TREAT – 2010 – Coup De Grace

01. Prelude – Coup de Grace 2:27
02. The War Is Over 3:57
03. All In 4:11
04. Paper Tiger 4:27
05. Roar 4:27
06. A Life To Die For 4:21
07. Tangled Up 4:07
08. Skies of Mongolia 3:52
09. Heaven Can Wait 3:29
10. I’m Not Runnin’ 3:26
11. No Way Without You 4:09
12. We Own The Night 4:34
13. All For Love 3:50
14. Breathless 4:22

Rok wydania: 2010
Wydawca: Frontiers
http://www.myspace.com/thebandtreat


Treat – mówi Wam coś ta nazwa? Jeżeli jest ktoś taki to gratuluję, bo ja do tej pory nie słyszałem o tym zespole, a jak się okazuje album „Coup de Grace” to powrót po ośmiu latach przerwy… żeby było ciekawiej to już siódmy album zespołu, który debiutował w roku 1985 krążkiem „Scratch and Bite”.

To bez wątpienia jedno z najciekawszych tegorocznych wydawnictw sygnowanym logo Frontiers Records. Włoska wytwórnia przoduje ostatnimi czasy w wszelakiej maści wydawnictwach z kręgu AOR/hard rock i z przykrością muszę stwierdzić, że znacząca ich ilość to albumy, nazwijmy to, średnich lotów. Tym bardziej cieszą płyty takie jak „Coup de Grace”, albumy, których można słuchać z niekłamaną przyjemnością rozkoszując się w dźwiękach rodem z lat osiemdziesiątych! Tak, ta płyta jest stworzona wręcz dla osób, które lubują się w melodiach spod znaku: Def Leppard, Europe czy amerykańskim graniu a’la Damn Yankees.

Niemal każdy z utworów, które weszły w skład tego wydawnictwa potrafi skupić na sobie uwagę słuchacza, (zwłaszacza takiego któremu zdarza się zatęsknić do muzyki, „której już się nie gra”). Intrygujące, wypełnione fragmentami przemówień intro, a zaraz po nim przebojowe „The War Is Over” wprowadzają w błogi stan, który zakłócają jedynie nieco słabsze „All In” czy „Tangled Up”. Nie myślmy jednak o nich, tu większość materiału to sentymentalna podróż w czasie, do okresu gdy melodyjne, rockowe granie święciło triumfy. Mój faworyt? Bezsprzecznie „Roar” z motorycznym, wpadającym w ucho riffem prowadzącym i kosmicznie wręcz nośnym refrenem – aż noga sama przytupuje a głowa się rytmicznie kiwa! Nie zabrakło, no bo jakże by mogło, rasowej ballady i taką rolę odgrywa tu „A Life To Die For”.

Sporo tu naleciałości, w riffie w „We Own The Night” nie sposób nie usłyszeć Def Leppard ale czy to ma znaczenie? Grunt, ze słucha się tego wyjątkowo przyjemnie, solówki są porywające a chórki wywołują przyjemne mrowienie . …byłbym zapomniał – bardzo dobry wokalista – dzierżący stanowisko za mikrofonem Robert Ernlund to bez wątpienia atut, który zespół w należyty sposób wykorzystuje!! Polecam!

8/10

Piotr Michalski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *