Thermit – 2016 – Saints

1. Lady Flame
2. Zombie Lover
3. Perfect Plan
4. Smoke & Soot
5. The Story About Bird & Snake
6. Fairyland
7. The Last Meal Of The King
8. Louise
9. Mr. Two – Face
10. Saints

Rok wydania: 2016
Wydawca: Thermit
http://thermitmetal.com/



Istnieją zespoły, których głównym celem bywa dążenie do jak najszybszego nagrania płyty nawet w sytuacji, kiedy mało kto (może poza bliskimi) zdaje sobie sprawę co grają. Są też i tacy, którzy zanim to poczynią, najpierw wolą zrobić wokół siebie więcej szumu grając jak najwięcej koncertów. Obie metody mają swoje plusy i minusy, ale z logistyczno – marketingowego punktu widzenia, druga opcja wydaje się być bardziej uzasadniona (chyba, że kapela przeokrutnie „kalafiorzy”, wówczas nawet agresywne bombardowanie dźwiękami nie pomoże). Poznański Thermit (zdaję się, że nie chodzi o wielkopolską odmianę insekta) wybrał metodę nr dwa – najpierw objechał Polskę wzdłuż i wszerz, a dopiero kiedy zaskarbił sobie niemałe uznanie w metalowym światku postanowił spłodzić debiutancki album.

Tak oto pierwszego kwietnia, czyli w prima aprilis (mogłoby się wydawać, że chłopaki robią sobie żart) ukazała się pierwsza studyjna płyta koncertowego zwierza z Poznania. Fani zespołu zapewne nie mogli wyczekać tego dnia, bo przecież nie ulega wątpliwości, że pod względem aktywności wydawniczej Thermit nie rozpieszczał swoich fanów. Od 2009 roku panowie dorobili się raptem jednego demo, EPki i singla – ilość jak widać nie powala. Jednak czasem nieważna jest ilość, a jakość, na którą warto poczekać (może poza wyjątkiem w postaci ostatnich ekscesów firmy Metallica). Na „Saints” (bez „s” i „anger”) z całą pewnością warto było czekać, a to niby dlaczego? Powodów jest wiele, ale najważniejszy z nich to muzyka, jaką ze sobą niesie. Znając polską „życzliwość” wg zasady ktoś się wybija trzeba go obsmarować, może być różnie. Jednak nie ulega wątpliwości, że Thermit stworzył naprawdę świetny album, który na pewno nie przejdzie bez echa.

Kto jeszcze nie wie, czym para się Thermit, napomknę gwoli wyjaśnienia, że wielkopolski propagator terminu „Napierdalaać!” tworzy rasowy heavy/thrash (z przewagą tego drugiego) w raczej klasycznym wydaniu, a „Saints” zdaje się to w pełni potwierdzać. Już otwierający całość „Lady Flame” prezentuje zespół w pełnej okazałości. Ten utwór to istny pocisk, którego melodyjny motyw przewodni po prostu miażdży! Kawałek idealnie sprawuje się w roli „otwieracza” – pełna klasa! Takich numerów chce się słuchać bez ustanku; genialne pomysły, brawurowe gitary no i konkretny wokal (w wyższych rejestrach przypomina nieco Krzyśka z Night Mistress). Po nim obroty zostają wyraźnie podkręcone za sprawą „Zombie Lover”, który już wcześniej został zaprezentowany przy okazji EPki „Encephalopathy”. Numer posiada ewidentnie thrashowe zacięcie i czuć w nim klimat znamienny choćby dla takich grup jak Exodus, Slayer czy wczesnych dokonań Magadeth i Metallica. Szaleńczy klimat utrzymuje także „Perfect Plan” (z tekstem na czasie – czyżby groziły grupie rezolucje za drażnienie „gości” pani Merkel), gdzie już sam instrumentalny wstęp (fajny bas) kopie jak trzeba. Zmiany przynosi „Smoke & Soot”, gdzie panowie odwiedzają rejony, z jakich słynęła niegdyś Pantera. Utwór jest wolniejszy, ma w sobie większy ciężar i nieźle buja. Podobnie mają się sprawy przy okazji „Louise”, który dodatkowo posiada acidowy szlif. Tutaj genialnie wypadają gitarowe partie solowe oraz podkłady im towarzyszące.

Znowu przy okazji instrumentalnego „The Story About Bird & Snake” następuje chwila wytchnienia. Tutaj instrumentem przewodnim jest bas – można to przyrównać do klimatów a’la Metallica (z czasów „Ride The Lightning” czy „Master Of Puppets”). Kompozycja płynnie przechodzi do kolejnego „Fairyland” rozpoczynającego się od partii basu. Panuje w nim gęsta, a do tego wyraźnie cięższa atmosfera, gdzie wolne, masywne motywy przywołują na myśl album „13” Black Sabbath. Wkrótce potem niczym obuchem dostajemy w łeb zwariowanym „The Last Meal Of The King”, który jest niczym miks pierwszych dokonań Acid Drinkers/Metallica. W dalszej kolejności następuje (także znany z wcześniejszego wydawnictwa) „Mr. Two – Face” gdzie Thermit raz jeszcze podkręca obroty, ale znajduje miejsce na finezyjną solówkę utrzymaną w nastrojowej atmosferze. Na koniec tradycyjnie pościelowa ballada… tfuuu! Nic z tych rzeczy, zwieńczenie płyty to żywioł w pigułce. Jest szybko, wariacko i konkretnie do przodu, co zwolennicy metalowego ognia przyjmą z rozpostartymi ramionami.

Czy do czegoś można mieć obiekcje? A można! Płyta została wydana w tekturowym gustownym pudełku (fachowo), a po jego otwarciu, w środku odnajdujemy dwie rzeczy: rysunkowe zdjęcie zespołu (z tyłu znajdują się teksty) w klimacie filmu „Jeździec Znikąd” gdzie zagrał Johnny Deep oraz płytę umieszczoną jedynie w kartoniku, niczym zwykły promos. Takie potraktowanie CD nieco mnie rozczarowało, bo to przecież najważniejszy element wydawnictwa i można było zapewnić mu nieco bardziej dogodne miejsce spoczynku. Więcej grzechów nie pamiętam – „Saints” jak sam tytuł wskazuje świętością skalany, więc dalsze szukanie dziury w całym nie ma sensu.

Jedno jest pewne, na rodzimej scenie nieczęsto pojawiają się takie perełki, szczególnie, jeżeli chodzi o klasyczne heavy/thrashowe klimaty. Thermit zapierniczył konkretny, wysoce energetyczny album, który z całą pewnością znajdzie szerokie grono odbiorców. Płyta jest intensywna, żywiołowa i do tego pomysłowa. Czuć w tym energię i polot, czemu na pewno sprzyjają niemałe umiejętności warsztatowe myzyków. „Saints” to jedna z najlepszych płyt na rodzimej scenie, jakie ujrzały światło dzienne w ostatnich miesiącach. Nieczęsto polska kapela robi na mnie tak pozytywne wrażenie, a w tym przypadku tak właśnie się stało. Cóż można dodać… Kto ceni sobie solidne metalowe granie z polotem, energią, melodiami w zwariowanym, szalonym klimacie ten powinien zakosztować debiutanckiego albumu grupy Thermit. Coś więcej? Tylko jedno – „NAPIERDALAAĆ!” (udzieliło mi się ;))

9/10

Marcin Magiera


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *