1. Revenge of the Pork
2. Dirty Marriage
3. Kristin
4. Crocodile
5. Anioły Zjadają Plon
6. Baal
7. Dysk-O
8. Walec
9. Friday
10. Pitbull
Rok wydania: 2019
Wydawca: Another Side Records
Profil Facebook
„Dziesięć” – rzecz się tyczy twórczości zdecydowanie mniej subtelnej w
przekazie, niż skoczne piosenki Pablopavo. Dokładnie, to chodzi o
częstochowski Tranquillizer 247. Grupę z kilkuletnim stażem, o nazwie
tak samo zwariowanej, jak cały jej debiutancki album. Przybrała do tego
nieco pandemiczny wizerunek, idealnie wpasowany w obecną sytuację i
nieczytelne logo, niczym radosna twórczość z ostatniej strony szkolnego
zeszytu. Tak się w świecie utarło, że ponoć nie ocenia się książki po
okładce. Jednak w odniesieniu do metalowych albumów, ta maksyma często
po prostu się nie sprawdza. Wielokrotnie już na pierwszy rzut oka widać,
z czym przyjdzie się zmierzyć, biorąc dane wydawnictwo do ręki. W tym
przypadku też łatwo się domyślić, że zawartość krążka nie jest
skierowana do przypadkowego odbiorcy i wbrew nazwie zespołu, zapewne
działa uspokajająco jedynie na osoby lubujące się w wyjątkowo ciężkich
brzmieniach.
„Dziesięć”. Tylu przyjdzie słuchaczowi skosztować utworów
słowno-muzycznych, o nader pobudliwej naturze, którym zwykłe określenie
„piosenki” najzupełniej nie przystoi. Zbyt miłe i zbyt spokojne to
słowo, by odnosiło się kompozycji bohatera niniejszej recenzji. Mamy tu
bowiem do czynienia z wysoce energetyczną mieszaniną zgrzytliwego grindu
i ponurego death metalu, co w ostatecznym rozrachunku dało na tyle
ciekawe efekty, że „dziesiątka” jawi się całkiem udanym i wartym uwagi
dziełem
Album otwiera „Revenge of the Pork”, tytułem sugerujący coś z dziedziny
Nuclear Vomit lub Porky Vagina. W rzeczywistości na start serwowany jest
miażdżący i ciężki utwór, wpisujący się bardziej w estetykę brutalnego
death metalu, pokroju Dranged. Nieśpiesznego tempa dotrzymuje mu
„Baal”. Wręcz sążnisty w porównaniu do reszty numerów,
nieprzekraczających trzech minut epatowania dźwiękami. Do tego
towarzystwa śmiało można też dodać „Walec”, o tytule adekwatnym do jego
charakteru. Za to w ożywczy (gore)grindowy klimat, dziarskim krokiem
wprowadza słuchacza „Kristin”. Szybki i bezczelny strzał, a do tego
wpadający w ucho. Wtóruje mu równie zadziorny „Crocodile”, „Dysk-O” i
zamykający stawkę mocno żwawy „Pittbull”. Tak więc, w tej niepokornej
dziesiątce znajdują się zarówno wolniejsze kompozycje, jak i szybkie
serie. Wzajemnie ze sobą wymieszane, przez co materiał nie ginie w
monotonii dojmujących tonów. Miłośnikom bezpardonowego grania, powinien
przypaść do gustu
Całość pod względem technicznym bez zarzutu – brzmi odpowiednio srodze i
klarownie. Wszystko jest dobrze zagrane i przemyślane, z odpowiednią
dozą zadziorności, ale jednocześnie bez przekroczenia granicy
ekstremalnego kiczu i szaleństwa, jakim często raczą swoich fanów gore
grindowe kapele, stając się niejednokrotnie tylko (ob)scenicznym
wybrykiem.
7/10
Robert Cisło




















































