1. Pontos de Fuga Part I (1:12)
2. Pontos de Fuga Part II (3:27)
2. Unfair World (7:58)
3. Only to be with You (10:07)
4. The Princess Part I My Princess (4:23)
5. The Princess Part II Tears from the Sky (3:20)
6. Chessboard Part I The Game of Life (11:03)
7. Chessboard Part II The Living (8:27)
Rok Wydania: 2008
Wydawca: Masque Records
http://www.myspace.com/tempusfugitofficial
Księżniczka na szachownicy
W naszych muzycznych podróżach trafiamy także do miejsc egzotycznych.
Nie tyle ze względu na samą muzykę, co odległość, kulturę i niezbyt dużą
częstotliwość tych odwiedzin. Mnie ostatnio udało się dotrzeć aż do
Brazylii, gdzie w 1992 roku powstał zespół Tempus Fugit. Omawiana tu
płyta „Chessboard” to jednak dopiero trzecia pozycja w dyskografii tej
bardzo ciekawej grupy, po wydanym w 1997 roku albumie „Tales From A
Forgotten World” i krążku z 1999, zatytułowanym „The Dawn After The
Storm”. Tempus Fugit wsławił się na tyle, że w roku 2000 został
zaproszony do udziału w prestiżowym festiwalu Progfest, co wydaje się o
tyle interesujące, że był to pierwszy w historii występ grupy z Ameryki
Południowej.
Muzykę zawartą na ostatniej jak na razie płycie Tempus Fugit można
najprościej wrzucić do nurtu neoprogresywnego, choć z naciskiem na
pozytywne i oryginalne elementy tego progresywnego stylu. Całość zawarta
została w ośmiu utworach (właściwie pięciu, z tym że podzielonych na
części), trwających prawie 50 minut. Dzięki temu krążek ten jest
idealnie wyważony, nie nuży dłużyznami, a z drugiej strony nie
pozostawia ewentualnego niedosytu. Wszystkie utwory tworzą razem bardzo
przemyślaną całość, stanowiąc jednak z osobna pełnoprawne i
pełnowartościowe kompozycje.
Twórczość Tempus Fugit mimo że nazwana przeze mnie neoprogresywną, dość
mocno osadzona jest w stylistyce lat 70, a przede wszystkim przypomina
mi zespół Camel z tamtego okresu. Słychać to dobitnie chociażby w
utworze „Unfair World”, który nie dość, że zbudowany jest bardzo
„camelowo”, to do tego zawiera mnóstwo znakomitej, klimatycznej gry na
gitarze, może nie do końca kojarzącej się z Andym Latimerem, ale na
pewno noszącej spory procent jego wpływu. Z kolei otwierająca płytę
kompozycja instrumentalna „Pontos De Fuga part I” nieodparcie wręcz
kojarzy się z „Welcome To The Machine” Pink Floyd. Wygląda to wręcz na
hołd złożony tej wielkiej grupie, która na pewno odcisnęła na muzyce
Tempus Fugit swoje piętno. Skoro już mowa o podobieństwach i wpływach,
to warto również wspomnieć o tym nadrzędnym charakterze neoprogresywnym,
który szczególnie widoczny jest w pierwszej części utworu tytułowego
„Chessboard part I – The Game Of Lifer”, która bardzo kojarzy się ze
stylem IQ, zwłaszcza w kwestii brzmienia. Z kolei w „Only To Be With
You” usłyszymy gitarę a la Nick Barrett, a więc jednoznacznie podążającą
ścieżkami przetartymi przez Andy’ego Latimera, ponieważ to przecież ta
sama emocjonalno-gitarowa półka.
Muzyka Tempus Fugit jest bardzo delikatna, momentami wręcz zwiewna.
Muzycy poruszają się po tych bardziej romantycznych i melodyjnych
rejonach rocka progresywnego. W przepięknym utworze „The Princess part I
– My Princess” usłyszymy dźwięk melotronu, co wspaniale tworzy klamrę
pomiędzy latami 70 a współczesnymi. To nagranie jest naprawdę zapadające
w pamięć, głównie przez niezwykle melodyjny refren. Warto też
wspomnieć, że w utworze tym usłyszymy śpiew gościnnie śpiewającej Mirny
Bertling, który bardzo ożywia i urozmaica klimat nagrania . W końcu to
opowieść o księżniczce. Druga część kompozycji, zatytułowana „The
Princess part II – Tears From The Sky” to już instrumentalny popis
wszystkich muzyków, ze szczególnym wskazaniem na gitarzystę Henrique’a
Simoesa.
Jedynym większym mankamentem tej płyty wydaje się być jej brzmienie.
Jest ono troszkę zbyt płaskie, jakby pozbawione głębi i soczystości. Ta
muzyka powinna nas ogarniać, przykuwać, omotać. Początkowo nie znalazłem
tutaj zbyt wiele, właśnie ze względu na dość suchą produkcję, choć być
może to był celowy zabieg na uzyskanie troszkę archaicznego
neoprogresywnego brzmienia z końca lat 80. W każdym razie wszystkie
instrumenty słychać dość wyraźnie, a wokal André Mello, mimo że nie jest
może najmocniejszy, dość dobrze komponuje się z instrumentalną
całością. Trzeba jednak podkreślić, że śpiew wokalisty może być dla
niektórych słabszym punktem Tempus Fugit. Można jednak przyzwyczaić się
do jego jakby mrukliwego stylu śpiewania. Najmocniejszą stroną zespołu
jest niewątpliwie wysoki poziom techniczny poszczególnych
instrumentalistów. Do tego dołożyłbym biegłość w tworzeniu niebanalnych
progresywnych kompozycji, oraz umiejętność przykucia uwagi słuchacza na
dłużej niż kilka minut.
Egzotyczna podróż po muzycznym świecie zaprowadziła mnie do Brazylii,
gdzie zupełnie znienacka natrafiłem na bardzo intrygujący zespół,
grający bardzo europejską w końcu odmianę rocka progresywnego. Spotkanie
to dowodzi, że nie warto zamykać się ani w określonych ramach
muzycznych, ani tym bardziej w ustalonych granicach geograficznych. W
naszych poszukiwaniach możemy dotrzeć daleko poza nasz codzienny
horyzont, i odnaleźć tam coś niby tak znanego i osłuchanego, a jednak
świeżego.
Nie ma co ukrywać, że na tej płycie znajdziemy mnóstwo wtórności,
zapożyczeń, cytatów wręcz, ale muzycy nie przekraczają nigdy pewnej
magicznej granicy przyzwoitości, nie popadają w plagiat. Widać, a
właściwie słychać tu ich fascynacje, z których czerpią pełnymi
garściami, starając się odnaleźć w tej eklektycznej mieszance swoją
własną tożsamość i brzmienie. Powstała z tego naprawdę bardzo ciekawa
pozycja, której się po prostu dobrze słucha. Jeśli lubicie Camel, IQ,
Pendragon, a także Twelfth Night, to śmiało możecie sięgnąć po tę
pozycję. Pamiętajmy, że czas ucieka.
7/10
Arkadiusz Cieślak



















































