01. Welcome to the Show
02. Morpheus
03. Bread and Circuses
04. Imago
05. The System
06. Law and Order
07. Dream Within a Dream
08. Terminal
09. Inner Sanctum
10. Somnium Ex Machina
11. Gods Among Each Other
Rok wydania: 2018
Wydawca: Dr. Music Records
https://www.t-eve.com/
Po dziesięcioletniej przerwie wydawniczej, TOMORROW’S EVE – niemiecki
reprezentant muzyki progmetalowej, powraca z premierowym materiałem!
Ten, jest pewnym ukłonem wobec dokonań z przeszłości. Mianowicie, zespół
zdecydował się na wskrzeszenie, kontynuację cyklu sygnowanego nazwą
„Mirror of Creation”. Zapowiada się ciekawie, czyż nie? Ale od początku.
Następca – w moim odczuciu – bardzo udanego „Tales from Serpentia” z
2008 roku to tradycyjnie już album o charakterze konceptualnym i choć
jest on poniekąd powiązany z dwoma pierwszymi odsłonami „Mirror of
Creation”, tym razem bazuje na zupełnie innym pomyśle. Całość została
przedstawiona w formie wielowarstwowego snu głównego bohatera, co od
razu nasuwa skojarzenia wobec kinowego hitu „Incepcja”, gdzie w jedną z
głównych ról wcielił się Leonardo DiCaprio. Wbrew pozorom, tematyka
tekstów nie jest oderwana od rzeczywistości. Wprost przeciwnie, pod
przykrywką imaginacji pokroju sci-fi, zespół porusza poważne tematy
jednocześnie kierując w stronę odbiorcy mocne przesłanie. W specyficzny
klimat – już na wstępie – wprowadza futurystyczna okładka wykorzystująca
jasną kolorystykę. W blasku fleszy, refleksów promowanej zewsząd
doskonałości, wszechobecnej sztuczności, zacierana jest rzeczywistość.
Pod przykrywką nowych wartości i rozkwitu technologii wkrada się w życie
zgnilizna destrukcji, sukcesywnie wyniszczając coraz bardziej
nieświadomego człowieka. Tego typu rozważań i odniesień nie brakuje,
zwłaszcza w warstwie lirycznej. Zresztą w tej materii zespół zawsze
starał się być na bieżąco, poruszając aktualne tematy, czasem lekko
wybiegając w przyszłość. Przeważnie jednak odnosił się do zagadnień
związanych z zagrożeniami, jakie w danym czasie stoją przed ludzkością i
jego egzystencją. W tym akurat przypadku praktycznie każdy utwór
porusza odrębny wątek, co na pewien sposób odzwierciedlają grafiki
towarzyszące poszczególnym tekstom – te według mnie prezentują się nawet
lepiej niż okładka; jest na czym zawiesić oko. Z tekstów bije
autentyzm, czemu sprzyjają filozoficzne rozważania, odniesienia do
otaczającej rzeczywistości. Ich zawartość utwierdza w przekonaniu, że
człowiek (niestety) obojętnieje, uczy się bagatelizować niepokojące
sygnały, wypracowując u siebie zdolność odwracania wzroku od rzeczy
niewygodnych, jak np. krzywda drugiego człowieka. Można powiedzieć, że
nieuchronnie zmierzamy w stronę globalnej eutanazji. Trafnie obrazuje to
wyrazisty tekst „Bread and Circuses”, do którego powstało lyric video.
Zgodnie z jego przesłaniem, człowiek ma szanse na zmianę – mimo to nie
potrafi, a może nie chce z tego skorzystać. Czas natomiast płynie
nieubłaganie do przodu i być może już niebawem będzie za późno na
jakąkolwiek reakcję… To swego rodzaju wskazówka, a może trafniej
byłoby powiedzieć, ostrzeżenie.
Nie ma jednak co ukrywać, o wyjątkowości „Mirror of Creation III –
Project Ikaros” w głównej mierze decyduje nieprzeciętna muzyka, co
dodatkowo umacnia charakterystyczny styl zespołu. Od razu dodam, że
TOMORROW’S EVE nie porywają się na stylistyczne metamorfozy, bo niby po
co mają to robić?! Zamiast muzycznej rewolucji bazują na sprawdzonych
rozwiązaniach, z jakich dali się poznać w przeszłości – w skrócie, mamy
do czynienia z rasowym metalem progresywnym i to w tradycyjnym wydaniu.
Nie oznacza to jednak stagnacji twórczej, powielania wcześniejszych
pomysłów, pójścia na łatwiznę. Zespół przy wykorzystaniu sprawdzonych
metod oraz zastosowaniu znanych środków wyrazu propaguje ciekawe,
wyraziste i dojrzałe formy/struktury. Z drugiej strony nie można
powiedzieć, że muzyka i prezentowane rozwiązania są oczywiste,
przewidywalne – występuje element zaskoczenia. Kompozycjom nie można też
odmówić świeżości, odpowiedniej siły wyrazu, charakteru. Tradycyjnie
nie brakuje instrumentalnych zawiłości oraz aranżacyjnych rozłożystości.
Zaawansowanie techniczne stoi na bardzo wysokim poziomie, więc fani
progresywnej specyfiki nie powinni mieć powodów do narzekań. Pod tym
względem zespół cechuje zdrowy rozsądek, umiar i odpowiednie wyczucie.
Słychać, że muzykę tworzyli doświadczeni instrumentaliści, potrafiący ze
sobą współpracować. Dlatego nie ma tu mowy o przedobrzeniu, przesadzie,
przeroście formy nad treścią. Brzydko mówiąc wszystko jak najbardziej
trzyma się kupy, całość jest spójna, kompozytorsko barwna i atrakcyjna.
Panowie doskonale żonglują emocjami, nastrojem, zmiennością dynamiki;
stąd bez trudu przychodzi im łączenie metalowej ekspresji z
atmosferyczną delikatnością. Praktycznie każda kompozycja łączy w sobie
co najmniej dwa bieguny nastrojowej wrażliwości. Zdają się to
odwzajemniać m.in. przyjemnie bujający „Inner Sanctum” z przyjemnym
basem jak również zmienny „Morpheus” o ujmującym refrenie, który szybko
zapada w pamięć. Wydawnictwo jest szczodrze obdarowane melodiami i choć
te nie są specjalnie narzucające, to potrafią zadomowić się w
świadomości słuchacza. Szczególnie daje się to wyczuć przy okazji „Bread
and Circuses”, otwierającego „Welcome to the Show” czy też przyjemnie
„rozmytego” „Law and Order” z „fortepianowymi” zdobnikami. W tej materii
panuje jednak gustowne stonowanie i dystyngowane podejście do tematu.
Zespół dawkuje poziom przebojowości omijając szerokim łukiem melodyjną
infantylność, dzięki czemu całość zyskuje na szlachetności. Występują
także miłe niespodzianki – przy okazji „Imago” pojawiają się delikatno –
zwiewne orientalne zdobniki o bliskowschodnim namaszczeniu (głównie we
wstępie). Przy okazji tegoż właśnie utworu przewijają się również
elementy przywołujące na myśl styl nieistniejącej już (niestety)
formacji ARK z czasów pamiętnego „Burn the Sun” (to jednak nie powinno
zbytnio dziwić bacząc na obecny skład zespołu). W tym miejscu nie sposób
nie zauważyć małego „potknięcia” – w booklecie pomylono kolejność dwóch
następujących po sobie kawałków, ale taki problem to nie problem
(powyższy spis zawiera rzeczywistą kolejność). Jest to marginalne
uszczknięcie, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, co wydawnictwo ma do
zaoferowania w całości. Atrakcji na pewno nie brakuje; począwszy od
pomysłowego konceptu, a kończąc na dźwiękach. Te nie pozwalają przejść
obok siebie obojętnie (pod warunkiem, że ktoś gustuje w ambitniejszych,
bardziej wymagających formach). Na płycie dzieje się sporo, dlatego na
brak muzycznych doznań narzekać nie można. Nawet, kiedy już się wydaje,
że panowie zaprzestali instrumentalnych akrobacji, to i tak prezentowane
pomysły (nawet te mniej zawiłe) oraz ich wykonanie nie pozostawiają
złudzeń z kim mamy do czynienia. Nieważne czy mamy do czynienia z
progmetalowym żywiołem czy też atmosferycznymi motywami – muzycy
nieustannie trzymają fason. Nie ma tu mowy o półśrodkach, technicznym
dyletanctwie. Wykorzystane rozwiązania – również te instrumentalne –
potwierdzają wysokie umiejętności muzyków. Co istotne, muzyce nie
brakuje luzu, swobody, Sprzyja temu także profesjonalna produkcja, a w
tym również adekwatne do zawartości wydawnictwa, mięsiste brzmienie.
Jest ono nie tylko charakterne, ale również naturalne i selektywne.
Słychać każdy niuans, każdą „blaszkę”, a czytelność linii basu robi
świetne wrażenie – nie zostały w żaden sposób zmarginalizowane. To w
zasadniczy sposób zwiększa walory słuchowe wpływając pozytywnie na
ogólny odbiór.
Ponadto całości blasku oraz dramaturgii dodaje nieprzeciętna i na pewno
charakterystyczna barwa głosu jakim dysponuje Martin LeMar, którego co
niektórzy słusznie mogą kojarzyć m.in. z działalności w LALU oraz MEKONG
DELTA (szczęśliwcy mieli okazję skonfrontować jego umiejętności na
tegorocznej Metalmanii). Kiedy trzeba, wokalista potrafi ekspresywnie i
agresywnie zaśpiewać, a gdy sytuacja tylko tego wymaga, nie sprawia mu
żadnych problemów by pokazać delikatność swojego głosu. To najlepiej
oddają nastrojowe fragmenty, a te można napotkać w wielu miejscach. W
sposób znaczący oddają to chociażby wspomniany powyżej (i zarazem
najdłuższy na płycie) „Law and Order”, „Morpheus” czy też otwierający
całość, zwiewny „Welcome to the Show”, którego pierwszy akord do
złudzenia przypomina wstęp „Bleed” autorstwa ANGEL DUST, ale na tym
wszelkie podobieństwa się kończą. Klimatu dodają świetnie zaaranżowane
partie klawiszy (nie są one przy tym nachalne) – oprócz generowania tła,
nadają muzyce większego nasycenia, istotnie wpływając na ogólne
urozmaicenie.
„Mirror of Creation III” jest interesujący także i z innego względu.
Płyta została nagrana przy udziale i tu uwaga! Partie perkusji nagrał
nie kto inny jak obecny pałker włoskiego LABYRINTH, John Macaluso, a na
basie zagrał niestrudzony Mike LePond z SYMPHONY X. Można się pokusić o
stwierdzenie, że sekcja rytmiczna jak marzenie. Z tego tytułu
wydawnictwo nabrało wielu kolorów i prawdopodobnie zadziała niczym wabik
dla wielbicieli twórczości obu muzyków, którzy co by nie mówić
zasłużyli się dość znacznie na rock/metalowej scenie. No, ale jak
wiadomo z doświadczenia, wielkie nazwiska nie zawsze wróżą sukces. W tym
akurat przypadku można mówić o pełnym powodzeniu i nie mam tu na uwadze
kwestii stricte personalnych, choć te nie pozostają bez znaczenia. W
przypadku tego wydawnictwo wszystko ma znaczenie; grafika, muzyka,
teksty, realizacja. Każda składowa pełni istotną rolę, więc
marginalizowanie którejkolwiek z nich byłoby co najmniej nietaktowne.
Czego by nie mówić (nie pisać) „Mirror of Creation III – Project Ikaros”
to album, którego należy posłuchać samemu, skontemplować go. Jest
wydawnictwem udanym, przemyślanym, profesjonalnie wyprodukowanym i
cholernie dojrzałym, świadomym. Zawiera muzykę wysokich lotów i choć
trzeba jej poświęcić więcej uwagi, czas na to przeznaczony (płyta trwa
blisko 70 minut!) nie będzie stracony. TOMORROW’S EVE po raz wtóry
udowodnili, że progmetal mają we krwi i coś mi się wydaję, że tym razem
ta krew płynie jeszcze żywiej. Dla fanów tejże stylistyki (z naciskiem
na twórczość m.in. takich formacji jak SYMPHONY X, SUSPYRE, CLOUDSCAPE,
PAGAN’S MIND, DGM, DREAM THEATER itp.), pozycja bezwzględnie
obowiązkowa! Na takie płyty bez wątpienia warto czekać.
9/10
Marcin Magiera


















































