THE BIRCH  – 2025 – Vicious Mind

01.Vicious Mind
02.’Till You’re Gone
03.Little Treat
04.Trinity
05.Downpour
06.Roll’n’Rock
07.Free Your Head

Rok wydania: 2025
Wydawca: Tanzonen Records


Grupa The Birch to jeszcze jeden przedstawiciel nurtu retro rockowego. Kolejny zespół, który swoją twórczością stara się przywołać ducha klasycznego rockowego grania. Nie są może aż tak radykalni jak ich skandynawscy koledzy (i koleżanki) po fachu, którzy w poszukiwaniu brzmień sprzed lat sięgają po wysłużone instrumenty i wzmacniacze. Tutaj chodzi bardziej o zachowanie klimatu spontaniczności i rockowego żywiołu z czasów, gdy gatunek ten dopiero się kształtował. Nawiązanie do rewolucyjnych, zbuntowanych początków tej muzyki. Grania opartego na prawdzie, szczerości i zaangażowaniu. Cofniecie się do epoki wolnej od samplerów i innych elektronicznych gadżetów, które skutecznie odarły rocka z resztek autentyczności.

Jak się okazuje – młodych artystów zainspirowanych pierwotnym duchem rocka znaleźć można nie tylko w Skandynawii. The Birch pochodzi bowiem z Niemiec. A dokładniej z miejscowości Quedlinburg. Grupa przybrała formę klasycznego Power Trio. W jego skład od samego początku wchodzą gitarzysta i wokalista Lucas Habenreich, basista Santiago Garcia Echeverri i perkusista Volker Blath.  Zadebiutowali w 2023 roku płytą „Dazed Dreams”. Niezniechęceni kiepskim przyjęciem pierwszego krążka powracają właśnie z dziełem o tytule „Vicious Mind”. W sesji nagraniowej nowego albumu wsparł ich zaproszony gościnnie klawiszowiec Pablo Manresa.

Trójka młodych twórców zza naszej zachodniej granicy nawiązuje do dawnych czasów nie tylko sposobem komponowania, ale też metodą realizacji swoich nagrań. Otóż rejestracja całego materiału wypełniającego „Vicious Mind” zajęła im zaledwie jeden dzień. W słoneczny poranek 24 sierpnia 2025 zamknęli się w UR Music Studios w Miami Beach. Zapis i produkcję nadzorowali Vicky Echeverri i Juan Camilo Aleman. Efektem sesji jest półgodzinny album, który wydany został – a jakże! – wyłącznie w postaci płyty winylowej. No dobrze, z tą wyłącznością to może nieco przesadziłem. Egzemplarz przysłany przez wydawcę do recenzji to jak najbardziej nośnik CD. Przy czym jest to wyjątek potwierdzający regułę – limitowana edycja skierowana do promocji w mediach. W normalnej dystrybucji tego nie spotkacie.

Jak wspomniałem – zawartość płyty jest krótka i zwarta. Trzydzieści minut zamknięte w siedmiu piosenkach – cztery na pierwszej i trzy na drugiej stronie longplaya. Trio nie bawi się w zbędne introdukcje. Od razu na wstępie panowie atakują zadziornym riffem w numerze tytułowym. To takie typowe surowe granie rodem z brytyjskiego undergroundu późnych lat sześćdziesiątych. Po nim dostajemy kawałek „Till You’re Gone” utrzymany w średnim tempie. Mija trochę niepostrzeżenie. O wiele ciekawszy jest za to „Little Treat”, trochę wolniejszy, refleksyjny i przyozdobiony ciekawą partią Hammonda w tle. Dla odmiany „Trinity” to szybki, skoczny i lekko punkowy song. Melodyjny refren zdradza w nim jednak ciągoty do klasycznego rockowego przeboju. Wartością dodaną jest też długie solo gitary – zdecydowanie spontaniczne i dające pole do improwizacji na koncertach. To tyle jeśli chodzi o pierwszą część płyty. Stronę B otwiera ballada „Downpour”. To moim zdaniem najlepsza kompozycja w całym zestawie, chociaż paradoksalnie odstająca trochę klimatem od reszty. Pierwszoplanową rolę pełnią tam gotyckie klawisze, których nie powstydziłby się zespół The Cure. Z zadumy wybudza nas więc ostry rockandrollowy motyw numerze o tytule – nomen omen – „Roll’N’Rock”. Podsumowaniem krążka jest oparty na klasycznym hardrockowym riffie skoczny „Free Your Head”. Taka solidna dawna adrenaliny na pożegnanie.

Ogólnie twórczość niemieckiego trio prezentuje się nader korzystnie. Niestety – są też słabe elementy w tej układance. Ośmielę się wysunąć tezę, iż Lucas Habenreich śpiewa tam dlatego, że nie udało się dotąd grupie znaleźć innego porządnego frontmana. Jego linie wokalne obniżają znacznie wartość całego nagrania. Cóż, bywa i tak. Facet nadrabia za to umiejętnościami gitarowymi. Jego dwaj koledzy to zresztą też całkiem sprawni instrumentaliści. Życzę im więc, aby przed nagraniem kolejnej płyty rozejrzeli się najpierw za lepszym kandydatem do trzymania mikrofonu. Wówczas sukces gwarantowany.

7/10

Michał Kass

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *