2010.02.20/21 – The Watch – Konin/Poznań

Na początku nie będę zbyt oryginalny, mówiąc o dwóch przepięknych wieczorach, jakie dane było mi przeżyć w ten weekend. Były to wieczory …. muzycznych pejzaży, a to za sprawą włoskich progrockowców – The Watch.
To ich trzecia trasa w naszym Kraju, w ramach tourne po Europie Zachodniej, które trwa od stycznia, z zakończeniem pod koniec maja w Muzik Zentrum w Hanowerze . Docenić trzeba że znaleźli czas, po udanych koncertach w znanych klubach Berlina, Paryża, Rzymu, Frankfurtu, Glasgow i Rotterdamu, na 4 koncerty dla Polskich fanów (Kluby „Andaluzja” w Piekarach Śl., „Progresja” w Warszawie, „Oskard” w Koninie i „Blue Note” w Poznaniu).

Konińska publiczność wraz z organizatorem polskiej części trasy Agencją „OSKAR” i konińskim organizatorem Agencją ArtRockBlok tego dnia była świadkiem światowej premiery nowego wydawnictwa The Watch „Planet Earth”. Ale, jak wynikało z afiszy The Watch grał w te wieczory przede wszystkim kawałki z legendarnego wydawnictwa „Foxtrot” grupy GENESIS.
Co ważne, ich brzmienie było nadzwyczaj naturalne, czego nie można było powiedzieć o koncertach w Polsce innych coverbandów, w rodzaju The Musical Box, czy grających „pink floydowski” repertuar The Australian Pink Floyd….
Przyznaję – mam słabość do GENESIS, jeszcze do dziś dnia tkwi mi w pamięci „deszczowy” koncert na śląskim „gigancie” w Chorzowie.

Sobotni koncert w konińskim „Oskard” skupił ogromną rzeszę fanów, klub dosłownie „pękał w szwach”. Wśród przybyłych na ten koncert można było poznać też widzów z takich ośrodków, jak: Szczecin, Łódź, Warszawa, Piotrków Tryb., Poznań oraz z okolic Konina. Gospodarz koncertu Robert witając, wspomniał też o akcji mającej na celu pomoc małej Patrycji chorej na raka. Po przedstawieniu aktualności zaprosił na scenę muzyków, którzy pod wodzą lidera Simone Rossettiego weszli na scenę. A scena była pełna osobliwych „gratów”, z których na pierwszy plan wysuwał się stary i wysłużony „hammondziak”, funkcjonujący jeszcze na lampach elektronicznych z poprzedniej epoki. A jak brzmiał! Valerio de Vittorio „wyczarowywał” bajeczne nuty, wspomagając grą na pianinie elektronicznym, melotronie i syntezatorze moog’a. Wirtuozem tamtego wieczoru gry na swych instrumentach strunowych był Giorgio Gabriel – git. elektr., 12 i 6 strunowa gitara akustyczna, wspomagana zestawem instrumentów basowych Guglielmo Mariotti – git. basowa, bas pedałowy oraz 2 – gryfowa 12 – i 4 – strunowa, a także gitara akustyczna. Za bębnami „szalał” niezwykle sympatyczny Marco Fabbri. Wspomniany Simone Rossetti poza wokalem, posługiwał się tamburynem, również pamiętającym lata 70-te. Wygrywał również przepiękne motywy na flecie. W chórkach pomagali Simone wspomniani Valerio i Guglielmo.

Po zajęciu miejsc na scenie, sympatyczny Simone w pierwszych słowach, przywitał publiczność po polsku, powodując ogromny aplauz! I nie była to jedyna próba prowadzenia konwersacji w naszym języku. Ale o tym potem…

W obu wieczorach, set lista była jednakowa i muzycy rozpoczęli od własnej kompozycji „Damage Mode” z albumu „Vacum” ( 2004 r.), wprowadzając od razu w znakomity nastrój.
Kolejna zapowiedź Simone;
– Jesteśmy zadowoleni, że możemy być tutaj z wami …..
spowodowała huragan oklasków. Pojawiło się zaraz piękne genesisowskie „White Mountain” z wydawnictwa „Trespass” ( 1970 r. ) , przy czym znowu Simone czysto w jęz. polskim zapowiedział;
– ….. Biała góra …..
Giorgio tym razem akompaniował na gitarze akustycznej, zaś Guglielmo na swojej 2 – gryfowej grał akordami. Całość uzupełniał Valerio, wspaniałymi motywami klawiszy. W końcówce piękny gwizd Guglielmo i na sam koniec chórki wspomnianych Guglielmo i Valerio. I to było właśnie to, co wprowadziło publikę w przyjemny nastrój, co powodowało ten przyjemny dreszcz emocji!

Za chwilę miało nastąpić to, na co przyszli widzowie, prezentacja repertuaru z płyty „Foxtrot” (1972 r.), w kolejności; „Can- Utilityand and The Coastliners” z przygrywką na gitarze akustycznej i malutkimi dzwoneczkami uruchamianymi przez Marco, urzekającym „gabrilelowskim” głosem z pięknymi wstawkami melotronu, ciekawą frazą fletu i narastającymi ostrymi bitami bębnów. Potem zagrali „ Get’Em Out By Friday” w rytmie foxtrota , podczas którego Simone w ekspresyjny sposób prezentował kolejne teksty piosenki, zakończonego melorecytacją i solo na flecie oraz „Time Table”.
Kolejne prezentacje, to łączone kompozycje z albumu „The Lamb Lies Down On Broadway” ( 1974 r. ) – „Anyway” z pięknie prowadzonym od początku pianinem czy też solo gitarowym przy wykonywaniu „The Supernatural Anaesthetist” . Aż ciarki przechodziły miarowo po plecach.

Podczas kolejnej zapowiedzi Simone skorzystał ze „ściągawki” i powiedział z trudem słowo;
– …. pozytywka….
co miało oznaczać znany utwór „The Musical Box” z wydawnictwa „Nursery Cryme” ( 1971 r.), z charakterystyczną partią gitary, przywodzącym na myśl dźwięk pozytywki. Utwór o bardzo rozbudowanej linii melodycznej, z bajecznym solo gitarowym i …. „łojeniem” na bębnach, by w pewnym momencie zabrzmieć na organach z pełną siłą oraz zawodzeniem wokalisty. W tym to momencie, jedyny raz podczas koncertu, Giorgio wstał ze swojego siedziska i zagrał jak rasowy rock’man solo na stojąco! Oj rozgrzało to publiczność do …. „czerwoności”.

I znowu powrót do albumu „The Lamb Lies Down On Broadway” ( 1974 r. ), tym razem „In The Cage”.

W obu tych wieczorach Simone był niezwykle skupiony, a zarazem dowcipny. Bardzo chciał bawić publiczność, zapowiedziami w obu językach, co się jemu udawało, momentami powodując wśród publiczności salwy śmiechu. Nawet w pewnym momencie opowiadał śmieszną anegdotę o … policjancie z drogówki, jak to ich zatrzymał i w efekcie zadawanych pytań tenże policjant okazał się absolutnym „alfą i omegą” …. muzycznym. Salwy śmiechu.

Następną atrakcją wieczorów był akustyczny utwór solo na gitarze „Horizons” z wydawnictwa „Foxtrot” ( 1972 r.), gdzie Giorgio niczym Steve Hackett sam na scenie popisywał się solówkami gitarowymi. „Czarował” kolejnymi taktami wykonywanego utworu. Ręce cały czas składały się do gromkich braw!

Zaraz potem miała nastąpić kulminacja tego wieczoru, przepiękna dwudziesto-paro minutowa suita „Supper’s Ready” (również z „Foxtrot”). „Ciary” na plecach …… Simone tutaj wykazał swoje „gabrielowskie” możliwości. Nastąpił istny szał na widowni!
Oklaski na stojąco i zespół z schodzi ze sceny. Gromkie zawołania o bis przynoszą skutek i jako 1-wszy z bisów zabrzmiał ich autorski ; „Soaring on” z albumu „Primitive” ( 2007 r.). Kolejny bis, to powrót do albumu „Foxtrot” z utworem „Watcher of The Skies”.

Znowu żywiołowe oklaski na stojąco i skandowanie :
– Jeszcze jeden, jeszcze jeden, jeszcze jeden …..
spowodowały ponowne wejście na scenę i zagranie żywiołowo „The Knife” z wydawnictwa „Trespass” ( 1970 r.) i w tym momencie zaczęła się …zabawa na całego! Pod sceną zrobiło się aż gęsto od podrygujących rytmicznie fanów, którzy za głosem Simone odśpiewywali poszczególne fragmenty utworu. Zrobiło się niezwykle energetycznie !!!!!
Ukłony muzyków i gromkie zawołania publiczności:
– …. Dziękujemy, dziękujemy, dziękujemy !!!!!!

Po koncertach, część publiczności pozostawała w swoich klubach nadal, tak jak w konińskim „Oskard”, czy w poznańskim „Blue Note”, gdzie można było zaopatrzyć się w świeży krążek „Planet Eatrh”, czy zdobyć upragnione autografy, były wspólne pamiątkowe fotografie, rozmowy z muzykami. Nikomu tak na prawdę nie chciało się opuszczać klubów.

Niesamowite wrażenia koncertowe były zarejestrowane kamerą dvd i jak zwykle stanowić będą źródło kolekcjonerskie. Podczas montażu filmu, wracam wspomnieniami do obu koncertów i aż się chce ponownie oglądać i słuchać zarazem sympatycznych Włochów. Wsłuchując się w wydawnictwa The Watch aż chciałoby się usłyszeć ich w oryginalnym, autorskim koncercie „na żywo”. W zapowiedziach, promotor trasy – Witek Andree obiecuje ponownie sprowadzić The Watch do Kraju nad Wisłą. Będziemy więc czekać na miłe informacje w tym temacie.

Arrivederci

Nad stroną akustyczną koncertu sprawował piecze –Simone Stucchi.


Tekst : Ryszard Bazarnik
Zdjęcia : Grzegorz Kamiński

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *