2011.12.07 – Saxon, Turbo, Crimes of Pasion – Kraków

W pochmurny i deszczowy dzień wybrałem się do Krakowa by zobaczyć koncert swojej ulubionej kapeli. Warunki na drodze były koszmarne, w przednią szybę auta siekał deszcz ze śniegiem. Miałem poważne wątpliwości czy uda mi się cało i zdrowo bezpiecznie dotrzeć do krakowskiego klubu „Studio” gdzie tego wieczoru miała wystąpić legenda brytyjskiego heavy metalu grupa Saxon.
Klub studio mieści się w samym centrum miasteczka studenckiego które położone jest na przedmieściach Krakowa. Z zewnątrz nie różni się niczym od tysięcy klubów osiedlowych, lecz już po wejściu do środka poczułem się niesamowicie. Czerwony hol poprowadził mnie do bardzo przestronnej sali koncertowej. Po wejściu rzuciła mi się w oczy bardzo szeroka scena na której ustawiono mnóstwo muzycznego sprzętu. W tle widniał pokaźnych rozmiarów napis SAXON. W przylegających do Sali drink barach fani ubrani w czarne skórzane kurtki i koszulki z logo zespołu sączyli piwo i dyskutowali na tematy muzyczne. Zaraz przy wejściu zobaczyłem stoisko z koszulkami i płytami zespołu.

Około godziny 19:30 na scenie pojawił się pierwszy support którym był brytyjski CRIMES OF PASSION. Muzycy uderzyli z dużym impetem i energią. Od razu poczułem się jak za starych dobrych czasów. Wokalista Dale Radcliffe biegał po scenie niczym Bruce Dickinson (Iron Maiden) i nawiązał od samego początku bardzo dobry kontakt z publicznością. Dowodem na to był moment kiedy jeden z oddanych wielbicieli poczęstował wokalistę piwem. Pozostali muzycy też nieźle łoili na swoich instrumentach aż miło było popatrzeć. Zespół zaserwował bardzo solidne rockowe granie w którym nie brakowało ostrych dynamicznych riffów finezyjnych solówek, melodyjnych refrenów, które wyśpiewywał wraz z krakowską publicznością Dale Radcliffe.

Po około 15 minutowej przerwie na scenie zameldowała się polska formacja Turbo. Ileż to Metalmanii miałem okazji słuchać i oglądać z udziałem tego wspaniałego zespołu. Jednak muzyka którą wówczas grali była bardziej trashowa i znacznie różniła się od tego co zaprezentował zespół tego wieczoru w Krakowie
Muzycy wrócili do czasów kiedy to wzorowali się na Iron Maiden i towarzyszyli im w tournee po Polsce. To chyba dobrze bo takie Turbo najbardziej lubię. W czasie 45 minutowego występu nie zabrakło „Kawalerii Szatana”. Hoffman jak wino im starszy tym lepszy, to naprawdę klasowy gitarzysta mający swój styl i doskonałą technikę gry. Brakowało mi jedynie Grześka Kupczyka na wokalu którego nie tak łatwo zastąpić. Dali jednak koncert bardzo dynamiczny i porywający. Muzycy pokazali że grać potrafią i w niczym nie ustępują czołowym europejskim kapelom prezentującym ten sam gatunek muzyczny.

Wreszcie przyszła pora na gwiazdę wieczoru, czyli super grupę Saxon.
W moim odczuciu muzycy grupy należą do jednych z najbardziej charyzmatycznych na świecie. Po ponad trzech dekadach w trasie wciąż brzmią tak samo świetnie i utrzymują się w hard rockowej pierwszej lidze. Wyjątkowej mocy oraz energii może im pozazdrościć niejedna formacja złożona z samych młodych twórców. Ich teksty to przede wszystkim opisy rock’n’rollowego życia, którego nierozerwalną częścią są motocykle i koncerty. Charyzmatyczny frontman Biff Byford zawsze budził mój duży szacunek. Jego ostry metalowy wręcz głos doskonale komponuje się razem z gitarami, które cięły resztki powietrza unoszącego się w krakowskim klubie Studio.
W muzyce zespołu zawsze fascynowało mnie to, że jest porywająca i szalenie dynamiczna. Gitary wręcz szarpią wnętrzności, a porywający rytm zwala z nóg. Wszystko zagrane na fantastycznej prędkości i okraszone niebywałą wirtuozerią. W kompozycjach Saxon wszystko się zgadza i wszystko do siebie psuje. Nie ma w niej żadnego przestoju i chwili na oddech. Wokalista Biff nie tylko świetnie śpiewa ale przykuwa uwagę fanów swoją niesamowitą osobowością. Kto raz spojrzy mu w oczy, już jest na wiele lat zahipnotyzowany i bezgranicznie oddany temu zespołowi.
Tego wieczoru nie zabrakło takich utworów jak „Wheel of steel”, „Crusader”, „Princes of the Night” w czasie którego pękały ściany klubu od dźwięków wystrzeliwanych z gitar muzyków. A publiczności licznie zgromadzonej w krakowskim klubie ciągle było mało. Nagle w czasie koncertu na scenę wtargnęła dziewczyna, która była bardzo szczęśliwa że choć na moment udało jej się stanąć przy muzykach.
Biff zmierzył ją swoim przeszywającym spojrzeniem i na jego twarzy pojawił się zabójczy uśmiech. Wydarzenia przybrały niesłychany obrót a mianowicie na scenę został wrzucony kawałek materiału z napisem „Broken Heros” więc stało się jasne że tu i teraz musi zabrzmieć ten fantastyczny kawałek. Następnie zagrali kultowy już „Strong Arm of the Law” rozbudowany utwór, w czasie którego jest moment gdzie wokalista śpiewa refren razem z publicznością a w tle podgrywa mu tylko gitara basowa. Tego magicznego wieczoru nie zabrakło solówki na perkusji i na gitarze. Żal było opuszczać Kraków i Klub Studio, ale koncert musiał się kiedyś skończyć a przede mną była jeszcze długa droga powrotna w czasie której w moich uszach ciągle słychać było dźwięki tych niesamowitych gitar Saxon.

Witold Mieszko

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *