1. Future Starts Slow (4:05)
2. Satellite (4:14)
3. Heart Is a Beating Drum (4:20)
4. Nail in My Coffin (3:32)
5. Wild Charms (1:14)
6. DNA (4:32)
7. Baby Says (4:28)
8. The Last Goodbye (3:41)
9. Damned If She Do (3:52)
10. You Don’t Own the Road (3:22)
11. Pots and Pans (4:35)
Rok wydania: 2011
Wydawca: Domino
http://www.thekills.tv/
Jack White wziął zasłużony urlop, więc jedna z jego szalenie
popularnych partnerek, Alison Mosshart, miała okazję wrócić do
macierzystego The Kills, czyli multiinstrumentalisty Jamie’ego Hince’a
(The Kills to duet) i zabrać się za nagrywanie nowego materiału. Na
pewno pomogło w tym doświadczenie wyciągnięte z bluesowego szaleństwa
The Dead Weather, którego wpływy czuć na całej przestrzeni „Blood
Pressures”. Obędzie się jednak bez radosnego plagiatorstwa, duet ma
przecież własny staż i prywatną, niezwykle luźną wizję muzyki.
„Blood Pressures” charakteryzuje pewnego rodzaju minimalizm –
największy efekt osiąga się najprostszymi środkami. Czy są to rytmiczne
bębny z rozstrojoną gitarą („Future Starts Slow”), klaskanie i sample
brzmiące jak uderzenie kija bilardowego („Heart Is a Beating Drum”),
nucone melodie na wzór stadionowych zaśpiewek („Satellite”), czy sama,
rozstrojona do granic możliwości gitara („Baby Says”) – nie ma
znaczenia, bowiem wszystko tutaj buja słuchaczem na wszystkie strony
niczym szmacianą lalką. Kawałki są nośne, a wmieszanie ich na ścieżkę
dźwiękową porządnej domówki nie spowodowałoby najmniejszej złośliwej
uwagi od gości. Alison udowadniać nic nie musi, ale jej wokalne wyczyny
to wciąż zdecydowana górna półka amerykańskiej muzyki rockowej, wszystko
brzmi nad wyraz seksownie i fascynująco (wokalny szczyt albumu to „You
Don’t Own the Road”). W większości utworów wtóruje jej Jamie i
przyznajmy szczerze – w duecie brzmi przyjemnie, gdy nokautuje na chwilę
partnerkę i przejmuje mikrofon i jęczy samotnie (senne „Wild Charms”),
coś jest zdecydowanie nie tak, ucieka cały klimat beztroskiej,
rozhulanej sielanki. Równie niepotrzebnie wypada ballada „The Last
Goodbye”, choć jest to utwór zaprawdę słodki (być może powinien zamykać
album?). Słuchacz z „Blood Pressures” najchętniej wyrzuciłby oba
zwolnienia i bujał nieprzerwanie przez cały „muzyczny seans”. A tak
pojawia się pewnego rodzaju konsternacja (Hamlet ująłby to słowami
„bujać się albo się nie bujać?”).
Cóż mógłbym dodać… Więcej takich płyt! Więcej równie udanej,
zdystansowanej, świeżej i chwytliwej muzyki. To nie są albumy, które
zapiszą się złotymi zgłoskami w Wielkiej Księdze Muzycznych Arcydzieł,
ale bez podobnych płytek nasz świat byłby strasznie napuszony i drętwy.
Rozmawiałem ostatnio ze znajomym przez słoneczny komunikator na temat
„Blood Pressures” i w zakończeniu doszedł on do prostego wniosku, który
pozwolę sobie przytoczyć: „Pozostawia radość w sercu, chęć na więcej i
po prostu buja, a to chyba najważniejsze”.
7/10
Adam Piechota













































