TRAKTOR – 2013 – Alcatra’N’Z

1. Defenestrace,
2. Katastrofiol,
3. Pritel Gump,
4. Kdy Dojdou Naboje A Vzduch,
5. Alkatra’n’z,
6. Rock fort Nox,
7. Atomove Srdce Otce,
8. Dovolena V Pr…,
9. Truck’n’roll,
10. Katakomby

Rok Wydania: 2013
http://www.traktor-rock.cz


Z pewnością wiele kapel metalowych na świecie zastanawia się nad właściwą nazwą dla swojego zespołu. Dobra i chwytliwa nazwa powinna przecież jednocześnie określać muzykę, jaką dany zespół wykonuje. No właśnie: jak jednym słowem odzwierciedlić ciężar gatunkowy muzyki metalowej? Najlepiej chyba posłużyć się wyrazem, który jednoznacznie kojarzy się z czymś mocnym, twardym, ciężkim, rozgniatającym. Weźmy na przykład taki… traktor. Jest odpowiednio ciężki, wjedzie na trudny teren. Pasuje!
Traktor to również nazwa kapeli, która powstała w 2001 roku w miejscowości Hranice w Republice Czeskiej. Na swoim koncie mają 4 albumy. Ostatni jak do tej pory o nazwie „Alcantra’n’z” został wydany w 2013 roku. Zespół w składzie Martin C. Kapek (śpiew), Karel Ferda (gitara basowa), Petr Barny Bartošek (klawisze) oraz bracia Standa i Pavel Balko (odpowiednio na gitarze i na perkusji) z powodzeniem i uznaniem „rozjeżdżają” metalową czeską oraz słowacką brać metalową. Czas przyjrzeć się, co tak naprawdę gra w maszynie o nazwie Traktor z silnikiem marki Alcatra’n’z. Dokręćmy więc żarówkę, która widnieje na okładce albumu i… w drogę.


Album otwiera „Defenestrace” – słychać marsz kroków po żwirze i kamieniach. Z czasem jednak wyłaniają się dźwięki pompatycznego riffu, który od samego początku wkręca się w umysł powodując, że aż chce się go zacząć nucić. Krótkie sprzężenie gitary, by z całą mocą nią uderzyć w słuchacza wraz z kapitalnymi bębnami w tle. Zwrotka to ciężka gra gitary Standy okraszona na przemian „zakkwyldowymi” ozdobnikami, a także chropowaty ale i melodyjny głos Martina złowieszczo wypluwający kolejne słowa nawołujące do buntu. Co ciekawe, język czeski ani trochę nie śmieszy, wręcz idealnie może konkurować z najlepszymi numerami w wykonaniu Anglosasów. Refren jest banalnie prosty: „Konec legrace, Defenestrace asi bude oooo.k.”. Właśnie tak: przeprowadźmy defenestrację i wszystko będzie ok. Jak pamiętamy z lekcji historii, najsłynniejsze defenestracje (dosłownie: wyrzucenie kogoś lub czegoś przez okno) miały miejsce w Pradze w XV i XVII wieku. Wyrzucamy więc przez okno wszelkie brudy oraz niechcianych gości. I kolejna niespodzianka – rzadko już dziś się zdarzają w metalowych numerach solówki. A ta tutaj, mało, że jest treściwa, to jeszcze spina w całość klamrą początkowy riff. Jeszcze tylko chóralne zaśpiewy refrenu w rytm sekcji rytmicznej. Bardzo dobre szybkie i konkretne rozpoczęcie albumu.

Ani trochę nie zwalniamy tempa, a wręcz przeciwnie – przyspieszamy jeszcze bardziej. „Katastriofiol” to rozpędzająca się z każda sekundą traktorowa „lokomotywa”. Momentami jest jak w Accept, momentami przypomina to solowe dokonania U.D.O., lecz wszystko podane w szybkiej rockandrollowej jeździe bez trzymanki. Co ważne, i tu znalazło się miejsce dla równie energetycznej solówki. Widać, że Standa to nie tylko świetny „riffowy”, ale gdy trzeba to i „solówkowy” gitarzysta.

Trzy i pół minuty szybko mija i przechodzimy do kawałka „Přítel Gump”. Inspirowany postacią Forresta Gumpa numer to przede wszystkim genialny maidenowski riff na początku. To jest jeden z takich riffów, przy którym bez zbędnej namowy aż chce się podskakiwać do rytmu. Martin daje nam trochę odpocząć podczas zwrotki, jednak genialna gitara w tle imituje wręcz lokomotywę, która pędzi rozpędzona po czeskich torach. Niezwykle pogodna i bardzo dobrze sprawdzająca się na koncertach metalowa „skakanka”. Na uwagę zasługuje połączenie bardzo połamanego rytmu z melorecytacją Martina i przygrywającą w tle gitarą. Trzeba wspomnieć, że glos wokalisty jest bardzo chropowaty, jakby wypalony czeskim tytoniem, ale mimo to wcale się nie męczy i śpiewa bardzo czysto, o czym będzie się również można wiele razy przekonać, choćby w późniejszych utworach.

Wrzucamy niższy bieg i zwalniamy, bo oto (a jakże!) czas na balladkę: „Kdy dojdou naboje a vzduch”. Utwór zaczyna się od delikatnego pianinka oraz miłych dla ucha efektów na klawiszach. Z czasem dochodzi reszta zespołu – gitara, wokal i sekcja rytmiczna. Balladka z czasem zmienia się w prostą rockową piosenkę, gdzie znów możemy docenić walory wokalne Martina. Warto wsłuchać się w gitarę w tle: delikatnie przygrywającą, ale i równocześnie mile rozmawiającą z klawiszami podczas solówki. Po chwili odpoczynku przy pianinie czas jednak na coś, co podobnie jak „Defenestrace” na długo pozostanie w uszach słuchacza.

To utwór tytułowy – „Alcatra’n’z”. Na początku jakieś dzwony, niebezpiecznie nowoczesne efekty na klawiszach. Lecz w momencie, kiedy przeszywa nas złowieszczy glos Martina, wiadomo, że będzie bardzo dobrze. Ach i ta gitara, frapująca, prosto grająca, ale jakże pięknie… Potem z każdą sekunda jest już tylko lepiej. Jest niepewnie, ale w tym refrenie jest coś takiego, co powoduje, że słuchacza ogarnia niepokój, no i pojawiają się ciarki. Może to te klawisze w tle, a może świetna gra gitary basowej… I do tego jeszcze ta solówka pod koniec, kiedy Standa przejmuje od Martina pałeczkę w oprowadzaniu po sławnym więzieniu („światła tu mało, jak dotyku miłości…”). Szkoda tylko, że w momencie, gdy gitara zaczyna brzmieć całą swoją mocą, realizator dźwięku postanowił ją wyciszyć i zakończyć utwór… „Takie prawo Alcatra’n’z…”, ale kawałek naprawdę przedni.

Opuściliśmy więzienie Alcatra’n’z, ale musimy odwiedzić jeszcze jeden fort – „Rock Fort Knox”. Skrzekliwy wokal Martina na tle głębokiej gry gitary basowej, a jako łącznik mamy Standę, który sprawnie łączy ciężkość gitary z ozdobnikami. I tu również refren jest łatwy do śpiewania: „Rock Fort Knox těm co po nás příjdou…”. W tym kawałku pierwsze skrzypce (pierwszą gitarę) gra na basie Karel – to, jak on na niej gra sprawia, że pozostali członkowie milkną na chwilę, by pokazać i jego kunszt. Potem jednak i Standa postanawia się włączyć do rozmowy pokazując po raz kolejny swoje – trzeba przyznać niemałe – umiejętności.

Za murami Rock Fortu Knox czeka nas druga w zestawie ballada: „Atomove srdce otce”. Czyżby ukłon w stronę Pink Floyd??? Utwór zaczyna się gitarą akustyczną i pianinkiem. Tym razem z początku Martin śpiewa oszczędnie, lecz tylko w zwrotce. To, w jaki sposób śpiewa już podczas refrenu powoduje ciarki na plecach. Cały refren ma niesamowity klimat – bardzo przeszywający, jakby wspomnienie o kimś, kogo brak. Po refrenie ponownie puszczamy oczko w stronę Floydów – pianinko przygrywa troszkę tak, jakby chciało zagrać „High hopes”.. Zresztą pianino i bas, dwa instrumenty, które budują całe napięcie, ale i gitara podczas refrenu sprawia, że to napięcie jest jeszcze większe. Ach te ciarki podczas refrenu pod koniec, kiedy Martin już śpiewa z całą mocą nie szczędząc sił ani na jedną nutę. „Atomowe serce ojca” to z pewnością jedna z najpiękniejszych metalowych ballad, jakie słyszałem…

„Dovolena v pr…” to z początku rozgrzewka aparatu wokalnego Martina. Czy właśnie tak rozgrzewa swoje gardło przed koncertami? Potem mocne i głębokie bębny i wymieniamy kolejne miejscowości, do których mogą jeździć Czesi na ferie i wakacje (a tekst całkiem zabawny: „Kréta mě nesere neskočím Fischere na lacinej trik / tvůj first moment last minute ani all inclusive”). W tle bardzo można wsłuchać się w fajne klaskanie dłońmi, które jeszcze bardziej podbija brzmienie talerzy. Na uwagę zasługuje też kolejna ciekawa solówka Standy.

Kolejny kawałek, „Truck’n’roll”, to po prostu trzyminutowa rockandrollowa jazda o tym, jak to cała grupa trzyma się razem, a maszyna o nazwie Traktor nigdy się nie zatrzyma („jak už starej rocker pravil, tenhle traktor nikde nestaví”). United we stand, chciałoby się rzec, pozycja obowiązkowa dla każdego szanującego się rockera,

Czas na ostatni przystanek Traktora, a zarazem opus magnum albumu. To „Katakomby”. Zaczyna się bardzo delikatnie i mrocznie. Pianinko i ponury głos Martina zapraszający do zwiedzenia zakamarków życia i katakumb. Z każdą sekundą jest coraz ciekawiej, coraz mroczniej, ale i szybciej by w refrenie przejść w niemal w doom metal, bardzo czarno i mrocznie („w przestrzeni katakumb schowane czekają śpiące dusze”). Łącznikiem znów jest kapitalna solówka Standy, a także niesamowita gra Pavla na podwójnej stopie. Po solówce znów zmiana tempa – chóralne zaśpiewy, głębokie bębny i klawisze. Czy tak już będzie do końca? Nie, bo nagle wszystko znów się rozpędza, a chóralne zaśpiewy przechodzą w tło. Pod koniec otaczają nas już tylko mroczny śpiew uśpionych dusz i klimatyczne klawisze. Obok „Defenestrace” i „Alcatra’n’z” to najlepszy kawałek na płycie.


Szybko mija godzina z Traktorem. Dużo dobrej zabawy i bardzo dobrze zagranej muzyki – ciężkiej, ale i melodyjnej, z wyśmienitymi i momentami przeszywającymi riffami. Co ważne, ta energia i radość grania, zawarta na tym krążku jest również świetnie odczuwalna i fantastycznie przyjmowana przez Czechów podczas dwugodzinnych koncertów. Oby ten Traktor jechał jak najdłużej.

9/10

Mariusz Fabin

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *