenie przekładało się na niekontrolowane „tańce” pod estradą. Wszystko usprawiedliwione, nie można było inaczej.


THE WALKMEN – ELEGANCJA, SZYK I ŁANE PIOSENKI


Coś mi się wydaję że The Walkmen już niedługo przeniosą się na stadiony. Ostatnia płyta, ubiegłoroczna „Heaven” to zbiór niezłych, melodyjnych utworów. Zabrakło jedynie przeboju, który wprowadziłby całość po strzechy. Z punktu widzenia melomanów poszukujących nowych, zaskakujących brzmień The Walkmen nie stanowią żadnej gratki. Natomiast dla wszystkich lubiących niebanalne piosenki z gitarą w roli głównej spotkanie z Amerykanami może przynieść sporo satysfakcji. Zwłaszcza spotkanie na żywo . Punktualnie o wyznaczonej godzinie ( co jest normą podczas Off Festivalu) na scenie pojawił się elegancki, ubrany w szykowny garnitur Hamilton Leithauser wraz z towarzyszami. Muzyka popłynęła w eter. Muszę przyznać że muzyka The Walkmen zyskuje na koncercie, panowie zabrzmieli mocniej, bardzie wyrazicie niż na płytach.




GODSPEED YOU! BLACK EMPEROR – METAFIZYCZNY SPEKTAKL


Rola „gwiazdy” drugiego dnia festiwalu przypadła Godspeed You! Black Emperor. Przed koncertem miałem wrażenie że będzie to atrakcja dla wtajemniczonych, okazało się że tych zaznajomionych z twórczością Kanadyjczyków jest całkiem sporo. Nie można oczywiście wykluczyć że wśród publiczności znalazły się osoby, których pod scenę przywiodła jedynie ciekawość. Jeżeli ktoś jednak pozwolił się wprowadzić w odpowiedni nastrój koncertu, ten zapewne długo tego wieczoru nie zapomni, bo występ GY!BE to niesamowite przeżycie. Zespół odgrywał swoje utwory pogrążony w niemal całkowitej ciemności na scenie. Widz został poddany pewnego rodzaju manipulacji. Z głośników wydobywała się hipnotyzująca muzyka (wymykająca się jakimkolwiek próbom określenia, brzmi to jak gdyby muzycy filharmonii założyli rockowy band), na ekranach wyświetlano filmy, których treść była równie mroczna jak otaczające dźwięki. Momentami można było się poczuć jak Alex DeLarge, bohater powieści Anthony Burgessa pt.”Mechaniczna pomarańcza” w trakcie uzdrawiającego eksperymentu. Takich koncertów się nie zapomina. Nigdy.

Witold Żogała

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *