01. Dont Need Lovin Tonight (3:46)
02. Catcher In The Rye (5:24)
03. Casino 1 (4:13)
04. Something (3:48)
05. If The Weather Get’s Ruff (3:51)
06. Tsunami (3:25)
07. Stolen Heart (3:51)
08. The Last Kiss (3:52)
09. Casino 2 (3:05)
10. Hard Love (4:37)
11. Relax (3:52)
12. Vegemite (3:12)
Rok wydania: 2013
Wydawca: Electric-Renegade Records
http://www.robtog.com/
| Wydaje
mi się, że błędem ze strony artysty była decyzja prowadzenia kariery
pod szyldem własnego imienia i nazwiska. To bardzo szufladkuje. Do tego
postronny odbiorca widząc na okładce gitarzystę, od razu ma
ukierunkowane skojarzenia… A muzyka serwowana przez zespół Roba
Tognoni jest tak organiczna, że moim znaniem powinna być opatrzona nazwą
grupy. Co więcej, Tognoni jako instrumentalista posiadł nieprawdopodobny wręcz talent aranżerski. Jego utwory są skonstruowane w pewien wyjątkowo przystępny sposób. Mimo tego, że muzyk prezentuje nam solowe popisy, nie dominują one utworów, są smaczkami. Tutaj Utwory są najważniejsze. Nie brakuje w nich melodii, nie brakuje zadziornych riffów, solówek o różnorakim zabarwieniu, od łkających i przeciąganych , do szarpanych rockowych patentów. Mnie podoba się również pewien wybieg, który artysta stosuje by ze swojej gitarowej muzyki stworzyć coś bardziej piosenkowego… otóż parę razy zauważyłem, że po solówce pojawia się ten sam patent zagrany akordami… niby drobna rzecz, ale brzmieniowe urozmaicenie, a co więcej nie mamy wrażenia ogrywania motywu w tę i z powrotem. Tognoni idealnie łączy w swojej muzyce fascynacje purplowym rockiem, hendrixowskimi melodiami i manierami bluesrockowymi. Mieszanka która z tego wychodzi jest nieprawdopodobnie energetyczna. Do tego stopnia, że nawet w konwencji balladowej, czujemy pewną moc taką choćby jaką prezentowali… wypisz wymaluj Thin Lizzy („The Last Kiss”). Co ciekawe wyjątkowo urokliwe są tu utwory instrumentalne i tak – „Casino 1” spokojnie zaliczam do moich faworytów. Jeśli o riffowanie chodzi z kolei kilkukrotnie nie potrafiłem uwolnić się od skojarzeń choćby z ZZ Top… wspominam z kronikarskiego obowiązku, bo tak po prawdzie ulotnych podobieństw można wyłapać więcej, od wspomnianych powyżej po bardziej rockowe, że o Aerosmith czy Nazareth wspomnę. Osobny akapit należy się wokalnym zdolnościom Roba. Jego głos może spodobać się zarówno fanom hołdującym tradycjom hard rocka jak i zwolennikom bluesowego podejścia. Lekko zachrypnięty mocny wokal idealnie pasuje do muzyki serwowanej przez zespół, a melodie które wyśpiewuje tylko dodają kompozycjom kolorytu i charyzmy. Podsumowując nowy album jako całokształt nie sposób pominąć kwestii kapitalnego brzmienia. Jest mocne i dynamiczne, a do tego selektywne. Bębny w miły sposób akcentują całość, a bas dudni przyjemnie. Co ważne, gitary mimo, że są ewidentnie na przedzie nie dominują kompozycji… jak wspomniałem, cały czas mamy odczucie obcowania z płytą zespołu, a nie artysty solowego. Pół punktu odejmę, za żart wieńczący album, który po prostu nie przypadł mi do gustu… mianowicie, mówiony… a może rapowany (sic!) tekst w utworze „Vegemite”, gdzie muzyka jest klawa po prostu. Zaś słowa, a właściwie sposób ich artykulacji – po prostu drażnią. Na początku omijałem ten utwór z niesmakiem, teraz już mnie tak nie drażni, ale obraz świetnej płyty nieco mi na koniec burzy. Po nowy album „Casino Placebo” sięgnąłem jakiś czas po jego wydaniu, ale zaznajomiony z najnowszą muzyką Tasmańczyka, nie mogę sobie wyobrazić, przegapienia jego kolejnych koncertów w Polsce. A że mamy to szczęście iż Tognoni odwiedza nasz kraj regularnie, sprowadzany przez pasjonatów dobrej muzyki, a co więcej zarejestruje DVD w piekarskiej Andaluzji, tym częściej jego płyty pojawiają się w moim odtwarzaczu. Do zobaczenia gdzieś w tłumie 5 listopada. 8,5/10 Piotr Spyra |




















































