2009.07.24-25 – XI Festiwal im. Ryszarda Riedla – Chorzów

XI Festiwal im. Ryszarda Riedla zatytułowany „Ku przestrodze” nie odbył się jak co roku w Tychach – Paprocanach lecz w Chorzowie. Dzięki tej zmianie która nie ukrywam jest mi bardzo na rękę miałem okazje po raz pierwszy w nim uczestniczyć. Wybrałem się więc na ten dwudniowy maraton dobrze przygotowany, mianowicie byłem wyposażony w karimatę parasol, napoje i żywność w postaci własnoręcznie wykonanych przepiekanych bułeczek. Nie planowałem kupowania biletu gdyż znałem lokalizacje Pól Marsowych na których odbywał się festiwal. wiedziałem że na pewno będzie słychać a może nawet uda się coś zobaczyć. Postanowiłem przeżyć to wyjątkowe wydarzenie z perspektywy ludzi którzy nie mają biletów a równie dobrze jak ci w środku potrafią się bawić. Mój pomysł okazał się nadzwyczaj ciekawym doświadczeniem, a każdy dzień zupełnie różnił się od poprzedniego i wcale nie mam tu na myśli muzyki.

Pierwszego dnia festiwalu (24.07.09 ) rozpoczęły się przesłuchania konkursowe, które trwały do godziny szesnastej następnie wystąpiła niespodzianka czyli zbieranina gwiazd polskiej sceny rockowej coś na kształt wrocławskiego rekordu Guinnessa Thinks Jimi. Po krótkiej przerwie przeznaczonej na zmianę sprzętu wystąpiła grupa Voo Voo. Ich koncert oglądałem po raz pierwszy i bardzo mi się spodobał w ich muzyce jest coś niesamowitego płynne przejścia z prostych rytmów do bardzo wyrafinowanego jazzu aby wreszcie w kulminacyjnym momencie ostro przysolić po garach. Muzycy zaprezentowali bardzo dojrzałe granie, wyrafinowaną głęboko przemyślaną muzykę Na gitarze nie kto inny jak Wojciech Waglewski który wygrywał piękne solówki i śpiewał. niestety śpiew nigdy nie był jego mocną stroną. Na saksofonie poeta tego instrumentu Mateusz Pospieszalski. Piotr „Stopa” Żyżelewicz instrumenty perkusyjne, na gitarze basowej zagrał Karim Martusiewicz. W tekstach przeważa proste słownictwo, nawiązujące do mowy potocznej, ale jednocześnie są one pełne gier i zabaw językowych a treści dotyczą przeżyć egzystencjonalnych i metafizycznych. Pod tym względem są bliskie utworom Lecha Janerki
Sam Waglewski uważa, że ważniejsza jest muzyka, a pisanie tekstów traktuje jako dodatek do niej w czasie trwania tego koncertu ja usadowiłem się tuż przy ogrodzeniu i miałem jak powiedział do mnie przechodzący człowiek kapitalne miejsce bo i podgląd na telebim i słonko opalało moją skórę, a ja leżałem sobie wygodnie na karimacie popijając zimne piwko.

Następnie przyszła kolej na Raya Wilsona, który zasłynął jako frontman Genesis.
Teraz przeprowadził się do Polski a konkretnie do Poznania i dzięki temu często koncertuje w naszym kraju. W jego muzyce przeważają ballady, które bez wątpienia uszlachetnia jego oryginalny głos przy którym nawet muzycy Genesis mają ciarki na plecach. Smaczku dodaje gitara akustyczna. Artysta sięga jednak po chwili do utworów które wykonywał z Genesis i wtedy atmosfera na koncercie znacznie się ożywiła, na koniec śpiewa covery wtedy wreszcie na jego twarzy pojawia się wyluzowany uśmiech a koncert nabiera właściwego kształtu energii która emanuje ze sceny i natychmiast zostaje podchwycona przez chorzowską publiczność. Artysta żegna się i schodzi ze sceny.

Wreszcie przychodzi czas n na gwiazdę pierwszego formatu Perfekt. Wokół mnie nie ma już wolnego miejsca mogę zapomnieć o wygodnym leżeniu, na mojej karimacie zasiadła spora gromadka ludzi a właściwie całe rodziny. Koniec z opalaniem i luzem, czas zabrać się do wywoływania Grzegorza Markowskiego na scenę który właśnie przechodził niedaleko naszego ogrodzenia wzbudzając ogromny aplauz. Około godziny 22 zespół pojawia się na estradzie, prezentując przy tym niezła formę i typową żywiołowość charakterystyczną dla tego zespołu. To mistrzowie budowania nastroju szybkich i żywiołowych kawałków szybko przechodzą do spokojnych utworów, ale zawierających silny przekaz, nasycone są bardzo silnym ładunkiem emocjonalnym. Każdy przechodzący w pobliżu odbywającego się właśnie koncertu człowiek nucił pod nosem słowa „Autobiografii”, a potem „Chciał bym być sobą”. Mało jest chyba ludzi w Polsce którzy tych tekstów nie znają na pamięć, to świadczy fenomenie tego zespołu. Perfekt zna każdy, ba znają go całe pokolenia od najstarszych do najmłodszych. Markowski gdyby nagle stracił głos to cały chorzowski park odśpiewał by resztę koncertu za niego. Koncert zagrany jak zwykle perfekcyjnie pojawił się nawet przydługi utwór instrumentalny, ale brakowało mi tej magii którą mieli kiedyś.

O godzinie 22 przyszła pora na Cree. Bastek Riedel to maskotka tego festiwalu, większość
Zespołów zapraszała go na scenę by towarzyszył im w jednej czy dwóch utworach. Swoja drogą dzięki temu zrobił sobie niezłą reklamę i zaczął urastać do gwiazdy pierwszej wielkości. Cree to bardzo dobry zespół mający w swoim składzie dwóch wytrawnych gitarzystów, momentami brzmią jak Whitesnake za najlepszych lat. Występ dwugodzinny został znacznie urozmaicony przez wspólne granie z Jerzym Styczyńskim i Andrzejem Urnym którzy wygrywali na gitarach niesamowite solówki. Chwilami nie mogłem uwierzyć, że Polscy gitarzyści potrafią grać jak sam mistrz Erick Clapton. Koncert nabrał właściwego rozpędu miał swój wstęp rozwinięcie i zakończenie w postaci pięknego bisu.
Całość przypominała piękną opowieść po wysłuchaniu której wcale nie chciało się iść do domu chociaż było już grubo po północy. Fajnie mieli ci którzy rozbili swoje namioty i mogli dalej do rana upajać się tą niesamowitą atmosferą.

Drugi dzień rozpoczął się od występów laureatów konkursu a te występy pokrzyżowała pogoda. nad chorzowskim parkiem przeszła ogromna ulewa scena została całkowicie zalana a wszystkie koncerty zostały znacznie opóźnione. Jak się dowiedziałem z Antyradia przestało funkcjonować studio z którego miała być nadawana relacja na żywo. Specjaliści od dźwięku uwijali się jak mogli ale redaktor w radio cięgle nie miał połączenia.

Wreszcie około godziny 18-tej wszystko wraca do normy. Z dużym poślizgiem na scenę wychodzi Kasa Chorych. Ja znajduję sobie inną polankę. Organizatorzy zadbali o to by zgromadzeni na niej ludzie nie mogli niczego zobaczyć. W tym celu zakryli ogrodzenie czarnymi płachtami. Polak jednak potrafi i szybko ten problem został rozwiązany. Część płachty została porwana a cześć przecięta kapslami po piwie. w śród najbardziej zagorzałych miłośników bluesa znaleźli się i tacy którzy przytargali nawet wyrwaną gdzieś w parku ławkę o która toczyły się potem straszne walki.
Ale powrócimy do koncertu, Kasa Chorych to klasyka i fundament polskiego Bluesa, występ niestety został skrócony ze względów atmosferycznych ale był za to bardzo treściwy i wzbogacony o piękną solówką Sebastiana Riedla.

Następnie na scenie pojawił się fenomenalny Krzak dając wszystkim fanom taki Power że nie jestem w stanie tego opisać słowami.
To co wyrabia Ścierański na basie to przechodzi ludzkie pojecie ten facet uczynił z gry na tym instrumencie sztukę.
Nie na darmo uznawany jest za księcia tego instrumentu. Na uwagę zasługuje fantastyczna gra obydwu świetnie uzupełniających się gitarzystów, jeden przyleciał na ten koncert aż z Nowego Yorku. W wszystkim dyrygował jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny skrzypek Jan Błedowski na stałe mieszkający w Niemczech. Całkiem przypominający mi Bogdana Szwede ciekawe dlaczego?
Ten człowiek ma niespożyte pokłady energii. Biegał po całej scenie śpiewał i grał na skrzypcach wreszcie dyrygował całością. Na gitarze przepięknie wygrywał Leszek Winder – od lat prowadzący w Chorzowie klub muzyczny „Leśniczówka”
Ostatnimi laty został uznany za najlepszego gitarzystę blues-rockowego w Polsce (Gitar top.2005-2006).
Cały zespół to ściana energii, eksplozja wirtuozerii najwyższego kalibru. Cała plejada gwiazd przewinęła się przez ten zespół. Pamiętam ich koncert w Bytomskim MDK w latach -80tych, na perkusji grał wówczas Andrzej Ryszka. Koncert zrobił oszałamiające wrażenie czułem się jak na G3 jeśli będziecie mieli okazję gorąco polecam. Jak udało się ustalić muzycy nagrali nową płytę i wracają trasą po Polsce.

Potem przyszła kolej na SBB. Na mojej polance zebrała się całkiem spora grupka ludzi.
Jedni zastanawiali się czy jechać do domu po ciepłe ubrania a drudzy wypijali dość sporą dawkę alkoholu dobrze się przy tym bawiąc. Atmosfera robiła się gorąca mimo że padał deszcz. SBB to super grupa funkcjonująca od 1971 roku. Powstała w Siemianowicach założona przez multiinstrumentalistę i wokalistę Józefa Skrzeka.
Nie da się zaszufladkować ich muzyki to po prostu wypadkowa kilku stylów muzycznych
Począwszy od Blues –rock, jazz –rock. A skończywszy na rocku progresywnym. chwilami ma się wrażenie, że jest się na koncercie Pink Floyd. To po prostu niesamowite jak to fenomenalne trio potrafi manipulować klimatem, malując sporych rozmiarów obraz i używając do jego stworzenia różnych metod i instrumentów.
Raz jest to mocny akcent basu Skrzeka, raz niesamowity riff gitarowy Apostolisa by wreszcie zaskoczyć syntezatorem przypominającym Klausa Schulze. Taki efekt można uzyskać tylko na organach Hammonda wzbogaconych o syntezatory Mooga.
Ten wyjątkowy zespół na przestrzeni wielu lat stworzył swój własny styl.
Perkusiści zawsze odgrywali dużą rolę w tej formacji na początku był to Jerzy Piotrowski a obecnie Gabor Nemeth. Myślę że gdyby powstali w Stanach Zjednoczonych podobnie jak występujący po nich gospodarz festiwalu – Dżem byliby dziś gwiazdą znaną na całym świecie.
Kiedy rozpoczął się ich koncert wywiązała się wojna o ławeczkę na której stali pod ogrodzeniem fani. Na szczęście konflikt został szybko zażegnany obyło się bez bijatyki a na ławeczce zasiedli jej pierwsi właściciele. Ja byłem właśnie częstowany papierosem chociaż o to nie prosiłem przez grupkę podpitych biesiadników, obok mnie kobieta przedzierała kapslem płachtę ogrodzenia i kłóciła się z ochroniarzem a dwójka fanów przedawkowała napoje wyskokowe i nie była w stanie pozbierać się z trawy. Przyciąganie ziemskie wygrało.

Za każdym razem gdy myślę o Dżemie zastanawiam się jak oni to robią i w czym tkwi ich geniusz ? Myślę że kluczem są bardzo życiowe teksty dotyczące przeciętnych ludzi i ich problemów. Słuchając utworów takich jak „Whiskey czy „Czerwony jak cegła” człowiek utożsamia się z nimi i po krótkiej chwili przekonuje się że dotyczą one jego samego.
Artyści oprócz poruszających tekstów mają też niesamowity instynkt budowania nastroju poprzez wyjątkową interpretację swoich piosenek. Na uwagę zasługują tu ponadczasowe solówki Jerzego Styczyńskiego i Adama Otręby oraz zamykające w całości podkłady płynące z instrumentów klawiszowych.
W ten wyjątkowy środowy wieczór zespół obok starszych utworów zaprezentował nowy materiał. Zadziwiające jest jak fantastyczną znajomością tekstów wykazała się młodsza część widowni, chwilami Maciek nie musiał wcale śpiewać oni robili to za niego.
Bisom nie było końca a publiczność domagała się Whiskey, kawałka bez którego nie może się odbyć żadne ognisko ten utwór muzycy wspólnie odśpiewali z synem Ryśka Sebastianem. Żal było opuszczać to magiczne miejsce chociaż na zegarze dochodziła pierwsza w nocy. Mimo że Festiwal już się zakończył to ładunek energii jakim zostałem naładowany dalej jest we mnie i pewnie pozostanie do następnego roku.

Witold Mieszko

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *