Nie licząc zeszłorocznego Metal Hammer Festival, na którym chłopaki
pokazali króciutki „secik”, ostatni raz Riverside na żywo widziałem dwa
lata temu, również we Wrocławiu, w klubie WZ. Koncert promował
świeżutkie wówczas „Anno Domini High Definition”. Latka lecą, nowej
płyty co prawda jeszcze nie ma, ale dekada stuknęła, to i w trasę by się
przydało ruszyć. I niby wszystko teraz było tak samo: Piotrek
Grudziński po lewej, czerwony ptaszek na klawiszach Michała Łapaja,
Kozieradzki przed występem mignął mi gdzieś w tłumie, a Duda nie miał
nawet o centymetr dłuższych włosów – etykieta polskiego Stevena Wilsona
zobowiązuje. Niby, kurczę, bo nie przypominam sobie stania w
kilkudziesięciometrowej kolejce przed klubem te dwa lata temu!
Riverside szybko zdobył sobie całe rzesze młodych fanów. Naprawdę
cieszy fakt, że inny młody zespół niż Coma lub Myslovitz ma szansę
zdobyć szczyty popularności w nadwiślańskim państewku. Jubileuszowa
trasa odbyła się szybko i z niemałym przytupem; chłopaki przelecieli
przez największe miasta niczym olimpijska błyskawica. Mnie i moim
znajomym przyszło podziwiać show inicjujące ten szalony tydzień.
Zwolenników moich podróżnych przygód będę musiał zasmucić – nic
ciekawego podczas trwającego kwadrans spacerku do Eteru się nie stało (o
ile nie liczymy wspomnianej megakolejki, oczywiście). Po krótkim czasie
czekania weszliśmy do środka klubu; ścisk pod sceną dał jednoznacznie
do zrozumienia – „albo masz Riverside na wyciągnięcie ręki, której i tak
wyciągnąć móc nie będziesz, albo staniesz sobie z tyłu i nawet znajdzie
się miejsce na kufel piwa”. Wybór był prosty, więc – stojąc sobie pod
ścianką ze szklanką boskiego wywaru – miałem czas na kilka refleksji.
Riverside przestaje nadawać się na knajpowe koncerty. Wchodzą do
pierwszej ligi, więc może czas zaryzykować z jakąś mniejszą halą? Bo nie
wierzę, że tak ogromna różnica osób w porównaniu do trasy sprzed dwóch
lat spowodowana była wyłącznie supportującymi zespołami…
O których zresztą przydałby się osobny akapit. Pojawił się szwedzki
Paatos, o którym – wbrew powszechnie panującej, bardzo pozytywnej opinii
– za wiele dobrego napisać nie potrafię. Typowe, progresywne kawałki w
klasycznym sosie i z ciepłą barwą głosu Petronelli Nettermalm to trochę
za mało, aby zaciekawić Waszego ulubionego „krytyka – cmokiera”
(pozdrawiam moją polonistkę z liceum, dzięki której poznałem swe
przeznaczenie!). O wiele bardziej ucieszyłem się na wiadomość, że naszym
perełkom w trasie towarzyszyć będzie brytyjski The Pineapple Thief,
którego ostatni krążek – „Someone Here Is Missing” – znalazł się w moim
prywatnym podsumowaniu najlepszych wydawnictw roku 2010. I ekipa Bruce’a
Soorda nie zawiodła moich oczekiwań. Pokazali głównie nowsze kawałki,
jak „Nothing At Best” czy „So We Row” (geniusz!), w bardziej rockowej
odsłonie, choć bez porzucania całej tej kontrowersyjnej elektroniki. A
całkowicie przerobiona solówka w monumentalnym „Too Much to Lose”,
przywodząca na myśl amerykańską alternatywę, rzępoląca niczym
molestowane kocię i zagrana… butelką? Szacuneczek! Szkoda, że zagrali
tak krótko.
W końcu na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru. Setlista, jak na
trasę jubileuszową przystało, przeciągnęła się przez wszystkie albumy
(zabrakło wyłącznie czegokolwiek z „Voices In My Head”, chociażby
robiącego furorę dwa lata temu „Stuck Between” – szkoda), więc powód do
radości miała i Stara Gwardia, dla której wybrzmiał klasyczny już „Out
of Myself” i „Loose Heart” (nie zabrakło grupowego skandowania z Dudą
kończącego utwór growlu „Raise me up, don’t let me fall!), i Młodsza
Gwardia (czyli niżej podpisany), która zawyła wzruszające „Conceiving
You” i oburzyła się skróconym o połowę „Second Life Syndrome” (jak
mogli!!!); z kolei zwolennicy „Rapid Eye Movement” dostali obowiązkowe
„02 Panic Room” i mile zaskoczeni być mogli rozpoczynającym występ
„Beyond the Eyelids” lub szalejącym w samym środku „Ultimate Trip”.
Najmłodsi fani wyskakali się zaś przy „Egoist Hedonist” i „Left Out”
(które to na żywo wciąż gniotą klejnoty) z „Anno Domini High
Definition”. Dodatkowo pojawiły się dwa utwory ze świeżutkiej niczym
poranne bułeczki EPki „Memories in My Head”, czyli fan-ta-sty-czny
„Living in the Past” (środek utworu, ten mroczny śpiew „Evil clouds
don’t scare my anymore”, łamany iście porkowym riffem, zapadł w pamięć
na pewno każdemu) i promujący nowego Wiedźmina „Forgotten Land” – lekko
rozmarzony, oparty na chwytliwym motywie basowym przyjemniaczek. Nikt
nie mógł narzekać. Występ zakończył się zaiste nietypowym bisem – „The
Curtain Falls”, przy którym zespół powoli opuścił scenę, pozostawiając
nań samego Łapaja z jego klawiszami, a wszystkich fanów z pełnym
„muzycznym żołądkiem”. O dźwięku pisać nie trzeba, kto widział
kiedykolwiek Riverside na żywo, wie z pewnością, że brzmi to niczym na
dobrym kinie domowym. Jakaż rzadkość wśród naszym zespołów rockowych.
Niektórym ludziom to nie wystarczało, dlatego część wyciągnęła
chłopaków na piwo, dając jednemu, najwyraźniej bardzo niezadowolonemu
brakiem solówki w „Second Life Syndrome” „fanowi” okazję do podwędzenia
Piotrkowi Grudzińskiemu gitary. Jak widać, nie wszystkim wystarczał
„Memories in My Head” i garść ciepłych wspomnień za pamiątkę. Mam
nadzieję, że ten haniebny czyn nie odstraszy zespołu od Wrocławia w
przyszłości. Gdzie indziej wyczekiwaliby ich pod sceną wiecznie
wstawieni kibice WKSu Śląska? 😉
Adam Piechota

















































