2010.05.06 – Transatlantic – Arena. Poznań

Udało nam się dotrzeć do poznańskiej Areny z półgodzinnym wyprzedzeniem. Start transatlantyckiego sterowca zaplanowano na godz. 20-tą. Hala poznańskiej Areny swoim kształtem mogła z powodzeniem imitować zeppelina znanego z płytowych okładek Transatlantic. Liczba pasażerów, którzy mieli w tym dniu wziąć udział w tym muzycznym, transatlantyckim rejsie nie sprawiała wrażenia aby sterowiec nie zdołałby się unieść z przepełnienia ale mimo wszystko cieszy fakt, że są jeszcze zagorzali zwolennicy wspaniałych muzycznych lotów. Zdążyliśmy jeszcze wypić przed czekającą nas muzyczna ucztą „filiżankę” kawy. Napawając się jej aromatem zakładaliśmy ile utworów może zabrzmieć podczas tego koncertu: 4, 5, może 6 ? Sympatycy Transatlantic dobrze wiedzą, że wystarczy zaledwie kilka kompozycji aby koncert z trudem mógł zakończyć się przed północą, tak też rzeczywiście było.

Z 20-to minutowym poślizgiem wielka czwórka: Neal Morse, Roine Stolt, Pete Trewavas, Mike Portnoy zameldowała się na scenie. Oj nie! Nie czwórka, lecz piątka! Tym razem do tej znamienitej załogi dołączyła jeszcze jedna osobowość: Daniel Gildenlöw (Pain of Salvation), który wspomógł swoich starszych kolegów uzupełniając brzmienie drugą gitarą, gitarą akustyczną, dodatkowym zestawem klawiszy, oraz obsługując wszelakie dodatkowe instrumenty perkusyjne.

Oprawa świetlna jak i wystrój sceny oszczędny, aczkolwiek wystarczający aby odpowiednio podkreślić wydobywające się z potężnych zestawów kolumn dźwięki. W przypadku Transatlantic muzyka broni się sama. Z tyłu sceny pokaźny ekran na którym widniała okładka ich najnowszej płyty, świetnie kolorystycznie dobrana gra świateł, po co więcej ?

Transatlantycki, muzyczny rejs podzielony został na dwa etapy. W części pierwszej mogliśmy usłyszeć w całości trwającą prawie 80 minut suitę: „The Whirlwind”, która stanowi sedno ich najnowszego dzieła. Trzeba przyznać, że na żywo brzmi niezwykle okazale. Słuchało się jej z zapartym tchem, nie wiem jak to się stało, że to 80 minut przeleciało tak szybko? Po repryzie „Dancing With Eternal Glory” kończącej suitę „Whirlwind” nastąpiła piętnastominutowa przerwa. Można więc było nieco ochłonąć od natłoku wrażeń.
Drugi etap podróży prowadził nas przez równie pokaźne fragmenty z ich dwóch wcześniejszych albumów. Na początek wybrzmiał „All Of The Above” i „We All Need Some Light” z „SMPTE”, następnie „Duel With The Devil” z „Bridge Across Forever”, po którym sympatyczna piątka ukłoniła się opuszczając scenę. Mimo pokaźnej dawki transatlantyckiej muzy nikt chyba nie miał wątpliwości, że tego wieczoru nie może obyć się bez bisu? Panowie wracać, wracać bez jaj! Zagraliście dopiero cztery kawałki! 🙂

W przypadku Transatlantic bisy to sprawa niezwykle ryzykowna (zwłaszcza dla osób cierpiących na żylaki). Tak wiec tego wieczoru był tylko jeden bis ale nasycił chyba w zupełności spragnioną progresywnych wrażeń publikę. Najpierw zabrzmiał jeden z najkrótszych utworów jakie udało im się razem stworzyć – pięciominutowy „Bridge Across Forever” a po nim kolejny długas z tegoż albumu – „Stranger In Your Soul”.
Pod koniec bisów byliśmy świadkami rzeczy niebywałych! Nastąpiła jedna, wielka, nieoczekiwana zamiana miejsc. Najpierw szanowny muzyczny kaznodzieja Neal Morse opuścił swą klawiszową świątynię zasiadając za zestawem perkusyjnym obok Portnoya. Jego perkusyjne wyczyny były na tyle dobre, że Portnoy machnął ręką zostawiając Neala samego za „garami”. W międzyczasie dorwał się do gitary wykrawając solo niczym jego zespołowy, „dreamowy” towarzysz John Petrucci. W tym samym momencie Gildenlöw z za pleców filigranowego Trewavasa brzdąkał na jego basie a Pete tymczasem obsługiwał zestawy klawiszowe Neala Morse’a. Jedynie niezłomny Roine Stolt nie oddał nikomu swojej gitary.

Wspaniałe show na zakończenie wspaniałego koncertu. Dzięki temu, panowie udowodnili, że muzyka progresywna nie musi być wcale jedynie natchnioną, odrealnioną, nadętą sztuką, może być również doskonałą muzyczną zabawą.
20 minut przed godziną 0, Transatlantycki zeppelin wylądował. Koniec wspaniałej muzycznej podróży na którą warto było się wybrać mimo sporej ilości kilometrów, które trzeba było przemierzyć.

Marek Toma

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *