01.Plan
02.Sycylia
03.Sygnał
04.Chleb, wino i przestrzeń
05.Waikiki
06.Księżniczka
07.Dobra droga
08.Satelity
09.Taka miłość nie jest dla mnie
Rok wydania: 2025
Wydawca: Mystic
Variete nie jest zwykłym zespołem muzycznym. To zjawisko artystyczne. Trudno obecnie przypisać jego twórczość do konkretnego nurtu. Chyba trafniejszym będzie stwierdzenie, że grupa kreuje indywidualne spojrzenie na sztukę, swój własny podgatunek w szeroko rozumianej estetyce około-rockowej. Dorobiła się autorskiego stylu. Unikalnego brzmienia. I konsekwentnie przy nim trwa. Najnowszy album „Sieć Indry” jest kolejnym krokiem na ścieżce wytyczonej przez opublikowaną równo dwie dekady temu płycie „Nowy materiał”.
Historia grupy sięga wszak daleko głębiej. Jej powstanie datuje się na rok 1983. Zaledwie kilka miesięcy później zadebiutowała na scenie festiwalu Jarocin 84. Podczas kolejnej edycji była już prawdziwą sensacją kultowej jarocińskiej imprezy. Wkrótce potem przyszedł czas na pierwsze nagrania. Najpierw pojawił się singiel „I znowu ktoś przestawił kamienie”. Następnie zespół otrzymał szansę rejestracji pyty długogrającej. Nadano jej tytuł „Bydgoszcz” – na cześć miasta, z którego wywodzi się zespół. Złośliwość losu sprawiła, że na premierę albumu trzeba było czekać o wiele za długo. Taśmę-matkę skradziono, potem jej zawartość krążyła w postaci pirackiej kasety magnetofonowej. Ostatecznie oficjalna wersja albumu „Bydgoszcz” pojawiła się dopiero po latach – w roku 2002. W międzyczasie zespół zdążył przygotować jeszcze dwa zestawy nagrań – „Variete” (1993) i „Wieczór przy balustradzie” (1996). Potem na kilka lat zawiesił działalność. Powrócił w 2005 roku – z nowym składem i nowym spojrzeniem na muzykę. Mniej więcej od tamtej pory funkcjonuje na własnych zasadach. Gdzieś tam na uboczu polskiej sceny muzycznej, bez parcia na ekrany i listy przebojów. Status wykonawcy niszowego to z jednej strony przywilej zachowania prywatności, z drugiej zaś mocno ograniczony zasięg. Variete jest więc formacją elitarną – tworzy wysublimowaną muzykę dla nielicznej, ale za to świadomej publiczności.
Znamienne, że grupa w pierwszych latach działalności postrzegana była jako jeszcze jeden na rodzimej scenie (obok Siekiery, Made In Poland czy Madame) przedstawiciel rocka gotyckiego, post-punka i nowej fali. Niejednokrotnie przypinano jej łatkę „cold wave”. Faktycznie, wczesne propozycje chłopaków z Bydgoszczy nawiązywały w jakimś tam stopniu do brzmień à la Joy Division i Bauhaus. Unosiły się nad nimi mroczne, depresyjne obłoki dekadentyzmu. Aranż określała prostota środków – z mocno zaakcentowaną rolą dudniącej sekcji rytmicznej, partii gitarowych rozmytych efektem echa i ekspresywnym wokalem, nieraz na granicy krzyku. Dramaturgii dodawały okazjonalne, drapieżne wtręty saksofonu. Podsumowaniem wczesnych możliwości zespołu jest nagrany na żywo bardzo udany album „Koncert Teatr STU”.
Z czasem twórczość Variete ewaluowała jednak w kierunku, któremu pozostaje wierna do dziś. Stopniowo złagodziła środki wyrazu. Pierwotny gotycki mrok zastąpił wysublimowany eklektyzm. Przekaz dźwiękowy wyszlachetniał. Pojawiły się dyskretne elektroniczne tła klawiszowe podlane lekko jazzowym sosem, rezygnacja z ostrych brzmień gitary elektrycznej na rzecz instrumentu akustycznego. Od ponad trzech dekad kompozycje zespołowe nie opierają się już na schemacie: zwrotka-refren-mostek. Akcent stawiany jest na transowość bliską muzyce medytacyjnej. Utwory często nie mają silnie zarysowanego początku i końca, sprawiają wrażenie zaimprowizowanych. To raczej dźwiękowa ilustracja poetyckich wizji lidera. Grzegorz Kaźmierczak od początku prowadzenia zespołu jawi się bowiem nie jako typowy rockowy tekściarz lecz autor wyjątkowych wierszy. W połączeniu z równie unikatową muzyką powstaje zupełnie nową jakość.
Nie inaczej wygląda to na najnowszej płycie formacji. Obecnie obok Grzegorza Kaźmierczaka i towarzyszącego mu od 1990 roku gitarzysty Marka Maciejewskiego skład grupy współtworzą Grzegorz Korybalski na basie, Eva Lanche na perkusji oraz Alan Balcerowski obsługujący saksofon sopranowy i tenorowy. Najmłodsze dziecko tego kolektywu to zaledwie trzydzieści dwie minuty dźwiękowej medytacji w dziewięciu aktach. Tyle bowiem jest wierszy Kaźmierczaka, które zilustrowano absolutnie niezwykłym podkładem muzycznym. Artyści zapraszają nas w podróż po zakamarkach własnej kreatywności. Wspólnym mianownikiem jest wciąż trans. Psychodeliczna rytmika perkusyjna podkreślona miarową pracą basu stanowi tło dla onirycznych partii klawiszowych, delikatnie tkanych zagrywek gitarowych i sporadycznych solówek saksofonu. Nikt z instrumentalistów nie wywyższa się ponad resztę, nie ma tu niepotrzebnej żonglerki po gryfie i często karykaturalnie pojętej wirtuozerii. Każdy dźwięk ma swoje uzasadnienie. Bez łatania dziur i zbędnego grania na czas. Tu wszystko dzieje się po coś. Nad materią kompozycyjną unosi się pierwiastek tajemnicy, jakieś mistyczne niedopowiedzenie. Melodyjny śpiew Kaźmierczaka cechuje łagodność, czasem wręcz półszept. Po zabarwionych dramatyzmem gotyckich wokalizach nie pozostał już najmniejszy ślad.
Nie jest to muzyka łatwa i lekka. I raczej nie dla każdego. Nie od razu też trafia do serca. Trzeba dać jej trochę czasu. Podobnie rzecz ma się z poetycką stroną albumu. Wiersze Kaźmierczaka to ulotne opisy przeżyć danej chwili, zapiski z eskapad geograficznych wymieszane z tęsknymi refleksjami autora. Poeta wypracował własną stylistykę. Używa niby potocznych ale jednak przemyślanych określeń. Wystrzega się przy tym górnolotnego bełkotu. Nie trzeba też sięgać do słownika wyrazów obcych. Asceza zamiast przegadania. A mimo to wrażliwość tych słów nie pozostawia odbiorcę obojętnym.
Trudno wyróżnić którąkolwiek spośród dziewięciu kompozycji wypełniających płytę. Począwszy od „Plan” a skończywszy na finałowym „Taka miłość nie jest dla mnie” każdy kolejny utwór to idealnie pasujący do siebie element układanki. Tego nie można wyrywać z kontekstu. Ograniczony czas trwania krążka sprawia zaś, że płytę po zakończeniu od razu chce się odtworzyć ponownie. I wciąż odkrywamy kolejne niuanse, jakieś smaczki przegapione przy poprzednim odsłuchu. „Interesuje mnie tylko to, co jeszcze nie istnieje” deklaruje Kaźmierczak w kompozycji „Chleb, wino i przestrzeń”. Jakże się z nim nie zgodzić?
Żadna wzniosła puenta nie będzie godna liryki i dźwięków, z którymi przyszło mi się tym razem zmierzyć. Wbrew pozorom praca recenzenta to nie jest łatwy chleb. To nieustanna wewnętrzna walka emocji z obiektywizmem. Trzeba bardzo uważać. Ocenianie materii słowno-muzycznej jest stąpaniem po cienkim lodzie. W przypadku twórczości tak unikatowego zjawiska jak grupa Variete jest to wręcz zadanie niewykonalne. Absolutu nie da się podsumować.
10/10
Michał Kass
















































