2013.08.02 – OFF Festiwal – dzień I

VII edycja OFF Festivalu rozpoczęła się skąpana w promieniach słońca. 34 stopni Celsjusza dawały się we znaki wszystkim. Jednak występ na tym wyjątkowym na skalę europejską festiwalu sprawiał że zespołom upał w trakcie występu nie przeszkadzał. Przynajmniej tak to wyglądało z perspektywy widza. Natomiast jeżeli wskazać najlepsze wykonanie wieczoru to trzeba wymienić… ZBIGNIEWA WODECKIEGO!


OFF

Upał. Dla publiczności, świetny jak zwykle, organizator Artur Rojek zaplanował polewanie wodą, możliwość wniesienia na teren festiwalu własnych butelek z płynem albo możliwość zakupienia mineralnej po bardzo niskich cenach. Susza opanowana, teraz czas na wyprawy pod scenę. Off Festival to cykl koncertów które odbywają się na czterech scenach, momentami w tym samym czasie. Trzeba dokonywać wyborów.


1926 – KOSMICZNY ODLOT

OFF

Podczas ubiegłorocznego Off Festivalu jedną z gwiazd był zespół SWANS, na ich koncercie pojawiło się kilku muzyków z Trójmiasta, którzy pod wpływem tego co zobaczyli wówczas na scenie, a w zasadzie togo co usłyszeli podczas koncertu grupy Michaela Giry, postanowili założyć nowy zespół. Nadali mu nazwę 1926, upamiętniając tym samym datę powstania rodzimego miasta Gdynia. Dokładnie rok od tego momentu sami stanęli na festiwalowej scenie. Idąc na ich występ, byłem przekonany że podzielą los wszystkich kapel, którym przychodzi grać jako pierwszym. Zazwyczaj koncerty odbywają się przy niewielkiej grupie publiczności. Powyższe nie dotyczy 1926. Pod sceną zgromadził się naprawdę spory tłumek. Z głośników wydobywały się kosmicznie odjechane dźwięki. Wzorem Swans było bardzo głośno, muzyka brutalnie wtłaczała się w organizmy słuchaczy. Długie , rozbudowane utwory, wprawiały przybyłych w chocholi trans. Taki koncert wspaniale byłoby wysłuchać nocą, wtedy dodatkowo świetlna iluminacja nadałaby mu odpowiednią oprawę. Cóż, na bycie headlinerem grupa 1926 musi jeszcze poczekać, mam szczerą nadzieje że niedługo.


UNCLE ACID AND THE DEADBEATS – HIPPISI W NATARCIU

OFF

Nie powiem, ostrzyłem sobie zęby na ten koncert już od dawna. Kolejny powrót do przebogatych muzycznie lat 70-tych. Świetnie oddaje ducha zespołu opis w przewodniku po Off Festiwalu: „Wyobraźcie sobie oryginalny zespół Alice Coopera, grającego w celi jam session z Black Sabbath i Stooges, w oczekiwaniu na proces o morderstwo”. Występ nie zawiódł, jak przystało na kapelę z pogranicza metalu i psychodelicznego rocka zagrali niezwykle energetycznie, chociaż nie mieli łatwo. W trakcie ich show promienie słoneczne padały wprost na scenę, a oni poubierani w czarne swetry, koszulki, dżinsowe kurtki i do tego cały czas w ruchu. Kiedy spotkałem Deana Millara Itamara Rubingera, Yotama Rubingera za kulisami byli przemoczeni do suchej nitki. Na moje pytanie: jak przetrwali pobyt na scenie, odpowiedzieli krótko: nie przetrwaliśmy! i było to widoczne. Szybkie uzupełnienie płynów chmielowym sokiem spowodował widoczne zachwianie pracy błędnika. W trakcie wymiany kurtuazji dowiedziałem się że polskie dziewczyny są piękne a polskie piwo wyśmienite. Chociaż w taki sposób mogliśmy się zrewanżować za dobry koncert.


CLOUD NOTHINGS – HAŁAŚLIWI WARIACI

OFF

W ubiegłym roku dałem się ponieść płycie „Attack On Memory” jak z resztą wielu innych miłośnikom gitarowego grania. Z dnia na dzień stali się ważnym zespołem indie rockowej sceny. Potwierdził to choćby zasłużony magazyn Rolling Stone, wyróżniając album amerykanów wśród najlepszych wydawnictw 2012 roku. Każdy lubiący kontrolowany hałas stawił się po sceną, a panowie z Cloud Nothings odpłacili się kakofonią dźwięków gniewnie zagranych. Doczekałem się także wykonania mojego ulubionego kawałka z ostatniej płyty, dekadenckiego „No Future/No Past. Być może to znowu z powodu potwornego upału, który musiał dawać się we znaki zwłaszcza muzykom na scenie, ale piosenka która ma potworną siłę i moc, nie zabrzmiała tak intensywnie jak na płycie. Wydanie koncertowe pozbawione zostało tej niezwykłej dramaturgi,i za którą uwielbiam ten numer. Występ zaliczony, teraz czas na kolejny album.

OFF

GIRLS AGAINST BOYS – POWROTY CZĘŚĆ PIERWSZA

Off Festival rejestruje i prezentuje wszystko co aktualnie dzieje sie na scenach niezależnego grania. Także można być świadkiem mniej lub bardziej spektakularnych powrotów. Uczestnikiem pierwszego z nich można było być oglądając występ obecnie nowojorczyków z Girls Against Boys. Wcześniej w latach dziewięćdziesiątych tworzyli waszyngtońską scenę hardcore’wą. Ostatnią płytę wydali ponad dekadę temu. W tym roku zebrali się by zagrać kilka koncertów, jak często bywa mała ilość zmienia się w wysoką jakość i tak należy ocenić ich muzykowanie na festiwalowej estradzie. Solidne gitarowe, rytmiczne granie, wymuszające podskakiwanie publiczności.



ZBIGNIEW WODECKI WITH MITCH AND MITCH – ZGARNĘLI CAŁĄ PULĘ

Przed kocertem Zbigniewa Wodeckiego wraz z zespołem Mitch And Mitch było wiele znaków zapytania. Przede wszystkim jak przyjmie rodzimego piosenkarza off’owa publiczność, która wydawałoby się w większości znać może Wodeckiego jedynie ze śpiewanych przez rodziców kołysanek o pszczółce Maji. Po drugie jak daleko posunęli się artyści w nowych aranżacjach piosenek z debiutanckiej płyty z roku 1976, bowiem właśnie materiał z tego albumu miał zostać odegrany w całości. Pierwsza niewiadoma dawała się we znaki Wodeckiemu. Znany jest przecież z poczucia humoru którym często obdarza zgromadzonych na jego występach widzów. Tym razem był maksymalnie skoncentrowany, skupiony, wydawał się być bardzo spięty. Obawy kazały się jednak nieuzasadnione. Publika przyjęła pana Zbigniewa bardzo ciepło, reagując na pojawienie się artysty na scenie wręcz entuzjastycznie. Kolejny raz okazało się że na Off Festival przybywają dojrzali melomani, otwarci na każdy rodzaj wartościowej sztuki. Rewolucji w przygotowanych na piątkowy wieczór wersjach piosenek nie było, ale zabawy co niemiara. Po zakończeniu spektaklu, roztańczona publika wymusiła krótki bis. Brawa!



OFF

THE SMASHING PUMPKINS – NIEWĄTPLIWIE NAJWIĘKSZA GWIAZDA WIECZORU

Niekwestionowaną gwiazdą wieczoru był zespół The Smashing Pumpkins. Zgromadził tego festiwalowego dnia zdecydowanie największą ilość osób wokół sceny. W swojej karierze zakosztowali mainstreamowego smaku, kiedy nakłady ich płyt osiągały raz za razem platynowe nakłady , przekorny Billy Corgan potrafił zaskoczyć wydając kompletnie niekomercyjne płyty. Co nie znaczy że złe. Stać go również na takie koncerty podczas których zabraknie kilku ważnych hitów . Tym razem było jednak przekrojowo. Bardzo miła niespodzianka pojawiła się już na początku występu, kiedy zagrali „Space Odity” z repertuaru Davida Bowiego. Później zabrzmiały także ku uciesze fanów : „Disarm”, „Tonight Tonght”, „Ava Adore” oraz mój ulubiony utwór „Zero”. Billy Corgan na scenie zachowywał się bardzo wstrzemięźliwie, kontakt z publicznością ograniczył do minimum. Solidny koncert, choć do użycia przymiotnika porywający czegoś zabrakło.

Witold Żogała

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *