2011.08.10 – Judas Priest, Morbid Angel i inni – Katowice

mhf11

Kiedy w zeszłym roku wybierałem się na Metal Hammera główną gwiazdą był Korn. Zespół, który cenię i lubię, jednak zespół nie będący wtedy moim priorytetem. Ja jechałem przede wszystkim po to, aby ujrzeć Szwedów z formacji Opeth. Tym razem było inaczej. Najważniejszym punktem tegorocznego festiwalu była dla mnie gwiazda wieczoru, czyli brytyjska legenda New Wave of Biritsh Heavy Metal – Judas Priest.

Rok temu podczas MH nie spotkałem chyba nikogo w koszulce Judaszów – byłem chyba jedyny :D. W tym roku chodzące po Spodku koszulki Judas Priest dominowały obok koszulek… Iron Maiden. Nie zabrakło jednak oddanych fanów takich zespołów, jak Vader, Exodus, czy Morbid Angel. Zabrakło jednak stoiska z jedzeniem – jedno na cały Spodek? WTF!? Pomijając małe niedociągnięcia, czas skupić się na muzyce. Metal Hammer A.D. 2010 był dość lekkim, jeśli tak można powiedzieć, festiwalem, jak na imprezę metalową. Katatonia, Riverside, Pain of Salvation, czy Votum nie są zespołami grającymi muzykę „czysto” metalową. Organizatorzy postanowili więc zadbać o to, aby tegoroczna edycja MH była naprawdę mocna – i była.
Rok temu spóźniłem się troszeczkę na otwierający koncert zespół Votum. Także podczas tegorocznego festiwalu nie omieszkałem chwilkę się spóźnić. Kiedy wszedłem do Spodka, na scenie była już grupa Animations. Nie spieszyło mi się zbytnio, więc zająłem się spokojnym ogarnięciem sytuacji, toaletą i stoiskiem z hot dogami, gdzie kolejki jeszcze pozwalały mieć nadzieje na spożycie czegokolwiek. W momencie gdy szedłem już na halę, grali panowie z Soulburners. Potraktowałem to jako małe przetarcie przed większymi zespołami. Nic szczególnego. Źle nie było, choć słabo było słychać wokal. Tak naprawdę Metal Hammer A.D. 2011 zaczął się jednak w momencie, w którym na scenie pojawił się zespół Mech. Stara polska formacja, która najbardziej zawsze kojarzyła mi się ze znakomitą grą FPP – „Painkiller”. Do tej gry panowie stworzyli calutki soundtrack, dzięki czemu „szpila” się w nią tak wspaniale. I już na sam początek, gdy na scenie pojawili się w trójkę (jeszcze bez wokalisty), dali czadu z gitarowym kawałkiem z tej właśnie gry (nie pamiętam, która to była runda – chyba doki). Od razu poznałem ten potężny riff grany przez Chancewicza, który miał na sobie ładny, biały kapelusik. Po chwili na scenę wszedł Maciej Januszko i tak grupa zaczęła swój występ na dobre, grając między innymi takie szlagiery jak „Piłem z diabłem bruderschaft”, „Twój morderca”, czy wreszcie „Painkiller”. W pewnym momencie Januszko powiedział: „przekażcie swoim rodzicom, że my jeszcze żyjemy” – przekazane :D. Na koniec gitarzysta rozwalił swoją gitarę o podłogę, a jej resztki poleciały w publiczność.

Około godziny 16:00 na scenie miał zameldować się brytyjski zespół Tank. Jeden z przedstawicieli nurtu New Wave of British Heavy Metal promuje wciąż swoją zeszłoroczną płytę „War Machine”, której wydawcą jest polski Metal Mind. Czołg wypadł całkiem nieźle, grając melodyjną i wpadającą w ucho muzykę. Przyznam szczerze, że nigdy za bardzo nie zagłębiłem się w ich twórczość, choć NWoBHM to według mnie jedna z najlepszych rzeczy w muzyce metalowej. Publiczność bawiła się bardzo dobrze, a w moim odczuciu najlepiej wypadł kawałek „Phoenix Rising”. Pozostało czekać na kolejny polski cios – Vader.

Konferansjer zapowiedział zespół, który za kilka dni wydaje płytę, będącą swego rodzaju powrotem do korzeni. Chodzi oczywiście o nawiązanie do, jak to on powiedział, najsłynniejszej deathmetalowej demówki świata – „Morbid Reich”. Nowy album Vadera nazywa się w końcu „Welcome to the Morbid Reich”. No i cóż… Zawiódł mnie fakt, iż z nowego albumu usłyszeliśmy jedynie singiel – „Come And See My Sacrifice”. Liczyłem, że zespół zdecyduje się na zagranie czegoś więcej, skoro płyta praktycznie już wbiega do naszych sklepów – nic z tego. Vader zagrał jednak naprawdę dobre numery i zostawił na scenie dużo pozytywnej energii przed kolejnymi zespołami. Panowie weszli oczywiście przy muzyce z „Gwiezdnych Wojen”. Po chwili zaczęli z albumem „Necropolis”. Zaserwowali nam miażdżące: „Devilizer” oraz „Rise of the Undead” – było naprawdę dobrze. Powrócili także do starszych albumów (choćby „Black to the Blind”), ale czegoś mi jednak w występie polaków zabrakło. Liczyłem na gromiące kawałki, jak „Helleluyah (Go is Dead)” oraz „Dark Transmission”, które moim zdaniem na koncert są wprost idealne. Zamiast tego pierwszego dostaliśmy innego przedstawiciela płyty „Impressions In Blood” – „Shadowfear” (chyba najgorszy wybór, jaki mógł tylko paść), a z płyty „The Beast” Vader nie zagrał ani jednego kawałka. Na koniec poszedł za to znakomity Slayer’owy cover – „Raining Blood”, który wypadł naprawdę bardzo dobrze. Liczyłem na nieco lepszy (w moim odczuciu) repertuar, ale i tak ogólnie rzecz biorąc Vader wypadł pozytywnie.

Exodus to zespół, na który czekałem z ogromnymi nadziejami. Jestem w końcu wielkim fanem thrash metalu, a Exodus to też nie byle jaki przedstawiciel tego właśnie gatunku. Konferansjer zapowiedział, iż zespół przygotował dla nas „A Lesson In Violence”, a Gary Holt będzie sprawdzał zeszyty – „kto nie odrobił będzie miał przesrane!”. Z wielką przykrością muszę przyznać, że po tym zespole spodziewałem się znacznie więcej i jest to dla mnie największe rozczarowanie tegorocznego festiwalu. Czegoś mi po prostu zabrakło. Na początku wiało nudą. Lepiej zrobiło się kiedy poszedł „War is My Shepherd”, jednak zaraz po nim spodziewałem się numeru „Blacklist”, którego już zabrakło. Kilka niezłych numerów to zdecydowanie za mało, bym mógł powiedzieć, iż Exodus spełnił moje oczekiwania.

Tuż przed godziną 20:00 na scenie miał się zameldować zespół, którego album „Covenant” z roku 1993 jest najlepiej sprzedającym się krążkiem w historii death metalu. Do tego ich gitarzysta Trey Azagthoth jest przez wielu uznawany za najwybitniejszego death-gitarzystę wszech czasów. Nadzieje więc znów powinny być wielkie. Już przed ich występem na scenie zawieszona została wielka flaga z logiem zespołu. Zanim zespół wszedł na scenę, flaga spadła. Potem znów się pojawiła, lecz zaczęła się kołysać. Kiedy Morbid Angel pojawił się na scenie flaga wisiała nierówno, ale dość szybko poradzono sobie z tym „arcytrudnym” zadaniem poprawnego jej zawieszenia, po której bokach widniała okładka najnowszego wydawnictwa – „Illud Divinum Insanus”. Najbardziej czekałem właśnie na numery z tej płyty. Doczekałem się trzech kawałków, które wypadły naprawdę bardzo dobrze. Były to: „Existo Vulgore”, „Nevermore” oraz „I am Morbid”, przed którym wokalista zadał publiczności jedno bardzo ważne pytanie: „Are you morbid!?”. Niestety zabrakło z nowej płyty numerów, na które czekałem najbardziej. Mam tutaj na myśli najbardziej eksperymentalne rzeczy jakie Morbid Angel nagrał: „Too Extreme!”, Destructors VS. Earth” i „Radicult”. Zespół nie zdecydował się „ryzykować” i zagrać na żywo choćby jeden z wymienionych – szkoda. Zamiast tego dostaliśmy kilka starszych numerów, dzięki czemu fani mogli się „rozpłynąć”. Tak było, choćby przy „Angel of Disease” i „God of Emptiness”. Ogólnie: całkiem nieźle, ale bez rewelacji.

Ostatnią nadzieją tego wieczoru na coś naprawdę wielkiego była formacja Judas Priest. Oczekiwania były wielkie. Halford i chłopaki mięli dostać aż sto trzydzieści minut – jest to naprawdę godny ich czas. Około godziny 21:20 scena była zasłonięta wielką kurtyną, na której widniał napis „Epitaph”. W pewnym momencie zgasło światło, co sprawiło, że publiczność oszalała. Wszyscy oczekiwali aż kurtyna opadnie. Po chwili zaczęła się świecić na czerwono, a jeszcze chwilę potem opadła – nareszcie. W ten sposób swoje show rozpoczęli Judasi, którzy scenę mięli zrobioną wyraźnie pod siebie. Miejsca było o wiele więcej, co służyło im przez cały występ. Na początek „Rapid Fire” z płyty „British Steel”. Na ekranie pojawił się widok płonącego miasta. Od tej pory wszystkiego było pełno: buchające we wszystkie strony ognie, strzelające po Spodku kolorowe lasery. Na scenie byli w końcu „Metal Gods” – i ten numer pojawił się również jako drugi.
Judas Priest zrobiło nam wielką podróż po swojej dyskografii. Zagrali kawałki z wszystkich płyt, na których śpiewał Rob Halford. Pominęli jedynie „Jugulator” i „Demolition” (z Timem „Ripperem” Owensem). Mogliśmy doświadczyć nawet kawałka z tak starej płyty, jak „Rocka Rolla”. Kiedy na ekranie pojawiła się okładka z kapslem Coca-Coli było jasne, że za chwilę usłyszymy „Never Satisfied”, o którym Halford powiedział, że to fantastyczny numer (dziwne, bo kiedyś ponoć stwierdził, że nie znosi swojego debiutu). Zaskoczyło mnie to, że zespół zagrał mój ulubiony track – „Night Crawler”. Nie spodziewałem się tego, ale byłem wręcz wniebowzięty. Klimat rodem z dobrego horroru na żywo wypadł równie genialnie, co na płycie „Painkiller”. Skoro już mowa o tym krążku – jednym z najlepszych momentów koncertu była oczywiście chwila, w której na ekranie można było ujrzeć obracająca się tej właśnie płyty okładkę. Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości, co za moment usłyszymy, to Scott Travis szybko je rozwiał rozpoczynając swoją słynną kanonadę perkusyjną. W ten sposób rozpoczął się tytułowy „Painkiller”. Genialnie zaprezentowali się oczywiście Glenn Tipton oraz Richie Faulkner na gitarach (brak Downinga na koncercie był praktycznie nieodczuwalny). W tej kompozycji Robertowi zdarzyło się nawet zagrowlować (dwukrotnie!).

Z „Sad Wings of Destiny” usłyszeliśmy „Victim of Changes” (wtedy po raz pierwszy wystrzeliły lasery w stronę publiczności). Z „Sin After Sin dostaliśmy dwie kompozycje: „Starbreaker” oraz „Diamonds & Rust”, a z albumu „Stained Class” odwiedziła nas kultowa pół-ballada „Beyond the Realms of Death”. Nie było oczywiście mowy o pominięciu takiego LP jak „Killimg Machine”. Priest zaserwował nam „The Green Manalishi (With the Two-Pronged Crown)” oraz kolejny szlagier – „Hell Bent For Leather”. Na początku tego drugiego buchnął dym, a Halford wjechał na scenę swoim motorem, co wywołało wśród publiki ogromny entuzjazm. Muszę przyznać, że sam długo czekałem na ten moment koncertu. Podczas „Breaking the Law” wokalista Judaszów nie zaśpiewał ani słowa, dając pobawić się publiczności. Frontman zespołu udowodnił też, iż ma wielkie poczucie humoru bawiąc się w ze swoimi fanami w powtarzania. Kiedy został na scenie sam, kazał powtarzać za sobą okrzyki typu: „jeee”. Wszyscy oczywiście głośno odpowiadali. W pewnym momencie Rob zrobił sobie jaja i do powtórzenia zaserwował okrzyk tak długi i wysoki, iż normalny śmiertelnik nie ma szans tego wyciągnąć. Zmieszani ludzie oczywiście się pogubili próbując to z siebie wydusić.
Przedstawicielem płyty „Point of Entry” był, jak można się było spodziewać „Heading out to the Highway”, a „Defenders of the Faith” – „The Sentinel”. Gdy na ekranie pojawiła się okładka płyty „Turbo” po raz kolejny wystrzeliły lasery, a publika miała okazję pośpiewać kolejny hit – „Turbo Lover”. Troszkę szkoda, że Judas Priest nie zagrało nam superszybkiego „Ram It Down”, ale zamiast tego usłyszeliśmy „Blood Red Skies” które wypadło też naprawdę bardzo udanie. Z najnowszych dokonań zespołu także pojawiły się numery. Chociaż tylko dwa kawałki, to i tak było świetnie. Przed „Angel of Retribution” zgasły światła, a na ekranie pojawił się wielki, czarny anioł. Wtedy cały Spodek oczekiwał „Judas Rising”. Warto wspomnieć, że bogata scenografia, jaką mięli przygotowaną panowie z Judas Priest to nie tylko strzelające lasery, wybuchające dymy, ognie, które atakowały idealnie równo w rytm muzyki (…się ktoś musiał przy tym cholernie napracować), ale także stroje wokalisty. Robert zmieniał bowiem strój średnio co dwa, trzy numery. Podczas kompozycji z płyty „Nostradamus” („Prophecy”) przebrał się za samego Nostradamusa. Srebrny kaptur zasłaniał jego twarz, a w lewej ręce dzierżył długi kostur zakończony znakiem firmowym Judaszów, czyli krzyżem, który ma wbity w siebie półokrąg, co tworzy trzy „zęby”. Pod koniec tego tracku wystrzeliły z niego płomienie, a wtedy Halford zszedł ze sceny, aby po raz kolejny zmienić przebranie.

Z płyty „Screaming for Vengeance” kawałki pojawiły się dosyć późno. Dostaliśmy jednak „You’ve Got Another Thing Comin” , a także poprzedzonego tradycyjnym intrem w postaci „The Hellion” – „Electric Eye”. Podczas tej kompozycji na ekranie pojawiło się wielkie oko rozglądające się po katowickim Spodku. Panowie kilka razy schodzili ze sceny, robiąc wszystkim troszkę stracha, że to już koniec. Po chwili jednak wracali i dalej robili swoje. Po raz ostatni miało to miejsce, gdy Travis został sam na scenie i powiedział, że zagrają jeszcze jeden kawałek. Już wtedy wszyscy stali i oklaskiwali zespół. Na ekranie pojawił się wielki zegar, a wskazówka lekko przechyliła się za godzinę zwiastującą północ. Oczywiste wtedy było, że na koniec pójdzie „Living Afer Midnight”. Cały Spodek zaśpiewał refren razem z Halfordem, a nikt nawet nie odważył się już usiąść.

Judas Priest dało koncert, który na pewno przejdzie do historii. Nigdy nie pojawili się w tym składzie w naszym kraju i prawdopodobnie już tego nie zrobią. Kto tego nie widział, ma czego żałować. Wspaniały popis genialnego zespołu – co klasa, to klasa. Metal Hammer A.D. 2011 był bardzo udanym festiwalem, ale warto zaznaczyć, iż różnica w jakości między gwiazdą wieczoru a resztą była wprost miażdżąca. W końcu to Judas Priest – „Metal Gods”.

Bartosz Trędewicz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *