2009.10.30 – Yes – Katowice

To było moje trzecie „Wonderous Stories” z grupą Yes w katowickim Spodku. Zespół lubi koncertować na tym charakterystycznym obiekcie kojarzącym się z latającym talerzem, co potwierdził w wywiadach dla prasy perkusista zespołu – Allan White.
Każdy z tych trzech koncertów które mogłem przeżywać był zupełnie inny, każdy niepowtarzalny, niezapomniany, po prostu bajeczny…

Obecny koncert jednak wyjątkowo różnił się od tych poprzednich, biorąc pod uwagę chociażby skład w jakim przyjechała do nas ta legendarna grupa. Zespół dosyć poważnie obniżył sobie średnią wieku. Zamiast Ricka Wackemana za klawiszami zajął miejsce jego syn Oliver Wackeman (a więc nastąpiła pokoleniowa zmiana). To iż nie było Ricka za klawiszami można było jakoś przełknąć, jego syn również jest świetnym klawiszowcem o czym świadczą jego solowe dokonania. Zresztą tak naprawdę mimo że widziałem Yesów trzykrotnie, nigdy za klawiszami nie było legendarnego Ricka. Zamiast niego miejsce za klawiszami dzierżyli poprzednio: Billy Sherwood albo Patrick Moraz.
Większe obawy budziła druga zmiana personalna. Tym razem zabrakło bowiem niekwestionowanej wizytówki zespołu, borykającego się ze zdrowiem Jona Andersona. W 40- to letniej historii zespołu to dopiero druga trasa koncertowa bez legendarnego Jona. Ostatnia absencja artysty w szeregach Yes miała miejsce w 1980 i związana była z nagrywaniem i trasą koncertowa promującą płytę „Drama”. Któż więc odważył zmierzyć się z legendą? Tym śmiałkiem jest pochodzący z Kanady niejaki Benoît David. Zadanie które mu powierzono było dla niego o tyle łatwe, że wcześniej śpiewał w działającym w Montrealu tribute bandzie grupy Yes noszącym nazwę „Close To The Edge”. Okazuje się jednak, że zadanie to jest tylko pozornie łatwe. Mierzenie się z legendą pokroju Jona Andersona nie jest taką prostą sprawą. Benoid David pewnie zdawał sobie sprawę że będzie w szczególny sposób narażony na konfrontacje z „wokalnym oryginałem”. Jest wiele cech które ich różni nie mówiąc nawet o wieku czy narodowości ale mają oczywiście wiele cech wspólnych. Jedną z nich jest z pewnością „słuszny wzrost” odwrotnie proporcjonalny do tonacji głosu. (Przy Chrisie Squirerze wszyscy zresztą wyglądają maluczcy). No właśnie głos. Sprawa najistotniejsza, niby barwa podobna a jednak nie… Mimo iż powierzoną rolę Benoît David wykonał więcej niż poprawnie, jednak czegoś mi brakowało (co oryginał, to oryginał). Jon Anderson jest po prostu niepowtarzalny. Takiej osobowości nie jest się w stanie wymienić na „nowszy model”.

Piątkowy koncert zgromadził w Spodku około dwóch tysięcy fanów. Zebrana publiczność jak zwykle przy tego typu koncertach – wielopokoleniowa: od osób wyglądających na rówieśników występujących gwiazd, poprzez ludzi (powiedzmy) w średnim wieku, aż po młodzież (co najbardziej pocieszające).
Dosyć ważna kwestią każdego koncertu jest oprawa, którą stanowi wystrój sceny i oczywiście światła. W przypadku tego koncertu scenografia była oszczędna aczkolwiek bardzo ciekawa. Stanowił ją znajdujący się w centrum, za zestawem perkusyjnym jakby nieregularny ekran w kształcie chmury a z dwóch stron owego ekranu, jakby parasole w kształcie cumulusów. Gra świateł sprawiała że owe sztuczne chmury przybierały różnorakie barwy.

Repertuar jaki zespół dobrał ze swojego przebogatego muzycznego potencjału mógł zadowolić chyba najwybredniejszych koneserów Yesowych brzmień. Nie zabrakło bowiem klasyków bez których nie mógłby się obyć żaden koncert. Rozpoczęli z wysokiego pułapu, kompozycją „Siberian Khatru” z płyty „Close To The Edge”. Po tym utworze Benoid przywitał się z publicznością łamaną polszczyzną: „Dobry wiecier Katowista”. Z płyty Close To The Edge zagrali jeszcze „And You And I”. Zgodnie z zapowiedziami były również rzeczy nie grane od dawien dawna. Chodzi oczywiście o wspomniany album „Drama” z którego zabrzmiały dwie kompozycje: „Tempus Fugit” a nieco później ” Machine Messiah”. Ogromną przyjemność sprawił mi wykonanie niezwykle lirycznego „Onward” z płyty „Tormato”, którego na żywo również nie miałem okazji wcześniej usłyszeć. Najstarszym utworem jaki Yes w tym dniu zaprezentował był „Astral Traveler” wywodzący się z wydanego w 1970 roku drugiego albumu „Time At The Word”. Podczas tego właśnie utworu Allan White zaprezentował swój kunszt perkusyjny obszernym solowym popisem. W trakcie jego trwania podświetlona perkusja przybierała różnorakie barwy. Po zakończeniu utworu „Yours Is No Disgrace” różnobarwne światła pogasły. Na scenie pozostał jedynie Steve Howe i towarzysząca mu gitara akustyczna. Mimo iż wiek odbił na twarzy artysty swoje piętno to charyzma i gitarowy kunszt tego 62 letniego muzyka pozostał nienaruszony. Nie zabrakło w tym dniu największego komercyjnego przeboju w dorobku Yes: utworu „Owner Of A Lonely Heart” , i faktycznie odbiegał on zdecydowanie klimatem od reszty repertuaru. Kiedy ten największy yesowy „hicior” rozbrzmiewał podczas poprzednich koncertów w Katowicach aplauz ożywionej publiki był jakby większy, tym razem kompozycja przyjęta została chyba bardziej chłodno. Przyjrzawszy się liście utworów można stwierdzić, że najwięcej przedstawicieli w koncertowym zestawie miały dwa albumy (oba swoją premierę miały w 1971 roku.): „The Yes Album” z którego zabrzmiały:”I’ve Seen All Good People”, „Yours Is No Disgrace” i „Starship Trooper” oraz „Fragile” z kompozycjami: „South Side Of The Sky”, „Heart Of The Sunrice” i „Roundabout”.
No i właśnie „fragile-owym” „Heart Of The Sunrise” zakończyła się zasadnicza część koncertu. Owacje na stojąco zebranego w Spodku kilkutysięcznego tłumu nie pozwoliły aby ten wieczór w ten sposób miał się zakończyć. Na bis zabrzmiały zatem wymienione wcześniej „Roundabout” i „Starship Trooper”.
Kiedy muzycy zaczęli bisować, publiczność zajmująca miejsca na rozstawionych na płycie krzesełkach podeszła bliżej sceny by na stojąco napawać się ostatnimi minutami przepełnioną muzyką Yes. Ja również dałem się ponieść wybiegającej przed scenę fali yesowych fanatyków (w końcu również się do nich zaliczam).

Słuchanie muzyki Yes w domowym zaciszu sprawia, że człowiek doznaje wielu wrażeń, jednak obcowanie z Yesami na żywo to sprawa nieporównywalna.
Czas nie stoi w miejscu. Świat się zmienia. Widać to po nas, widać to po muzykach ale nie po muzyce. Muzyka Yes pozostaje ciągle świeża, ciągle ożywcza, ciągle na TAK. W końcu nazwa zobowiązuje…

Marek Toma


Setlista:

1. SIBERIAN KHATRU ( CLOSE TO THE EDGE – 1972 )
2. I’VE SEEN ALL GOOD PEOPLE ( THE YES ALBUM – 1971 )
3. TEMPUS FUGIT ( DRAMA – 1980 )
4. ONWARD ( TORMATO – 1978 )
5. ASTRAL TRAVELLER ` ( TIME AND A WORD – 1970 )
6. AND YOU AND I ( CLOSE TO THE EDGE – 1972 )
7. YOURS IS NO DISGRACE (THE YES ALBUM – 1971 )
8. STEVE SOLO
9. OWNER OF A LONELY HEART ( 90125 – 1983 )
10. SOUTH SIDE OF THE SKY ( FRAGILE – 1971 )
11. MACHINE MESSIAH ( DRAMA – 1980 )
12. HEART OF THE SUNRISE ( FRAGILE – 1971 )
13. ROUNDABOUT ( FRAGILE – 1971 )

Marek Toma

zdjęcia – Marek Toma / Grażyna Rucińska



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *