Koncert Blindead miał być dobrym rozpoczęciem „sezonu ogórkowego”
wiosennych koncertów. Takim, który sprzeda solidnego kopniaka w twarz i
przypomni wreszcie o bólu szyi. Zespół wydał przecież fenomenalny album,
który – z racji faktu jego budowy, spójności i konceptualnej formy –
odgrywany jest na każdym koncercie w całości. I jak miałbym nie
traktować za obowiązek ujrzenia na żywo mojego „drugiego” albumu roku
2010? Odpowiedź nie wymaga specjalnej „rozkminy” – musiałem Blindead w
końcu zobaczyć. Zaryzykowałem kilka miesięcy temu, odpuszczając wyjazd
do Poznania (jakże fortunna decyzja! Wydarzenie zostało odwołane w
ostatnim momencie) i bogowie brutalnego metalu muszą mi sprzyjać, bowiem
wkrótce zespół ogłosił przyjazd do wrocławskiego klubu Firlej, do
którego mam – z zegarkiem w ręku – siedem minut spacerkiem.
Na początku należy wspomnieć o supporcie. W cenę biletu (wystarczająco
niską, więc zakup piwa nie obarczał nikomu sumienia) wliczone były
występy czterech grup. Pół godziny każdy. Całkiem sporo, rzeczywiście,
ale poznać zaciekle walczących nowicjuszy polskiej sceny (użyję teraz
TEGO zwrotu, przeciwnicy zostają ostrzeżeni) postmetalowej – moim
skromnym zdaniem – zawsze warto. I przyznam wprost, dobrze bawiłem się
na połowie z nich. Szokująco wypadł Obscure Sphinx, który określiliśmy
mianem „Cult of Luna z damskim wokalem”. Łączyli nastrojowe pejzaże z
iście demoniczną „rozpierdolką”, którą potęgował fakt, że za złowieszczy
growl odpowiadał nie stylizowany na wikinga brodacz, lecz – pisząc
wprost – seksowna Wielebna (pseudonim nieadekwatny do ubioru, uspokajam
męską część publiczności). Nie stronili od transowego, psychodelicznego
brzmienia i pomysłowej elektroniki, czym zabsorbowali moją uwagę i
wzbudzili nielichą ciekawość, jak to brzmi po studyjnym dopieszczeniu.
Nadchodzący album – „Anaesthetic Inhalation Ritual” z pewnością
przewinie się przez moje głośniki.
Równie intrygująco wypadł projekt klawiszowca Blindead, Hervy’ego,
nazwany skrótowo HRV. Bartek zasponsorował wszystkim miażdżąco ciężką
mieszankę muzyki elektronicznej, industrialnej, trance i… drone?
Ciężko zaszufladkować to istne tsunami mrocznej elektroniki i
automatyczną precyzję perkusji. Ale o ile ja w te dźwięki zanurzyłem się
natychmiast, tak towarzyszącym mi dookoła metalheadom sprawić to
musiało nie lada problem. Ja „przybiłem głową gwoździa” przy HRV z
przyjemnością.
Łatwo już domyślić się, że to właśnie Vidian i Forge of Clouds
doprowadziły Waszego uniżonego komentatora do stanu lekkiego znużenia.
Ludziom ich krótkie występy (zwłaszcza drugiego bandu) przypadły do
gustu o wiele bardziej, jednak dla mnie okazały się zbyt surowe, za
ciężkie. Słysząc niekończące się ryki, ziewnąłem przeciągle
kilkukrotnie. Jednak pokaz Forge of Clouds przetrwałem dzielnie pod samą
barierką. Wiedziałem, że niebawem zrobi się tłoczno i potrzebowałem
odrobiny przestrzeni przed sobą do odpowiedniego „konsumowania”
„Affliction XXIX II MXMVI” Krótki soundcheck, błysk świateł i…
Kapanie wody. Skrzypienie drzwi. Dokładnie tak, jak powinna się zaczynać
sceniczna „interpretacja” ostatniego albumu. Chłopaki rozstawili się na
małej scenie, Marek Zieliński i Mateusz „Havoc” Smierzchalski chwycili
za gitary, Konrad Cieselski usiadł na swoim miejscu za garami, Piotrek
Kawalerowski poprawił zbyt luźny pas od swojej gitary basowej, Bartek
Hervy od jakiegoś już czasu operował klawiszowym podkładem. Rozpoczęła
się smutna melodia, pierwsze uderzenia w bębny. Klimat swymi mrocznymi
łapami pochwycił wszystkich. Patryk Zwoliński zbliżał się powoli do
mikrofonu, bujając ciałem niczym szmacianą lalką w rytm psychodelicznego
walczyka. Wreszcie z jego ust, ku uciesze wszystkich, padły pierwsze
słowa i nie było już ucieczki. Nadzieje i marzenia każdego powoli
zamieniały się w „Affliction XXIX II MXMVI”.
Brzmienie. Być może nie jestem znawcą, ale Firlej zapunktował w moich
oczach. Idealnie słychać było wokal Patryka, zarówno podczas
melorecytacji, jak i growlu z piekła rodem. Gitary nie zagłuszały
klawiszy, co przecież zdarza się nader często w tego typu muzyce, a
perkusja… Przyznam szczerze, to właśnie gary całkowicie mnie miażdżą
na „Affliction XXIX II MXMVI”. I Cieselski odwalił kawał wspaniałej
roboty, jego prywatny teatr z pałeczkami nieustannie rozlewał miód na mą
muzyczną duszę.
Tego typu koncert to niebezpieczne przedsięwzięcie. Po pierwsze,
zespół musi naprawdę wybornie oddać koncept album, bez żadnych ujm w
jego nastroju i emocjach, jakie winny mu towarzyszyć. Po drugie, nawet
jeżeli uda im się to znakomicie, ludzie pod sceną mogą uznać, że było
„nudno”, bez żadnych zaskoczeń. Ja stałem niejako po drugiej stronie
barykady – przedstawienie „Affliction XXIX II MXMVI” w całości
traktowałem jako prawdziwy test umiejętności Blindead. Test, który
panowie zdali, przyznam od razu. Nawet nie zauważyłem, że minęły trzy
kwadranse i podstawowa część setlisty dobiega końca. Osiągnąć to z
pewnością pomogły wizualizacje Romana Przylipiaka – równie
przygnębiające i psychodeliczne, co ostatnie dzieło Blindead. Chociaż
osobie niezaznajomionej z konceptem z pewnością nie udałoby się go
rozszyfrować, patrząc wyłącznie na obraz z rzutnika.
Na koniec chłopaki spełnili moje małe marzenie i zagrali wyjątkowo
długi utwór „Impulse”, z EPki o tym samym tytule. Oklaski towarzyszyły
muzykom jeszcze długo po zejściu ze sceny. Do pełnego spełnienia
brakowało mi tylko sześciu podpisów na moim egzemplarzu „Affliction XXIX
II MXMVI”, które – co przyznam z nieukrywaną satysfakcją – zdobyłem bez
problemu. Z klubu Firlej wychodziłem zmęczony i przygłuchy, moja szyja
powoli dawała o sobie znać (i nie przestała aż do teraz), ale byłem
szczęśliwy. Jeżeli tak rozpoczęła się koncertowa wiosna, nie mogę się
doczekać kwietnia 🙂
Adam Piechota















































