2011.11.09 – Arena – Poznań

Mick Pointer, Clive Nolan, John Lowitt, John Mitchell, Paul Manzi. U wszystkich, którym muzyka określana mianem rock progresywny choć trochę jest bliska sercu, te nazwiska powodują przyśpieszenie tętna. Przynajmniej powinny. Dla przypomnienia: Mick Pointer – współzałożyciel grupy Marillion; Clive Nolan – Shadowland, Pendragon, Caamora; John Lowitt – IQ, Jadis; John Mitchell – The Urban, KINO, It Bites, John Wetton Group; Paul Manzi – Oliver Wakeman Group.

9 listopada ta piątka muzyków dotarła do poznańskiego klubu Blue Note. Co łączy ich wszystkich? Jedno słowo: ARENA. Niepodważalna gwiazda gatunku rock progresywny wydająca po blisko 6 latach ciszy nowy album i ruszająca właśnie po Polsce ze swoją trasą koncertową. Pierwsze co sobie pomyślałem gdy się o tym dowiedziałem to to, gdzie w tak niewielkim klubie pomieści się tylu fanów grupy? Otrzeźwienie przyszło bardzo szybko. Już w momencie kiedy dojeżdżałem do klubu. Zrobiło mi się po prostu przykro. Byłem zażenowany tym co zobaczyłem. Dotarły do mnie przygnębiające realia polskiego rynku muzycznego. A realia są takie, że albo jesteśmy najbardziej niedoceniającym wartościowe zespoły narodem albo po prostu jesteśmy leniami. Bo nie wierzę w to, że w kraju gdzie niektórzy wydają na wszelakie używki 1/3 wypłaty nie stać nas na bilet na koncert. Najgorsze jest to, że doszło u nas do paranormalnej sytuacji gdzie jakieś dziwnotwory muzyczne typu Łzy, Feel, Stachurski czy też jakieś Dodopodobne panienki przyciągają pełne sale a na koncert grupy, która stworzyła kanon dla gatunku przychodzi niecałe 200 osób. Jest mi wstyd. Po prostu wstyd. I żal mi organizatora, który dwoi się i troi żeby wszystko dopiąć na ostatni guzik dla tak niewielkiej liczby ludzi. Ale z drugiej strony jestem (i nie tylko ja) wdzięczny za to co zrobił. Bo ten wieczór, który wszyscy spędziliśmy w klubie był fantastyczny i nie do opisania. Była okazja spotkać znowu wielu znajomych i porozmawiać o wspólnej pasji jaką jest muzyka.

Jednak i tak najwspanialsze odczucia przyszły ok godz 20.30. Najpierw na scenie pojawił się organizator tego koncertu Włodek Wojciechowski i zapowiedział z dużą dawką humoru wydarzenie, którego mieliśmy być za chwilę świadkami. Po przedstawieniu krótkiej historii zespołu i jego muzyków oraz po ujawnieniu kilku pikantnych szczegółów rozmowy z nimi przeprowadzonej, Włodek zeszedł ze sceny pozostawiając ją muzykom grupy ARENA. Jednak zamiast nich na scenie pojawił się jeden z techników grupy spryskując mikrofon z którego chwile wcześniej korzystał Włodek jakąś miksturą co wywołało niemały śmiech wśród zgromadzonych. Czekaliśmy na rozpoczęcie koncertu lecz na scenie pojawił się znowu organizator stwierdzając, że muzycy zespołu spodziewali się dłuższego wstępu i nie są jeszcze gotowi. Nadarzającą się okazję wykorzystał na podziękowania dla wszystkich, którzy przyczynili się do tego, że ten koncert mógł mieć w ogóle miejsce oraz przybliżył nam w skrócie to co będzie się jeszcze działo w najbliższym czasie jeżeli chodzi o koncerty w Poznaniu. Po tych zapowiedziach zszedł ze sceny. Kto się na niej pojawił? Nie. Nie muzycy. Z ciemnej czeluści wyłoniła się znana nam już ręka ponownie spryskując mikrofon. Tym razem na sali zapanowało prawdziwe pandemonium śmiechu, które przerwało dopiero pojawienie się muzyków grupy Arena. Ten wybuch śmiechu to była swoista uwertura do tego co będzie się działo, bo tak naprawdę cały koncert przebiegał w bardzo luźnej, pełnej humoru i ciepła bijącego ze sceny atmosferze. Miałem okazję przeczytać relacje z wcześniejszego koncertu jaki miał miejsce w warszawskiej Progresji i muszę przyznać, że w Poznaniu było zupełnie inaczej. Paul Manzi całkowicie wyzbył się tremy i dał siebie wszystko. Podobnie zresztą jak cała reszta zespołu. Mimo że nie wystąpił żaden support temperatura na sali już przy pierwszym utworze osiągnęła prawie wrzenie i wszyscy dzielnie sekundowali muzykom śpiewając, klaszcząc i przytupując. Ten koncert stał się swoistym ARENA Party z udziałem 200 bliskich sobie ludzi. Strawę duchową zapewnił nam sam zespół swoimi utworami prezentując nie tylko materiał z płyty którą właśnie promują ale także zabierając nas w wędrówkę w przeszłość do materiału z poprzednich płyt zespołu: „The Visitor”, „Contagion”, „Immortal”, „Pepper’s Ghost”. Z rekwizytów nie mogło oczywiście zabraknąć znanego chyba wszystkim fanom zespołu charakterystycznego czarnego cylindra i okularów które to rzeczy w pewnym momencie pojawiły się u Paula wzbudzając ogromny aplauz. Skoro już jestem przy nim przyznać muszę, ze jego zdolności wokalne są wprost fenomenalne. To co potrafi zdziałać ze swoim głosem naprawdę potrafi zszokować. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Po jednym z utworów Paul wciągnął nas do zabawy typu „Ja zaśpiewam, wy powtórzcie”. Odpadliśmy po około 20 sekundach. Nie było na sali osób które nadążyły by za jego emisją głosu. Jednak z całym szacunkiem dla pozostałych muzyków dla mnie wisienką na torcie był John Mitchell. To właśnie jego solówki i styl gry na gitarze oczarował mnie i nie tylko mnie. Fantastyczny występ.

Co do spraw technicznych to wyrazy szacunku należą się dźwiękowcom. Wspaniale nagłośnili tego wieczoru salę. Wszystkie instrumenty brzmiały bardzo czysto i nie zlewały się. A i wokale można było bez problemu rozróżnić nie patrząc nawet na scenę. Oświetlenie także sprawiło miłą niespodziankę robiącym fotki. Choć prośba organizatorów o to by zdjęcia robić przez trzy pierwsze utwory i nie korzystać z lamp błyskowych nie przez wszystkich została wysłuchana.

Szybko minął ten wieczór. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy . I tu teoria względności czasu wzięła górę. Po secie podstawowym udało nam się naciągnąć zespół na dwa bisy i wszystko skończyło się ok godz 22.30. Zgonie z obietnicą organizatora po koncercie muzycy pojawili się w klubie, tak więc można było porozmawiać z nimi, zdobyć autograf czy też strzelić sobie pamiątkową fotkę. A i stoisko z płytami było całkiem nieźle zaopatrzone. Szkoda tylko, że tak mało ludzi pojawiło się w klubie. Ale nie ilość a jakość się liczy. A pod tym względem publiczność nie zawiodła. Set-lista i parę fotek poniżej


Irek Dudziński

P.S. Dziękuję Włodkowi (on wie za co)


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *