1. Baal Reginon
2. Dark Princess Naamah
3. A Black Rose (Covered with Tears, Blood And Ice)
4. Symphoni Drakonis Inferni
5. Dawn of Perishness
6. The Eye of Eclipse
7. The Ritual Dance of the Yezidis
8. Powerdance
9. Procreation of Eternity
10. Ho Drakon, Ho Megas
Act I: The Dragon Throne
Act II:Fire And Ecstasy
Rok Wydania: 1993
Wydawca: Megarock Records
http://www.therion.se
Przy odsłuchiwaniu płyt zespołów o bogatej dyskografii zdecydowanie wolę
odsłuchiwać albumy w kolejności od najnowszego do pierwszego. Takie
„wsteczne odliczanie” sprawia bowiem, że docenia się te naprawdę starsze
rzeczy. Można również łatwiej dostrzec rozwój danego wykonawcy i
przypomnieć sobie, jak czasem trudne były jego początki. Bardzo często
również jest tak, że twórcy w zdecydowany sposób odcinają się od swoich
korzeni, mimo, że jeszcze nie tak dawno kategorycznie twierdzili, jakie
są one dla nich ważne. Na przykład taki Christofer Johnsson, który
ostatnio, przy okazji wydania „Beloved Antichrist” swojego Theriona
ostro krytykował okres zespołu sprzed wydania albumu „Theli” (1996). Sam
również uważa, że 40-letniemu facetowi nie przystoi już granie death
metalu. Szkoda, że tak mówi, bo w tamtym okresie powstał przecież album,
który osobiście uważam za dzieło, bez którego „Theli” czy „Vovin” by
nie powstały, a mianowicie “Symphony Masses: Ho Drakon, Ho Megas”.
I właśnie ostatnio, odsłuchując „po swojemu” dyskografię „Bestii” zdałem
sobie sprawę, że w tym roku to wydawnictwo kończy dwadzieścia pięć lat.
A ponieważ Johnsson odżegnuje się od staroci i w jego mniemaniu
dyskografia Theriona zaczyna się od „Theli” (jedyny oficjalny ślad po
starych utworach to fragment na albumie koncertowym „Live in Midgard”,
gdzie zostały – możliwe, że na prośbę fanów – przypomniane pojedyncze
piosenki z tego krążka), nie spodziewam się więc jakichś spektakularnych
wznowień „Symphony masses” (ostatnie miały miejsce osiemnaście lat
temu, ja sam posiadam ten album wyłącznie na kasecie magnetofonowej) lub
pamiątkowych koncertów w rodzaju „Ho Drakon Ho Megas Anniversary Tour”
(jak to było właśnie w przypadku „Theli”).
Stroną A wkładam więc kasetę do magnetofonu, wciskam „play” i przenoszę
się w czasie do roku 1993. Młody death metalowy zespół z Upplands Väsby w
Szwecji tworzy trzeci album, który ma być zupełnie inny niż poprzednie.
Ma być dojrzalszy. By spełnić te górnolotne założenia, wokaliście i
gitarzyście Christoferowi Johnssonowi pomagają Magnus Barthelsson na
drugiej gitarze, Andreas Wallan Wahl na gitarze basowej oraz młody
emigrant z Polski, Piotr Wawrzeniuk, na perkusji.
Rozpoczynamy od krótkiego, ale i treściwego powitania w postaci „Baal
Reginon”. Brzmienie jest surowe, archaiczne. Jednak od samego początku
na pierwszy plan wysunięta jest kapitalna, ciężka gitara Chrisa oraz bas
Magnusa. Przyznaję, że dziś bardzo tęsknię za takim growlem
Christofera. Mimo, że był gardłowy, to Chris umiał nim operować,
wydobywając z niego emocje. Po chwili zwolnienia tempo wzrasta, a całość
napędza „młotkarnia” Piotrka. Warto jeszcze zwrócić uwagę na ciekawe
„chóralne” klawisze w tle.
Po nieco ponad dwóch minutach przechodzimy do dwójki, która jest dla
mnie jednym z najlepszych utworów grupy w całej twórczości Theriona:
„Dark Princess Naamah”. To od samego początku rewelacyjny riff-lekko
maidenowy, powolny, ale posiadający swój urok. Później numer
przyspiesza, by już po całości oddać się death metalowi. Oprócz
niesamowicie połamanych riffów mamy także do czynienia z bardzo dobrą
grą sekcji rytmicznej Magnusa i Piotra. Ależ genialnie brzmiałby ten
numer z prawdziwym chórem! Ale i tak sama deklamacja Christofera, który
wypowiada słowa modłów do bogini Naamah wciąż przyprawia o ciarki na
plecach. Gdyby lekko przearanżować ten utwór, to prawdopodobnie dziś
byłby to jeden ze sztandarowych kawałków Theriona. Sam numer ma nieco
ponad cztery minuty, ale i one z powodu riffów, melodii i zmian klimatu
mijają bardzo szybko. Czas więc na trójkę.
„A black rose (covered with tears, blood and ice)” to z kolei utwór
singlowy, do którego powstał również wideoklip. Z początku mamy tu do
czynienia z fajnym bulgoczącym basem, który potem zamieniony jest na
gitarę. Sam wokal lidera został tu poddany obróbce – jest
„przesterowany”. Znów robi się rewelacyjnie w momencie, kiedy numer
przyspiesza. Jest wręcz rockandrollowo i lekko punkowo. Całość jednak
jest trochę słabsza od swych poprzedników i lekko chaotyczna, dlatego
też można przejść do kolejnego numeru.
Jest to zarazem początek tego, z czym Therion kojarzony jest do dziś i
do czego nas przyzwyczaił. „Symphoni Draconis Inferni” to bardzo dobre
smaczki o zabarwieniu orientalnym. Jest też ciężko, wgniatająco. Głos
Christofera przypomina tu śpiewy jakiegoś nawiedzonego mnicha. Klawisze w
tle są proste jak na owe czasy, ale za to genialnie oddają klimat.
Warto zwrócić tu uwagę na zwykłą pracę gitary. Mimo, że to death metal,
to jednak pojawia się tu całkiem przyjemna melodia.
Pierwszą część albumu zamyka „Dawn of Perishness”. Jest to z początku
ciężki riff, który fajnie się rozkręca i dubluje z drugą gitarą. Linia
wokalna przypomina zaś… „Invocation of Naamah” z najważniejszego, a
późniejszego „Theli”. Tu jednak brzmi bardziej emocjonalnie,
spontanicznie z zachowaniem jeszcze death metalowej maniery. Polecam
sobie natomiast wyłączyć wokal i wsłuchać się gitary. Ależ tam się
dzieje! Również gitara basowa nie zostaje w tyle i na równi daje
porządnie po uszach. Pojawia się tu również solówka, która nie jest może
do końca standardowa, a stanowi wariację opartą na motywie riffu.
Genialna rzecz. Ależ pięknie się robi pod koniec, kiedy zespół
postanawia tę gonitwę zmienić na ciężar riffu i niczym but wgnieść
słuchacza w ziemię.
Stronę B rozpoczynamy od „The eye of eclipse”. Jest to metalowa
interpretacja klimatów perskich. Sam utwór rozkręca się powoli, ale
kiedy już to zrobi, to znów jest smakowicie. Mamy tu bowiem do czynienia
zarówno z ciężkimi riffami, połamaną grą Piotrka, jak i z ciekawymi
klawiszami. Tekstu tu niewiele, a sam utwór można również traktować jako
wstęp do kolejnej kompozycji (która powinna, mimo wszystko, znaleźć
miejsce w setlistach therionowych koncertów, chociażby jako przerywnik).
Mowa o „The ritualdance of Yezidis”. Jest kawałek z zasadzie
instrumentalny oddający cześć tańcom jezydów. Także mamy tu do czynienia
z klimatami orientalnymi, bliskowschodnimi. Zanim jednak następuje
tytułowy taniec, wokal Christofera znów zostaje dziwnie przetworzony.
Ale później to już jest mistrzostwo świata, by na gitarze oddać klimat
Persji. Wydaje się również, że na kanwie tego numeru powstał dużo
późniejszy „The Flight of the Lord of Flies”.
Dwa kolejne numery są z kolei przygotowaniem do wielkiego finału.
„Powerdance” to ciężka death metalowa jazda z jeszcze jedną ciekawą
solówką w trakcie. Znalazło się tu także miejsce na popisy gitary
Magnusa. Sam numer oparty jest na częstych zmianach tempa, co powoduje,
że growl nie męczy za bardzo neutralnego słuchacza i pozwala na
wyłowienie dobrych fragmentów tego numeru.
Drugi przed finałem, „Procreation of eternity” jest niestety najsłabszym
kawałkiem na płycie. Riff jakiś dziwny, zapętlony, niezbyt oryginalny.
Trochę bez pomysłu. Ciekawiej robi się od mniej więcej w połowie, kiedy
to Therion zaczyna grać trochę jak Iron Maiden połączony z Celtic Frost.
Kwintesencją tego albumu jest jednak ostatni utwór. „Ho Drakon, Ho Megas”, podzielony na dwie części.
Część pierwsza (z podtytułem „The dragon throne”) rozpoczyna się od
genialnych klawiszy i jeszcze lepszej rytmicznej gry perkusji.
Przypomina ona ciężkie smocze kroki. Do tego bardzo dobrze brzmi gitara
oraz pełen rozpaczy wokal Chrisa. Zaledwie minuta dwadzieścia pięć
sekund niesamowicie klimatycznego numeru przechodzi w drugą część („Fire
and ecstasy”). Znów klawisze i nadająca rytm stopa Piotra. Z czasem
numer przyspiesza. Warto zwrócić uwagę na riff gitary. Nie dość, że w
ciekawy sposób dubluje klawisze, to w dodatku jest to na tyle
charakterystyczny, że będzie jeszcze często wykorzystywany na
późniejszych albumach Theriona, stanowiąc coś w rodzaju stempelka ze
znakiem jakości. No i jeszcze ta arabeska na gitarze. Majstersztyk.
Natomiast sama końcówka to już mistrzostwo świata. Piotr, klawisze no i
ten chórek. Jak na ówczesne możliwości Theriona proste i skromne, ale
efekt i klimat jaki tworzą dowodzi, że nie zawsze jest konieczna
stuosobowa orkiestra symfoniczna.
Tak oto kończy się jedna z najlepszych płyt Theriona. Osobiście uważam
ją za perłę, wartą, by posłuchać jej jako wyraźnej zapowiedzi tego, co
już wkrótce miało pojawić się w drobnym fragmencie na „Lepaca Kliffoth”
(„The beauty in black”) oraz tego, co na dobre rozwinęło swoje metalowe
skrzydła na „Theli”. Posłuchać i zdać sobie sprawę, że Therion już nigdy
tak nie zagra. Czy dobrze to czy źle to już jednak inna sprawa.
8,5/10
Mariusz Fabin




















































