TOGNONI, ROB – 2010 – Rock and Roll Live

CD1:
1. Rock N Roll Business Man
2. Black Chair
3. Dirty Occupation
4. Dark Angel
5. Drink Jack Boogie
6. Bad Girl
7. Roosevelt And Ira Lee
8. Guitar Boogie Refried
9. My Detonation
10. Product Of A Southern Land
11. Itty Bitty Mama
12, Lands Of Cirrus
13. My Acid Is Kickin’ In
CD2:
1. Hey Joe
2. Keep Your Head Above Water
3. The Real Thing
4. Mr John Lee
5. God Bless America
6. Jim Beam Blues
7. This Is Rock N Roll
8. 2010dB
9. Words Of A Desperate Man
10.Shoot To Kill
11. Red House
12. Baby Please Don’t Go
13. Shoot Hoot Electrocute

Rok wydania: 2010
Wydawca: Music Avenue



Koncertowy portret tego australijskiego gitarzysty i wokalisty, dość często odwiedzającego nasz kraj. Dwa kompakty, ponad dwie godziny muzyki. Nagrany w belgijskim klubie „Spirit of 66” album potwierdza zasadę, że bluesman jest jak wino – im starszy, tym lepszy. Mr. Tognoni obchodził niedawno pięćdziesiąte urodziny (świętował je przez trzy dni…), ale nie ma w sobie nic ze zgreda. Wprawdzie, sam Rob nie uważa się za czysto bluesowego artystę (potwierdza to zresztą tytuł koncertowego krążka), ale jego gra zawsze była i jest podszyta bluesem. Do tego „diabeł tasmański” dokłada jeszcze solidną porcję rockowego hałasu, szczyptę funky, co w sumie daje mieszankę wybuchową.

Przyznam szczerze, że raczej nie przepadam za albumami koncertowymi z ostatnich lat. Dlaczego? Ano z tego powodu, że bardzo często słowo „koncertowy” należałoby pisać przy nich właśnie w ten sposób – wzięte w cudzysłów. Tyle w nich cyzelowania, dogrywek, nakładek i Bóg wie czego jeszcze, że brzmią jak płyty studyjne, tyle że z dodanymi oklaskami. Jednak z dwupłytowym krążkiem Tognoniego tego problemu nie mam. Słuchamy bowiem dokładnie tego, co podczas pewnego marcowego wieczoru trójka muzyków zagrała na scenie klubu w mieście Verviers. Po odpaleniu kompaktu w odtwarzaczu ma się wrażenie jakby Rob i jego niemieccy kompanii grali dla Ciebie słuchaczu w Twoim własnym pokoju. Przy takich kawałkach jak „Rock’n’roll Business Man”, „Dirty Occupation”, czy „Bad Girl” energia wręcz bucha z głośników. Faktycznie, to jest „his detonation”, by sparafrazować tytuł jednego z utworów.

Poza kompetentnym wyborem z własnej twórczości, Australijczyk złożył też na tym albumie hołd swoim mistrzom. Dwukrotnie sięgnął po klasyki Hendrixa (nieśmiertelny „Hey Joe” i stylowo zagrany „Red House”) oraz standard grany przez wielu artystów, czyli „Baby Please Don’t Go”, świetnie sprawdzający się podczas takich klubowych występów.

„Rock and Roll Live” to po prostu Rob Tognoni „w pigułce”. Jeśli ktoś nie ma żadnej jego płyty w swoich zbiorach, a chciałby poznać twórczość australijskiego muzyka – „Rock and Roll Live” będzie dla niego znakomitym wprowadzeniem.

9/10

Robert Dłucik

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *