Z wielką i nieskrywaną radością wybrałem się tego sobotniego wieczoru na
koncert Grendela. Album „The helpless” wywarł na mnie ogromne wrażenie i
jak się okazuje nie tylko mnie muzyka białogardzkiego zespołu przypadła
do gustu. Najlepszym tego przykładem była zgromadzona tego dnia licznie
przybyła publiczność. Drugim istotnym plusem całego wydarzenia stało
się samo miejsce, czyli Centrum Kultury ze świetną akustyką.
Nowopowstały budynek idealnie nadaje się na imprezy tego typu. Kilka
chwil później utwierdziłem się w tym przekonaniu całkowicie. Zatopiony w
rozmyślaniach na rozmaite tematy oczekiwałem na muzyczną ucztę. Sala w
mgnieniu oka zapełniła się po brzegi. O godzinie 19 na scenie pojawiła
się pani, która w telegraficznym skrócie opowiedziała nieco o historii
zespołu, po czym przy gromkich brawach zgasły światła i rozpoczął się
koncert.
Pierwsze wyłoniły się dźwięki ulicy – nie miałem wątpliwości, że zespół
zaprezentuje cały set z płyty, ze wszystkimi dodatkami. Wstęp był nieco
dłuższy niż na albumie. Gdzieś w połowie tych odgłosów zaczęła odsuwać
się kurtyna i naszym oczom ukazał się zespół w całej krasie. Mocne
uderzenie w werbel, niesamowita gra świateł…”Signal” brzmi z wielką
mocą. Po ciętym riffie, przy akompaniamencie gitary akustycznej
(odtwarzanej – ale o tym nieco później) Sebastian Kowgier wyśpiewuje
pierwsze wersy utworu. Niesamowite…Czułem tą ujętą w tekście samotność
i myślę, że poczuli to również inni. Give me the signal…
„The matter of time” – padający deszcz i leniwe uderzenia pianina. Po
chwili dołącza się do tego wokalista. Śpiewa z wyczuciem, delikatnie. W
środku utworu otrzymujemy pierwszą piękną solówkę gitarową. Przestrzenne
tło klawisza i zbita, dynamiczna sekcja rytmiczna prowadzi nas w głąb
tej muzyki. Nad sceną ekran na którym migają wizualizacje wytwarzające
jeszcze większą atmosferę i nastrój.
„Towards the light” – odgłosy radiowych szumów przy pierwszych akordach
klawisza. Drapieżne riffy, wokale przepuszczone przez jakiś przetwornik.
W połowie utworu niespodzianka – akcenty i perkusyjne solo. Fajne
koncertowe wykonanie. Tutaj również słyszymy dogrywane partie gitary,
które odpala basista w efekcie leżącym pod nogami. Myślę iż ten zabieg
wzbogacił muzykę i zbliżył ją do albumowego wykonania.
Po tym numerze Sebastian Kowgier wypowiada pierwsze słowa skierowane do publiczności.
„Faded Memories” – bardzo nastrojowy i stonowany. W drugiej części
NIESAMOWITE solo gitary, które mogłoby trwać w nieskończoność. Wiele
zmian tempa i sporo zabawy. Ewidentnie widać iż muzycy bardzo dobrze się
rozumieją.
Tytułowy „The helpless” wprowadza nas w nastrój wyciszenia. Środkowy
przerywnik przy pianinie, w którym wokalista wznosi się na emocjonalne
wyżyny, to zaledwie cząstka tego co stanie się za moment. Wejście
solówki gitarowej – tutaj emocje sięgają zenitu. Sebastian Kowgier
opowiadał na łamach Teraz Rocka, że „The Helpless” to kompozycja
wyjątkowa dla całego zespołu i dało się to wyczuć.
„Main” – tutaj dłuższy akapit. Na płycie utwór trwa niecałe 5 min.
Wersja koncertowa to ponad 10 minutowe szaleństwo! Biliński zmienia
rytmy, Czarek Świder biega po gryfie. Jest w tym coś z klimatu Camela,
na myśl może przyjść również Santana – a to za sprawą niektórych
zagrywek gitarzysty. Ogólnie cały utwór wypełniony jest duchem starego
dobrego grania. Gdy zespół kończy otrzymuje największe owacje tego
wieczoru. Rewelacyjne przeobrażenie utworu!
Wśród aplauzu basista zaczyna pochód do „Full of pride” – kilka fraz i
dołączają sie do niego pozostali muzycy. Pulsujący rytm, psychodeliczne
wstawki klawiszowe i ekspresyjne, wręcz teatralne gestykulacje
wokalisty. Mocna rzecz. Rasowy koncertowy kawałek.
„IIlusions” to już esencja tego co w Grendelu najlepsze. Mnóstwo zmian
nastroju, przejmujących wokaliz, robiących na żywo ogromne wrażenie.
Motyw zamykający utwór poraża swoją siłą. Lejąca się gitara i stopniowo
wyciszająca się sekcja rytmiczna, pozostawia osamotnioną Ulę Świder
wygrywającą ostatnie takty przy pianinie. Kurtyna zasłania scenę.
Koniec.
Po kilku minutach kurtyna podnosi się znowu – zespół serwuje bisy w
postaci dynamicznego „Epidemic” z repertuaru Blackfield oraz piękne
wykonanego „Nutshell” Alice in Chains. Publiczności było mało. Na sam
koniec powtórkowy „Signal”.
Oczekiwałem dobrego koncertu i z pewnością nie zawiodłem się. Cała
otoczka tego wydarzenia – światła, akustyka, wizualizacje stały na
wysokim poziomie. Był w tym wszystkim głęboki przekaz, nie pozwalający
przejśc obojętnie obok tej muzyki.
Dyskutowałem po koncercie z wieloma osobami – opinie były podobne. Był
to wyjątkowy i niepowtarzalny wieczór, pełen tajemniczości, w którym
muzyka Grendela nabrała nowego, jeszcze bardziej niepowtarzalnego
oblicza.
Krzysztof Palczyński
zdjęcia: Martyna Lendzion















































