HA! KAMELOT w Krakowie… i to z EVERGREY! Wieść taka okrążyła Polskę bodaj pół roku przed koncertem. I po chwili kiedy entuzjazm nieco opada pojawiają się pierwsze pytania… Czy wszystko się uda, czy nie wybuchnie jakiś wulkan, czy nie będzie żałoby… Jakoś przyzwyczaiłem się wziąć pod uwagę przeciwności losu.
Odejścia Roya Khana z Kamelot nie wziąłem pod uwagę. I to taka wieść na 2 tygodnie przed koncertem. Do tego mała nerwówka z zablokowaniem systemu Ticketrpo w jednym z Marketów muzycznych i z pewnymi obawami oczekiwaliśmy piątkowego koncertu.
Natomiast jeśli chodzi o podeście czysto logistyczne – tu już chłodna kalkulacja. Czy jechać przez autostradę… czy ominąć bramki? O której wyjechać, aby nie trzeba było zwalniać się z pracy czy rezygnować z innych zaplanowanych zajęć.
Z doświadczenia wiemy, że koncerty nie zwykły zaczynać się o czasie, więc zaplanowaliśmy pewien margines… przez który nie zobaczyliśmy pierwszego zespołu (Sons of Seasons), a drugiego supportu (Amaranthe) było nam dany wysłuchać raptem dwóch utworów. Było mi nieco żal, bowiem przygotowałem się do tego koncertu osłuchując ich nowe materiały – i przyznam, że przypadły mi do gustu.
Po zwiedzeniu stoisk z gadżetami i wkurzeniu barmana (bo nie było bezalkoholowego, ani coli light… a mineralna była z lodówki – a ja wątłego zdrowia bywam 😉 ), w knajpie dla niepalących spotkaliśmy starych znajomych. Nie ostatnich tego wieczoru – więc było sympatycznie.
EVERGREY wypadł bardzo przekonująco. Mimo że ich występ nosił wszelkie znamiona supportu. Materiał siłą rzeczy był bardzo przekrojowy mimo iż zawierał najważniejsze nowe utwory. Niestety dane im było zagrać jedynie 45 minut. Za to w przeciwieństwie do poprzedniego ich krakowskiego koncertu brzmieli fenomenalnie! Mimo, że zepchnięci nieco do przodu – ukrytym jeszcze pod kotarami sprzętem headlinera, Evergrey radził sobie całkiem nieźle. Jednak w przeciwieństwie do koncertu, które dane mi było oglądać w starym składzie… nowe oblicze zespołu coś straciło.
Nie straciła oczywiście muzyka – tutaj niezmiennie poziom jest niezwykle wysoki. Jednak obserwowanie zespołu po raz kolejny pozwoliło zwrócić uwagę na mniejsze zgranie składu. Mimo że wszyscy muzycy wspomagają wokalistę w chórach… wszystko wyglądało mniej radośnie czy spontanicznie. (taka mała krytyka) Ale może to właśnie kwestia różnicy własnej trasy a supportu.
Na szczęście set zadowalał najwybredniejszych fanów. Nie mogło w nim zabraknąć najbardziej lotnych i melodyjnych utworów. Zadbano oczywiście również o właściwe zbalansowanie ciężaru i szybkości. Nie zabrakło więc najlepszych kompozycji z Recreation Day, Monday Morning Apocalypse czy Torn. Oczywistym było, że grupa zagra starszy szlagier „Masterplan”, co moim zdaniem nie było konieczne.
Evergrey miał szansę zaprezentować się nieco z innej strony, więc choćby dlatego ten koncert różnił się od poprzednich, a że nagłośnienie było o niebo lepsze niż poprzednio, wcale nie uważam go za gorszy – mimo okrojonego setu.
Nie zdecyduje się na szarmanckie wyznanie, jak bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Fabio Lione w roli wokalisty Kamelot. Do koncertu przygotowałem się oglądając video dziennik z trasy – słyszałem więc kilka nowych interpretacji zarówno w jego wykonaniu, jak i utworów śpiewanych przed Tommy’ego Karevika. Pomijając sprawę, jak rozwiąże się kwestia wokalisty Kamelot, przyznam że obaj wypadli zadowalająco. Z tym, że Lione wręcz rewelacyjnie. Zrezygnował ze swojego charakterystycznego vibratto i zazwyczaj śpiewał niżej niż w swoich macierzystych kapelach. Zaskakujące było to, że w niektórych partiach do złudzenia jego głos przypominał Khana!
Karevik zaś, mimo że jestem fanem jego głosu nie sprostał moim oczekiwaniom. Wprawdzie zaśpiewał tylko jeden utwór, jednak nie ustrzegł się nieczystości. Jego pojawienie się na scenie było natomiast bardzo miłą odmianą i gratką dla fanów. Zaskakujące było to, że zespół na bądź-co-bądź klubową trasę zabrał ze sobą Simone Simmons, dwoje chórzystów skrzypaczkę… i barwną oprawę!
Jak słusznie zauważył mój redakcyjny kolega – Michu, widać że to Amerykanie i dużą uwagę przykładają do show. Przyznać trzeba że był to najlepszy i najbardziej spektakularny koncert klubowy jaki widziałem! Zachowanie muzyków na scenie? Każdy fan musiał czuć się doceniony – zespół nie ociągał się ani nie odgrywał setu. Dawali z siebie 100%, tak jak gdyby grali dla pełnego kilkunastotysięcznego stadionu. W secie nie zabrakło solówek i to zarówno basowej, klawiszowej jak i perkusyjnej. Fabio Lione wielokrotnie bawił się z publicznością w powtarzanie fraz – i nie szczędził pochwał dla aktywnie odpowiadającego tłumu.
Przyznam, że podczas koncertu nie zabrakło momentów kiedy miałem ciarki na plecach. Rewelacyjny duet w Sailorman’s Hymn – był zdecydowanie jednym z tych momentów. Nie sposób nie wspomnieć też March of Mephisto, gdzie dwie babeczki nabijały w werble – a Thomas Youngblood wparował na scenę machając wielką polską flagą (szkoda, ze growle szły z taśmy). Jedną z bardziej pozytywnych postaci tego wieczoru był Sean Tibbets. Człowiek, którego instrument siłą rzeczy sprowadzony jest nieco w tło nadrabia na scenie swoją osobowością – to po prostu istny zwierzak!
Ten wieczór na długo zapadnie w mojej pamięci. Wprawdzie mimo dobrych chęci nie udało mi się obejrzeć supportów… bo wbrew podejrzeniom zagrały o czasie. Ale zarówno występ Evergrey jak i Kamelot sprostały moim oczekiwaniom. Występ headlinera nawet przewyższył je. I mimo obaw jak wypadnie zespół bez Roya Khana myślę, ze wielu fanów było spełnionych. Zespół wybrał idealnie Lione na tymczasowego zastępcę. Wielce ciekawi mnie finał tych problemów… jednak rozwiązanie doraźne jest idealne.
Mała prośba do panów z Kamelot… proszę – wydajcie z tej trasy DVD!
Tekst: Piotr Spyra
Zdjęcia: Marta Tłuszcz



















































