2012.11.23 – Tune – Katowice

To nie była pierwsza tegoroczna wizyta zespołu w Katowicach. Byli tutaj w marcu. Miałem przyjemność tam być i ja. Uwieczniłem to wydarzenie nawet skromną relacją (http://www.rockarea.eu/articles.php?article_id=2519). Tamten koncert nadal pozostanie w mojej pamięci jako magiczny i niezapomniany! Tej magii, niestety, mogła wówczas doświadczyć niewielka garstka fanów zgromadzonych w opustoszałej sali byłego kina „Piast”, która liczyła wówczas raptem kilkanaście osób! Moja relacje kończyłem wówczas słowami:
„…ja jednak głęboko wierzę, w magiczną moc muzyki Tune, i wierzę głęboko w to, że jeszcze nadejdzie czas, kiedy podczas ich koncertów, pękać będą w szwach nie tylko małe kluby muzyczne, ale również pokaźne gabarytowo sale koncertowe, czego szczerze im życzę…”

Nie minął nawet rok, mamy listopad, a grupa Tune na powrót zawitała w Katowicach. Klub Guglander gabarytowo podobny do „Old Timers Garage”, a na zewnątrz kolejka jakby miał się tam odbyć koncert co najmniej Coldplay! Co się wydarzyło? Czy w tak krótkim czasie, możliwy jest tak szybkie ziszczenie marzeń? Żeby tak szybko odmieniła się karta, to trzeba chyba duszę diabłu zaprzedać? No i w pewnym sensie tak się właśnie stało! Owym cyrografem, który zespół zdecydować się podpisać, była umowa z telewizją Polsat, i udział w telewizyjnym show Must Be The Music . Jak dobrze wiemy nie wygrali, lecz doszli do ścisłego finału, co z pewnością nie przyszło im łatwo, mając na uwadze jak nielubianą przez komercyjne media muzykę preferują! Cyrograf z diabłem – to chyba dobre porównanie! Gołym okiem można bowiem zobaczyć, jaką szatańską moc mają, w społeczeństwie środki masowego przekazu! Pstryk- jest oglądalność, pstryk – spełniają się marzenia, pstryk – opustoszałe sale koncertowe wypełniają się po brzegi! Przemierzając Katowice, w poszukiwaniu zakamuflowanego „Guglandera”, rzucałem okiem z ciekawości na mijane licznie uliczne słupy informacyjne, nie było na nich ani jednego plakatu reklamowego, informującego o koncercie grupy? Wychodzi więc na to, że w epoce Facebooka, ten rodzaj reklamy staje się po prostu zbędny?

Do katowickiego Guglandera weszło w piątek około 130 osób, naturalnym stanem rzeczy, pierwszeństwo mieli ci, którzy wcześniej zakupili bilety. Co najmniej drugie tyle musiało zostać za drzwiami i obyć się smakiem. W tym dniu pewnie więc i katowicki Mega Club mógłby okazać się za mały? Zastanawiam się jednak, ilu z tych ludzi przyszło do Guglandera, aby zobaczyć na własne oczy finalistę programu Must Be The Music, a ile przyszło autentycznie dla samej muzyki zespołu? Może się czepiam, czy to w tej chwili jest takie ważne? Cel osiągnięty. Tłumy przy scenie, spontaniczne reakcje publiczności – o tym przecież marzy chyba każdy muzyk? Granie do opustoszałej sali z pewnością do przyjemnych nie należy. Płyty również sprzedawały się jak ciepłe bułeczki, praktycznie ich zabrakło! Materiał, który zabrzmiał tego wieczoru? Oczywiście ten sam, z tej właśnie niezwykłej płyty – ”Lucid Moments”. Jakub Krupski – wokalista grupy, w pewnym momencie sparodiował przez chwilę największego rywala, z programu Must Be The Music, wyśpiewując słowa, z repertuaru Oberschlesien: „Jo chca…” Tym razem jednak, zespół zaprezentował coś więcej, oprócz dobrze nam znanego repertuaru, można było usłyszeć dwie zupełnie nowe kompozycje! I chyba to właśnie tego wieczoru ucieszyło mnie najbardziej, zdecydowanie bardziej, niż tłumy przy scenie, których notabene sam zespołowi życzyłem ;). Nowy materiał rokuje bowiem nadzieję na równie dobrą, a może nawet lepszą, kolejną płytę. Cieszy więc to, że zespół mimo zachłyśnięcia się światem pop-kultury, całkiem jednak swojej duszy „diabłu” nie sprzedał ! 😉 Ich nowa muzyka, z pewnością bowiem duszę posiada!

Mając w pamięci ostatnią trasę koncertową zespół chyba nie spodziewał się aż tak gorącego przyjęcia w Katowicach. Dało się to odczuć, muzycy wcale tego nie ukrywali. Ich reakcje, a właściwiej inter-reakcje na reakcje fanów mówiły same za siebie. Chyba po raz pierwszy w swoim życiu mogli się napawać i na żywo czerpać energię, z energii płynącej spod sceny. Jakub Krupski (wydaje mi się, że całkiem szczerze) wyznał nawet – „ Prawdopodobnie, na pewno, jest to najlepszy koncert w naszym życiu…”- i wcale mu się nie dziwię.
Dla mnie natomiast tym najlepszym ich koncertem w moim życiu, będzie ten pierwszy koncert, który widziałem. Niech więc żałują tłumy, które przywitały zespół tym razem, że tam ich wówczas nie było…

Marek Toma

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *