2011.05.25 – Riverside, Pineapple Thief, Paatos – Wrocław

Nie licząc zeszłorocznego Metal Hammer Festival, na którym chłopaki pokazali króciutki „secik”, ostatni raz Riverside na żywo widziałem dwa lata temu, również we Wrocławiu, w klubie WZ. Koncert promował świeżutkie wówczas „Anno Domini High Definition”. Latka lecą, nowej płyty co prawda jeszcze nie ma, ale dekada stuknęła, to i w trasę by się przydało ruszyć. I niby wszystko teraz było tak samo: Piotrek Grudziński po lewej, czerwony ptaszek na klawiszach Michała Łapaja, Kozieradzki przed występem mignął mi gdzieś w tłumie, a Duda nie miał nawet o centymetr dłuższych włosów – etykieta polskiego Stevena Wilsona zobowiązuje. Niby, kurczę, bo nie przypominam sobie stania w kilkudziesięciometrowej kolejce przed klubem te dwa lata temu!

Riverside szybko zdobył sobie całe rzesze młodych fanów. Naprawdę cieszy fakt, że inny młody zespół niż Coma lub Myslovitz ma szansę zdobyć szczyty popularności w nadwiślańskim państewku. Jubileuszowa trasa odbyła się szybko i z niemałym przytupem; chłopaki przelecieli przez największe miasta niczym olimpijska błyskawica. Mnie i moim znajomym przyszło podziwiać show inicjujące ten szalony tydzień. Zwolenników moich podróżnych przygód będę musiał zasmucić – nic ciekawego podczas trwającego kwadrans spacerku do Eteru się nie stało (o ile nie liczymy wspomnianej megakolejki, oczywiście). Po krótkim czasie czekania weszliśmy do środka klubu; ścisk pod sceną dał jednoznacznie do zrozumienia – „albo masz Riverside na wyciągnięcie ręki, której i tak wyciągnąć móc nie będziesz, albo staniesz sobie z tyłu i nawet znajdzie się miejsce na kufel piwa”. Wybór był prosty, więc – stojąc sobie pod ścianką ze szklanką boskiego wywaru – miałem czas na kilka refleksji. Riverside przestaje nadawać się na knajpowe koncerty. Wchodzą do pierwszej ligi, więc może czas zaryzykować z jakąś mniejszą halą? Bo nie wierzę, że tak ogromna różnica osób w porównaniu do trasy sprzed dwóch lat spowodowana była wyłącznie supportującymi zespołami…

O których zresztą przydałby się osobny akapit. Pojawił się szwedzki Paatos, o którym – wbrew powszechnie panującej, bardzo pozytywnej opinii – za wiele dobrego napisać nie potrafię. Typowe, progresywne kawałki w klasycznym sosie i z ciepłą barwą głosu Petronelli Nettermalm to trochę za mało, aby zaciekawić Waszego ulubionego „krytyka – cmokiera” (pozdrawiam moją polonistkę z liceum, dzięki której poznałem swe przeznaczenie!). O wiele bardziej ucieszyłem się na wiadomość, że naszym perełkom w trasie towarzyszyć będzie brytyjski The Pineapple Thief, którego ostatni krążek – „Someone Here Is Missing” – znalazł się w moim prywatnym podsumowaniu najlepszych wydawnictw roku 2010. I ekipa Bruce’a Soorda nie zawiodła moich oczekiwań. Pokazali głównie nowsze kawałki, jak „Nothing At Best” czy „So We Row” (geniusz!), w bardziej rockowej odsłonie, choć bez porzucania całej tej kontrowersyjnej elektroniki. A całkowicie przerobiona solówka w monumentalnym „Too Much to Lose”, przywodząca na myśl amerykańską alternatywę, rzępoląca niczym molestowane kocię i zagrana… butelką? Szacuneczek! Szkoda, że zagrali tak krótko.

W końcu na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru. Setlista, jak na trasę jubileuszową przystało, przeciągnęła się przez wszystkie albumy (zabrakło wyłącznie czegokolwiek z „Voices In My Head”, chociażby robiącego furorę dwa lata temu „Stuck Between” – szkoda), więc powód do radości miała i Stara Gwardia, dla której wybrzmiał klasyczny już „Out of Myself” i „Loose Heart” (nie zabrakło grupowego skandowania z Dudą kończącego utwór growlu „Raise me up, don’t let me fall!), i Młodsza Gwardia (czyli niżej podpisany), która zawyła wzruszające „Conceiving You” i oburzyła się skróconym o połowę „Second Life Syndrome” (jak mogli!!!); z kolei zwolennicy „Rapid Eye Movement” dostali obowiązkowe „02 Panic Room” i mile zaskoczeni być mogli rozpoczynającym występ „Beyond the Eyelids” lub szalejącym w samym środku „Ultimate Trip”. Najmłodsi fani wyskakali się zaś przy „Egoist Hedonist” i „Left Out” (które to na żywo wciąż gniotą klejnoty) z „Anno Domini High Definition”. Dodatkowo pojawiły się dwa utwory ze świeżutkiej niczym poranne bułeczki EPki „Memories in My Head”, czyli fan-ta-sty-czny „Living in the Past” (środek utworu, ten mroczny śpiew „Evil clouds don’t scare my anymore”, łamany iście porkowym riffem, zapadł w pamięć na pewno każdemu) i promujący nowego Wiedźmina „Forgotten Land” – lekko rozmarzony, oparty na chwytliwym motywie basowym przyjemniaczek. Nikt nie mógł narzekać. Występ zakończył się zaiste nietypowym bisem – „The Curtain Falls”, przy którym zespół powoli opuścił scenę, pozostawiając nań samego Łapaja z jego klawiszami, a wszystkich fanów z pełnym „muzycznym żołądkiem”. O dźwięku pisać nie trzeba, kto widział kiedykolwiek Riverside na żywo, wie z pewnością, że brzmi to niczym na dobrym kinie domowym. Jakaż rzadkość wśród naszym zespołów rockowych.

Niektórym ludziom to nie wystarczało, dlatego część wyciągnęła chłopaków na piwo, dając jednemu, najwyraźniej bardzo niezadowolonemu brakiem solówki w „Second Life Syndrome” „fanowi” okazję do podwędzenia Piotrkowi Grudzińskiemu gitary. Jak widać, nie wszystkim wystarczał „Memories in My Head” i garść ciepłych wspomnień za pamiątkę. Mam nadzieję, że ten haniebny czyn nie odstraszy zespołu od Wrocławia w przyszłości. Gdzie indziej wyczekiwaliby ich pod sceną wiecznie wstawieni kibice WKSu Śląska? 😉

Adam Piechota

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *