2011.03.25 – Blindead – Wrocław

Koncert Blindead miał być dobrym rozpoczęciem „sezonu ogórkowego” wiosennych koncertów. Takim, który sprzeda solidnego kopniaka w twarz i przypomni wreszcie o bólu szyi. Zespół wydał przecież fenomenalny album, który – z racji faktu jego budowy, spójności i konceptualnej formy – odgrywany jest na każdym koncercie w całości. I jak miałbym nie traktować za obowiązek ujrzenia na żywo mojego „drugiego” albumu roku 2010? Odpowiedź nie wymaga specjalnej „rozkminy” – musiałem Blindead w końcu zobaczyć. Zaryzykowałem kilka miesięcy temu, odpuszczając wyjazd do Poznania (jakże fortunna decyzja! Wydarzenie zostało odwołane w ostatnim momencie) i bogowie brutalnego metalu muszą mi sprzyjać, bowiem wkrótce zespół ogłosił przyjazd do wrocławskiego klubu Firlej, do którego mam – z zegarkiem w ręku – siedem minut spacerkiem.

Na początku należy wspomnieć o supporcie. W cenę biletu (wystarczająco niską, więc zakup piwa nie obarczał nikomu sumienia) wliczone były występy czterech grup. Pół godziny każdy. Całkiem sporo, rzeczywiście, ale poznać zaciekle walczących nowicjuszy polskiej sceny (użyję teraz TEGO zwrotu, przeciwnicy zostają ostrzeżeni) postmetalowej – moim skromnym zdaniem – zawsze warto. I przyznam wprost, dobrze bawiłem się na połowie z nich. Szokująco wypadł Obscure Sphinx, który określiliśmy mianem „Cult of Luna z damskim wokalem”. Łączyli nastrojowe pejzaże z iście demoniczną „rozpierdolką”, którą potęgował fakt, że za złowieszczy growl odpowiadał nie stylizowany na wikinga brodacz, lecz – pisząc wprost – seksowna Wielebna (pseudonim nieadekwatny do ubioru, uspokajam męską część publiczności). Nie stronili od transowego, psychodelicznego brzmienia i pomysłowej elektroniki, czym zabsorbowali moją uwagę i wzbudzili nielichą ciekawość, jak to brzmi po studyjnym dopieszczeniu. Nadchodzący album – „Anaesthetic Inhalation Ritual” z pewnością przewinie się przez moje głośniki.

Równie intrygująco wypadł projekt klawiszowca Blindead, Hervy’ego, nazwany skrótowo HRV. Bartek zasponsorował wszystkim miażdżąco ciężką mieszankę muzyki elektronicznej, industrialnej, trance i… drone? Ciężko zaszufladkować to istne tsunami mrocznej elektroniki i automatyczną precyzję perkusji. Ale o ile ja w te dźwięki zanurzyłem się natychmiast, tak towarzyszącym mi dookoła metalheadom sprawić to musiało nie lada problem. Ja „przybiłem głową gwoździa” przy HRV z przyjemnością.

Łatwo już domyślić się, że to właśnie Vidian i Forge of Clouds doprowadziły Waszego uniżonego komentatora do stanu lekkiego znużenia. Ludziom ich krótkie występy (zwłaszcza drugiego bandu) przypadły do gustu o wiele bardziej, jednak dla mnie okazały się zbyt surowe, za ciężkie. Słysząc niekończące się ryki, ziewnąłem przeciągle kilkukrotnie. Jednak pokaz Forge of Clouds przetrwałem dzielnie pod samą barierką. Wiedziałem, że niebawem zrobi się tłoczno i potrzebowałem odrobiny przestrzeni przed sobą do odpowiedniego „konsumowania” „Affliction XXIX II MXMVI” Krótki soundcheck, błysk świateł i…

Kapanie wody. Skrzypienie drzwi. Dokładnie tak, jak powinna się zaczynać sceniczna „interpretacja” ostatniego albumu. Chłopaki rozstawili się na małej scenie, Marek Zieliński i Mateusz „Havoc” Smierzchalski chwycili za gitary, Konrad Cieselski usiadł na swoim miejscu za garami, Piotrek Kawalerowski poprawił zbyt luźny pas od swojej gitary basowej, Bartek Hervy od jakiegoś już czasu operował klawiszowym podkładem. Rozpoczęła się smutna melodia, pierwsze uderzenia w bębny. Klimat swymi mrocznymi łapami pochwycił wszystkich. Patryk Zwoliński zbliżał się powoli do mikrofonu, bujając ciałem niczym szmacianą lalką w rytm psychodelicznego walczyka. Wreszcie z jego ust, ku uciesze wszystkich, padły pierwsze słowa i nie było już ucieczki. Nadzieje i marzenia każdego powoli zamieniały się w „Affliction XXIX II MXMVI”.

Brzmienie. Być może nie jestem znawcą, ale Firlej zapunktował w moich oczach. Idealnie słychać było wokal Patryka, zarówno podczas melorecytacji, jak i growlu z piekła rodem. Gitary nie zagłuszały klawiszy, co przecież zdarza się nader często w tego typu muzyce, a perkusja… Przyznam szczerze, to właśnie gary całkowicie mnie miażdżą na „Affliction XXIX II MXMVI”. I Cieselski odwalił kawał wspaniałej roboty, jego prywatny teatr z pałeczkami nieustannie rozlewał miód na mą muzyczną duszę.

Tego typu koncert to niebezpieczne przedsięwzięcie. Po pierwsze, zespół musi naprawdę wybornie oddać koncept album, bez żadnych ujm w jego nastroju i emocjach, jakie winny mu towarzyszyć. Po drugie, nawet jeżeli uda im się to znakomicie, ludzie pod sceną mogą uznać, że było „nudno”, bez żadnych zaskoczeń. Ja stałem niejako po drugiej stronie barykady – przedstawienie „Affliction XXIX II MXMVI” w całości traktowałem jako prawdziwy test umiejętności Blindead. Test, który panowie zdali, przyznam od razu. Nawet nie zauważyłem, że minęły trzy kwadranse i podstawowa część setlisty dobiega końca. Osiągnąć to z pewnością pomogły wizualizacje Romana Przylipiaka – równie przygnębiające i psychodeliczne, co ostatnie dzieło Blindead. Chociaż osobie niezaznajomionej z konceptem z pewnością nie udałoby się go rozszyfrować, patrząc wyłącznie na obraz z rzutnika.

Na koniec chłopaki spełnili moje małe marzenie i zagrali wyjątkowo długi utwór „Impulse”, z EPki o tym samym tytule. Oklaski towarzyszyły muzykom jeszcze długo po zejściu ze sceny. Do pełnego spełnienia brakowało mi tylko sześciu podpisów na moim egzemplarzu „Affliction XXIX II MXMVI”, które – co przyznam z nieukrywaną satysfakcją – zdobyłem bez problemu. Z klubu Firlej wychodziłem zmęczony i przygłuchy, moja szyja powoli dawała o sobie znać (i nie przestała aż do teraz), ale byłem szczęśliwy. Jeżeli tak rozpoczęła się koncertowa wiosna, nie mogę się doczekać kwietnia 🙂

Adam Piechota

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *