XI Festiwal im. Ryszarda Riedla zatytułowany „Ku przestrodze” nie odbył
się jak co roku w Tychach – Paprocanach lecz w Chorzowie. Dzięki tej
zmianie która nie ukrywam jest mi bardzo na rękę miałem okazje po raz
pierwszy w nim uczestniczyć. Wybrałem się więc na ten dwudniowy maraton
dobrze przygotowany, mianowicie byłem wyposażony w karimatę parasol,
napoje i żywność w postaci własnoręcznie wykonanych przepiekanych
bułeczek. Nie planowałem kupowania biletu gdyż znałem lokalizacje Pól
Marsowych na których odbywał się festiwal. wiedziałem że na pewno będzie
słychać a może nawet uda się coś zobaczyć. Postanowiłem przeżyć to
wyjątkowe wydarzenie z perspektywy ludzi którzy nie mają biletów a
równie dobrze jak ci w środku potrafią się bawić. Mój pomysł okazał się
nadzwyczaj ciekawym doświadczeniem, a każdy dzień zupełnie różnił się
od poprzedniego i wcale nie mam tu na myśli muzyki.
Pierwszego dnia festiwalu (24.07.09 ) rozpoczęły się przesłuchania
konkursowe, które trwały do godziny szesnastej następnie wystąpiła
niespodzianka czyli zbieranina gwiazd polskiej sceny rockowej coś na
kształt wrocławskiego rekordu Guinnessa Thinks Jimi. Po krótkiej
przerwie przeznaczonej na zmianę sprzętu wystąpiła grupa Voo Voo. Ich
koncert oglądałem po raz pierwszy i bardzo mi się spodobał w ich muzyce
jest coś niesamowitego płynne przejścia z prostych rytmów do bardzo
wyrafinowanego jazzu aby wreszcie w kulminacyjnym momencie ostro
przysolić po garach. Muzycy zaprezentowali bardzo dojrzałe granie,
wyrafinowaną głęboko przemyślaną muzykę Na gitarze nie kto inny jak
Wojciech Waglewski który wygrywał piękne solówki i śpiewał. niestety
śpiew nigdy nie był jego mocną stroną. Na saksofonie poeta tego
instrumentu Mateusz Pospieszalski. Piotr „Stopa” Żyżelewicz instrumenty
perkusyjne, na gitarze basowej zagrał Karim Martusiewicz. W tekstach
przeważa proste słownictwo, nawiązujące do mowy potocznej, ale
jednocześnie są one pełne gier i zabaw językowych a treści dotyczą
przeżyć egzystencjonalnych i metafizycznych. Pod tym względem są bliskie
utworom Lecha Janerki
Sam Waglewski uważa, że ważniejsza jest muzyka, a pisanie tekstów
traktuje jako dodatek do niej w czasie trwania tego koncertu ja
usadowiłem się tuż przy ogrodzeniu i miałem jak powiedział do mnie
przechodzący człowiek kapitalne miejsce bo i podgląd na telebim i słonko
opalało moją skórę, a ja leżałem sobie wygodnie na karimacie popijając
zimne piwko.
Następnie przyszła kolej na Raya Wilsona, który zasłynął jako frontman Genesis.
Teraz przeprowadził się do Polski a konkretnie do Poznania i dzięki temu
często koncertuje w naszym kraju. W jego muzyce przeważają ballady,
które bez wątpienia uszlachetnia jego oryginalny głos przy którym nawet
muzycy Genesis mają ciarki na plecach. Smaczku dodaje gitara akustyczna.
Artysta sięga jednak po chwili do utworów które wykonywał z Genesis i
wtedy atmosfera na koncercie znacznie się ożywiła, na koniec śpiewa
covery wtedy wreszcie na jego twarzy pojawia się wyluzowany uśmiech a
koncert nabiera właściwego kształtu energii która emanuje ze sceny i
natychmiast zostaje podchwycona przez chorzowską publiczność. Artysta
żegna się i schodzi ze sceny.
Wreszcie przychodzi czas n na gwiazdę pierwszego formatu Perfekt. Wokół
mnie nie ma już wolnego miejsca mogę zapomnieć o wygodnym leżeniu, na
mojej karimacie zasiadła spora gromadka ludzi a właściwie całe rodziny.
Koniec z opalaniem i luzem, czas zabrać się do wywoływania Grzegorza
Markowskiego na scenę który właśnie przechodził niedaleko naszego
ogrodzenia wzbudzając ogromny aplauz. Około godziny 22 zespół pojawia
się na estradzie, prezentując przy tym niezła formę i typową żywiołowość
charakterystyczną dla tego zespołu. To mistrzowie budowania nastroju
szybkich i żywiołowych kawałków szybko przechodzą do spokojnych utworów,
ale zawierających silny przekaz, nasycone są bardzo silnym ładunkiem
emocjonalnym. Każdy przechodzący w pobliżu odbywającego się właśnie
koncertu człowiek nucił pod nosem słowa „Autobiografii”, a potem „Chciał
bym być sobą”. Mało jest chyba ludzi w Polsce którzy tych tekstów nie
znają na pamięć, to świadczy fenomenie tego zespołu. Perfekt zna każdy,
ba znają go całe pokolenia od najstarszych do najmłodszych. Markowski
gdyby nagle stracił głos to cały chorzowski park odśpiewał by resztę
koncertu za niego. Koncert zagrany jak zwykle perfekcyjnie pojawił się
nawet przydługi utwór instrumentalny, ale brakowało mi tej magii którą
mieli kiedyś.
O godzinie 22 przyszła pora na Cree. Bastek Riedel to maskotka tego festiwalu, większość
Zespołów zapraszała go na scenę by towarzyszył im w jednej czy dwóch
utworach. Swoja drogą dzięki temu zrobił sobie niezłą reklamę i zaczął
urastać do gwiazdy pierwszej wielkości. Cree to bardzo dobry zespół
mający w swoim składzie dwóch wytrawnych gitarzystów, momentami brzmią
jak Whitesnake za najlepszych lat. Występ dwugodzinny został znacznie
urozmaicony przez wspólne granie z Jerzym Styczyńskim i Andrzejem Urnym
którzy wygrywali na gitarach niesamowite solówki. Chwilami nie mogłem
uwierzyć, że Polscy gitarzyści potrafią grać jak sam mistrz Erick
Clapton. Koncert nabrał właściwego rozpędu miał swój wstęp rozwinięcie i
zakończenie w postaci pięknego bisu.
Całość przypominała piękną opowieść po wysłuchaniu której wcale nie
chciało się iść do domu chociaż było już grubo po północy. Fajnie mieli
ci którzy rozbili swoje namioty i mogli dalej do rana upajać się tą
niesamowitą atmosferą.
Drugi dzień rozpoczął się od występów laureatów konkursu a te występy
pokrzyżowała pogoda. nad chorzowskim parkiem przeszła ogromna ulewa
scena została całkowicie zalana a wszystkie koncerty zostały znacznie
opóźnione. Jak się dowiedziałem z Antyradia przestało funkcjonować
studio z którego miała być nadawana relacja na żywo. Specjaliści od
dźwięku uwijali się jak mogli ale redaktor w radio cięgle nie miał
połączenia.
Wreszcie około godziny 18-tej wszystko wraca do normy. Z dużym
poślizgiem na scenę wychodzi Kasa Chorych. Ja znajduję sobie inną
polankę. Organizatorzy zadbali o to by zgromadzeni na niej ludzie nie
mogli niczego zobaczyć. W tym celu zakryli ogrodzenie czarnymi
płachtami. Polak jednak potrafi i szybko ten problem został rozwiązany.
Część płachty została porwana a cześć przecięta kapslami po piwie. w
śród najbardziej zagorzałych miłośników bluesa znaleźli się i tacy
którzy przytargali nawet wyrwaną gdzieś w parku ławkę o która toczyły
się potem straszne walki.
Ale powrócimy do koncertu, Kasa Chorych to klasyka i fundament polskiego
Bluesa, występ niestety został skrócony ze względów atmosferycznych ale
był za to bardzo treściwy i wzbogacony o piękną solówką Sebastiana
Riedla.
Następnie na scenie pojawił się fenomenalny Krzak dając wszystkim fanom taki Power że nie jestem w stanie tego opisać słowami.
To co wyrabia Ścierański na basie to przechodzi ludzkie pojecie ten facet uczynił z gry na tym instrumencie sztukę.
Nie na darmo uznawany jest za księcia tego instrumentu. Na uwagę
zasługuje fantastyczna gra obydwu świetnie uzupełniających się
gitarzystów, jeden przyleciał na ten koncert aż z Nowego Yorku. W
wszystkim dyrygował jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny skrzypek Jan
Błedowski na stałe mieszkający w Niemczech. Całkiem przypominający mi
Bogdana Szwede ciekawe dlaczego?
Ten człowiek ma niespożyte pokłady energii. Biegał po całej scenie
śpiewał i grał na skrzypcach wreszcie dyrygował całością. Na gitarze
przepięknie wygrywał Leszek Winder – od lat prowadzący w Chorzowie klub
muzyczny „Leśniczówka”
Ostatnimi laty został uznany za najlepszego gitarzystę blues-rockowego w Polsce (Gitar top.2005-2006).
Cały zespół to ściana energii, eksplozja wirtuozerii najwyższego
kalibru. Cała plejada gwiazd przewinęła się przez ten zespół. Pamiętam
ich koncert w Bytomskim MDK w latach -80tych, na perkusji grał wówczas
Andrzej Ryszka. Koncert zrobił oszałamiające wrażenie czułem się jak na
G3 jeśli będziecie mieli okazję gorąco polecam. Jak udało się ustalić
muzycy nagrali nową płytę i wracają trasą po Polsce.
Potem przyszła kolej na SBB. Na mojej polance zebrała się całkiem spora grupka ludzi.
Jedni zastanawiali się czy jechać do domu po ciepłe ubrania a drudzy
wypijali dość sporą dawkę alkoholu dobrze się przy tym bawiąc. Atmosfera
robiła się gorąca mimo że padał deszcz. SBB to super grupa
funkcjonująca od 1971 roku. Powstała w Siemianowicach założona przez
multiinstrumentalistę i wokalistę Józefa Skrzeka.
Nie da się zaszufladkować ich muzyki to po prostu wypadkowa kilku stylów muzycznych
Począwszy od Blues –rock, jazz –rock. A skończywszy na rocku
progresywnym. chwilami ma się wrażenie, że jest się na koncercie Pink
Floyd. To po prostu niesamowite jak to fenomenalne trio potrafi
manipulować klimatem, malując sporych rozmiarów obraz i używając do jego
stworzenia różnych metod i instrumentów.
Raz jest to mocny akcent basu Skrzeka, raz niesamowity riff gitarowy
Apostolisa by wreszcie zaskoczyć syntezatorem przypominającym Klausa
Schulze. Taki efekt można uzyskać tylko na organach Hammonda
wzbogaconych o syntezatory Mooga.
Ten wyjątkowy zespół na przestrzeni wielu lat stworzył swój własny styl.
Perkusiści zawsze odgrywali dużą rolę w tej formacji na początku był to
Jerzy Piotrowski a obecnie Gabor Nemeth. Myślę że gdyby powstali w
Stanach Zjednoczonych podobnie jak występujący po nich gospodarz
festiwalu – Dżem byliby dziś gwiazdą znaną na całym świecie.
Kiedy rozpoczął się ich koncert wywiązała się wojna o ławeczkę na
której stali pod ogrodzeniem fani. Na szczęście konflikt został szybko
zażegnany obyło się bez bijatyki a na ławeczce zasiedli jej pierwsi
właściciele. Ja byłem właśnie częstowany papierosem chociaż o to nie
prosiłem przez grupkę podpitych biesiadników, obok mnie kobieta
przedzierała kapslem płachtę ogrodzenia i kłóciła się z ochroniarzem a
dwójka fanów przedawkowała napoje wyskokowe i nie była w stanie
pozbierać się z trawy. Przyciąganie ziemskie wygrało.
Za każdym razem gdy myślę o Dżemie zastanawiam się jak oni to robią i w
czym tkwi ich geniusz ? Myślę że kluczem są bardzo życiowe teksty
dotyczące przeciętnych ludzi i ich problemów. Słuchając utworów takich
jak „Whiskey czy „Czerwony jak cegła” człowiek utożsamia się z nimi i po
krótkiej chwili przekonuje się że dotyczą one jego samego.
Artyści oprócz poruszających tekstów mają też niesamowity instynkt
budowania nastroju poprzez wyjątkową interpretację swoich piosenek. Na
uwagę zasługują tu ponadczasowe solówki Jerzego Styczyńskiego i Adama
Otręby oraz zamykające w całości podkłady płynące z instrumentów
klawiszowych.
W ten wyjątkowy środowy wieczór zespół obok starszych utworów
zaprezentował nowy materiał. Zadziwiające jest jak fantastyczną
znajomością tekstów wykazała się młodsza część widowni, chwilami Maciek
nie musiał wcale śpiewać oni robili to za niego.
Bisom nie było końca a publiczność domagała się Whiskey, kawałka bez
którego nie może się odbyć żadne ognisko ten utwór muzycy wspólnie
odśpiewali z synem Ryśka Sebastianem. Żal było opuszczać to magiczne
miejsce chociaż na zegarze dochodziła pierwsza w nocy. Mimo że Festiwal
już się zakończył to ładunek energii jakim zostałem naładowany dalej
jest we mnie i pewnie pozostanie do następnego roku.
Witold Mieszko


















































