2009.01.24 – Grendel – Białogard

Z wielką i nieskrywaną radością wybrałem się tego sobotniego wieczoru na koncert Grendela. Album „The helpless” wywarł na mnie ogromne wrażenie i jak się okazuje nie tylko mnie muzyka białogardzkiego zespołu przypadła do gustu. Najlepszym tego przykładem była zgromadzona tego dnia licznie przybyła publiczność. Drugim istotnym plusem całego wydarzenia stało się samo miejsce, czyli Centrum Kultury ze świetną akustyką. Nowopowstały budynek idealnie nadaje się na imprezy tego typu. Kilka chwil później utwierdziłem się w tym przekonaniu całkowicie. Zatopiony w rozmyślaniach na rozmaite tematy oczekiwałem na muzyczną ucztę. Sala w mgnieniu oka zapełniła się po brzegi. O godzinie 19 na scenie pojawiła się pani, która w telegraficznym skrócie opowiedziała nieco o historii zespołu, po czym przy gromkich brawach zgasły światła i rozpoczął się koncert.
Pierwsze wyłoniły się dźwięki ulicy – nie miałem wątpliwości, że zespół zaprezentuje cały set z płyty, ze wszystkimi dodatkami. Wstęp był nieco dłuższy niż na albumie. Gdzieś w połowie tych odgłosów zaczęła odsuwać się kurtyna i naszym oczom ukazał się zespół w całej krasie. Mocne uderzenie w werbel, niesamowita gra świateł…”Signal” brzmi z wielką mocą. Po ciętym riffie, przy akompaniamencie gitary akustycznej (odtwarzanej – ale o tym nieco później) Sebastian Kowgier wyśpiewuje pierwsze wersy utworu. Niesamowite…Czułem tą ujętą w tekście samotność i myślę, że poczuli to również inni. Give me the signal…
„The matter of time” – padający deszcz i leniwe uderzenia pianina. Po chwili dołącza się do tego wokalista. Śpiewa z wyczuciem, delikatnie. W środku utworu otrzymujemy pierwszą piękną solówkę gitarową. Przestrzenne tło klawisza i zbita, dynamiczna sekcja rytmiczna prowadzi nas w głąb tej muzyki. Nad sceną ekran na którym migają wizualizacje wytwarzające jeszcze większą atmosferę i nastrój.
„Towards the light” – odgłosy radiowych szumów przy pierwszych akordach klawisza. Drapieżne riffy, wokale przepuszczone przez jakiś przetwornik. W połowie utworu niespodzianka – akcenty i perkusyjne solo. Fajne koncertowe wykonanie. Tutaj również słyszymy dogrywane partie gitary, które odpala basista w efekcie leżącym pod nogami. Myślę iż ten zabieg wzbogacił muzykę i zbliżył ją do albumowego wykonania.
Po tym numerze Sebastian Kowgier wypowiada pierwsze słowa skierowane do publiczności.
„Faded Memories” – bardzo nastrojowy i stonowany. W drugiej części NIESAMOWITE solo gitary, które mogłoby trwać w nieskończoność. Wiele zmian tempa i sporo zabawy. Ewidentnie widać iż muzycy bardzo dobrze się rozumieją.
Tytułowy „The helpless” wprowadza nas w nastrój wyciszenia. Środkowy przerywnik przy pianinie, w którym wokalista wznosi się na emocjonalne wyżyny, to zaledwie cząstka tego co stanie się za moment. Wejście solówki gitarowej – tutaj emocje sięgają zenitu. Sebastian Kowgier opowiadał na łamach Teraz Rocka, że „The Helpless” to kompozycja wyjątkowa dla całego zespołu i dało się to wyczuć.
„Main” – tutaj dłuższy akapit. Na płycie utwór trwa niecałe 5 min. Wersja koncertowa to ponad 10 minutowe szaleństwo! Biliński zmienia rytmy, Czarek Świder biega po gryfie. Jest w tym coś z klimatu Camela, na myśl może przyjść również Santana – a to za sprawą niektórych zagrywek gitarzysty. Ogólnie cały utwór wypełniony jest duchem starego dobrego grania. Gdy zespół kończy otrzymuje największe owacje tego wieczoru. Rewelacyjne przeobrażenie utworu!
Wśród aplauzu basista zaczyna pochód do „Full of pride” – kilka fraz i dołączają sie do niego pozostali muzycy. Pulsujący rytm, psychodeliczne wstawki klawiszowe i ekspresyjne, wręcz teatralne gestykulacje wokalisty. Mocna rzecz. Rasowy koncertowy kawałek.
„IIlusions” to już esencja tego co w Grendelu najlepsze. Mnóstwo zmian nastroju, przejmujących wokaliz, robiących na żywo ogromne wrażenie. Motyw zamykający utwór poraża swoją siłą. Lejąca się gitara i stopniowo wyciszająca się sekcja rytmiczna, pozostawia osamotnioną Ulę Świder wygrywającą ostatnie takty przy pianinie. Kurtyna zasłania scenę. Koniec.
Po kilku minutach kurtyna podnosi się znowu – zespół serwuje bisy w postaci dynamicznego „Epidemic” z repertuaru Blackfield oraz piękne wykonanego „Nutshell” Alice in Chains. Publiczności było mało. Na sam koniec powtórkowy „Signal”.

Oczekiwałem dobrego koncertu i z pewnością nie zawiodłem się. Cała otoczka tego wydarzenia – światła, akustyka, wizualizacje stały na wysokim poziomie. Był w tym wszystkim głęboki przekaz, nie pozwalający przejśc obojętnie obok tej muzyki.
Dyskutowałem po koncercie z wieloma osobami – opinie były podobne. Był to wyjątkowy i niepowtarzalny wieczór, pełen tajemniczości, w którym muzyka Grendela nabrała nowego, jeszcze bardziej niepowtarzalnego oblicza.

Krzysztof Palczyński
zdjęcia: Martyna Lendzion

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *