1. Capsizing the Sea (1:30)
2. In Waves (5:02)
3. Inception of the End (3:48)
4. Watch the World Burn (4:53)
5. Dusk Dismantled (3:47)
6. Black (3:27)
7. Built to Fall (3:08)
8. Caustic Are the Ties That Bind (5:34)
9. A Skyline’s Severance (4:52)
10. Forsake Not the Dream (5:20)
11. Of All These Yesterdays (4:21)
12. Chaos Reigns (4:07)
13. Leaving This World Behind (1:32)
Rok wydania: 2011
Wydawca: Roadrunner Records
http://www.myspace.com/trivium
Oto album, który podniesie tumany kurzu pod wojowniczymi stopami
wszystkich fanów muzyki metalowej. Zgromadzi gigabajty burzowych chmur
nad każdym pojedynczym forum internetowym. Stanie się gwoździem do
trumny kilku recenzentów, podczas gdy dla całej reszty stanowić będzie
dręczący niczym dziura w zębie problem, orzech, który rozgryzą tylko
najmocniejsi dziadkowie. Bo kiedy grupa o statusie jednej z największych
amerykańskich gwiazd ciężkiej muzyki, domniemana „Metallica nowego
pokolenia”, nagrywa taki album jak „In Waves”, nie ma mowy o spokojnym
przyjęciu. Załóż hełm, drogi Czytelniku, ponieważ wchodzimy na prawdziwe
pole bitwy i nie chciałbym Cię stracić zbyt wcześnie.
Nigdy tego nie robiłem w recenzji, ale chciałbym Cię zaintrygować
przed wyłożeniem własnej, niefanowskiej i przez to, śmiem twierdzić,
całkiem obiektywnej opinii. „In Waves” zbiera calutką paletę ocen od
liczących się w świecie muzyki periodyków i portali, co szybciutko
udowodnię. Revolver – trzy punkty na pięć. „Niezgodny album z pewnymi
przebłyskami”. Sputnik – „dwójeczka” w skali pięciostopniowej. „Tak
banalnie nie brzmieli od czasów „Ember to Inferno”. Trzynaście osób na
trzynaście zgadza się z recenzją. The Guardian – dwie gwiazdki z
sześciu. „Nigdy nie jest dobrze, gdy najlepszy utwór na płycie to
intro”. Ponownie Sputnik, inny recenzent – tutaj ocena maksymalna. Trzy
na trzydzieści siedem (!) osób zgadzają się z recenzją. Nie musisz
chcieć wiedzieć, jakie są powody tak mieszanego odbioru, Czytelniku, i
tak Ci wytłumaczę.
Fani kochali „Ascendancy”. „The Crusade” jedni polubili, inni spuścili
z wodą w klozecie, lecz do piaskownicy wskoczyły media i zapaliły kilka
reflektorów nad zespołem, czym spowodowano powszechne zainteresowanie
całych rzeszy nowych, krnąbrnych fanów. Kwartet poczuł wiatr w żaglach i
nagrał swoje – przynajmniej w moich oczach – opus magnum, Ambicjusza
Wielkiego aka „Shogun”. Niestety nie ma róży bez kolców, a gdy po takiej
płytce robi się krok do tyłu na ewolucyjnej ścieżce (bo tym właśnie
jest „In Waves”), nieważne jak wymierzony i udany by nie był, trzeba
liczyć się z nadmiernym pieniactwem i sporym szumem. Być może właśnie o
to chodziło zespołowi, który jest o krok od stania się prawdziwym
muzycznym gigantem, a być może chcieli wszystkim pokazać, jak
prezentowałoby się brakujące ogniwo między „Krucjatą” i „Szogunem”.
Niemniej nagrali trzynaście kompozycji, stanowiących teoretycznie
wymarzone połączenie metalcore’owych korzeni z przebojowym thrashem.
„Teoretycznie”, ponieważ, jak sam widziałeś, Amerykanom najwyraźniej
takiego połączenia nie było potrzeba. Czyli co, miał być hicior, a
wyszedł…
Gicior, wyszedł gicior, zapewniam. „In Waves” to pędząca na złamanie
karku, wypolerowana niczym stojące w salonie Porsche i solidnie
przemyślana lokomotywa metalowego czadu i chwytliwej przebojowości.
„Album pod radio / publiczkę”? W pewnym sensie tak, bo liczba
wpadających w ucho melodii przywodzi o ból głowy, a refreny co
niektórych kompozycji jakby samodzielnie nuciły się nam pod nosem.
Zaprawionego w bojach metalowca takie „Built to Fall”, „Watch the World
Burn” lub „Inception of the End” może nawet nieco oburzyć. Opadnie mu za
to szczęka przy miażdżącym wszystko na swojej drodze riffie kawałka
tytułowego, wzorowanym chyba na twórczości Devina Townsenda syko-growlu w
„Dusk Dismantled” (pomylę się, jeżeli napiszę, że tak ciężko Heafy
jeszcze nigdy nie wył?), czy też gitarowym karabinie maszynowym w stylu
Meshuggah strzelającym z drugiej połowy „Black”. Solówek również „tysiąc
pięćset sto dziewięćset”, szkoda tylko, że krótkich. Chciałoby się
dwukrotnie dłuższego „samodzielniaka” z mającego progresywne zapędy
„Caustic Are the Ties That Bind” lub częstszego popisu tańca palców na
strunach w stylu koszącego trawniki „A Skyline’s Severance”. Co nie
zmienia faktu, że każdy odnajdzie tu jakieś szlagiery dla siebie.
Czego jednak zabrakło? Pogrom krytyków nie wziął się przecież z
powietrza. Brzmienie jest wypieszczone jak pupcia jedynaka i – mówiąc
szczerze – brakuje mu nieco szorstkości. Takie czasy – metalowe albumy
lśnią i niepotrzebnie dbają o wygładzanie każdego dźwięku, a o wiele
bardziej „komercyjna” muzyka niezależna swą zadziornością rozpierdala
głośniki. Można też wytknąć zbyt dużą ilość kompozycji, ale Trivium ma w
zwyczaju nagrywać płyty długie (należy dodać, że edycja specjalna jest
dłuższa o ponad kwadrans!) Głównym problemem „In Waves” jest jednak…
czyste rzemieślnictwo. Panowie męczyli te kompozycje miesiącami, to
naprawdę czuć. W efekcie zabrakło choć odrobiny luzu i jakiejś malutkiej
iskierki, która pozwoliłaby uwierzyć w pasję, z jaką piąty studyjny
album Trivium został poczęty. Powstała idealna maszyna z określonym
celem, taki „Uniwersalny żołnierz”. Bez znanej z poprzedniego krążka
chęci odkrywania czegoś nowego i ostrożnego eksperymentowania (bo za
takie chyba nie uznamy szeptów w breakdownie tytułowego kawałka,
pseudoballady „Of All These Yesterdays” i intra /outra). Znany z setek
przypadków „syndrom następnej płyty po TAMTEJ” staremu fanowi być może
nie przeszkodzi w rubasznej konsumpcji, autorowi tej stanowczo za
długiej już recenzji jednak delikatnie doskwiera.
Podsumowując, mamy do czynienia z dobrym albumem, który poległ jednak w
starciu z eksperymentalnym poprzednikiem i cofnął zespół w ewolucji,
stety lub nie. Taki odgrzewany kotlet od ukochanej babci, którego i tak
wpałaszujesz ze smaczkiem. Dla starego fana będzie to albo radosny
powrót do przeszłości, albo bukiet róż od ukochanego niegdyś zespołu w
ramach przeprosin za przeszłe wybryki. Zieloni w temacie będą tupać
nóżką jak emeryt na dancingu, nie ma co do tego wątpliwości. Nie widzę
więc powodów, aby album odradzać, co robią moi koledzy zza oceanu. Może
po prostu „nie znam się”, a może znać się nie chcę, gdy do czynienia mam
z równie miłym wydawnictwem.
7/10
Adam Piechota



















































