1. Virtual lights
2. D.N.A.
3. Downstream
4. Genesis
5. Tech-noir
6. Disconnected
7. Karma protol
8. As the stars fade away
9. Satellite
10. Junction
11. Revolution
12. Dream machine
Rok wydania: 2016
Wydawca: Dooweet agency
profil Bandcamp
Zawsze doceniam muzyków, którzy w muzyce rockowej i metalowej wciąż
poszukują nowych dróg. Podoba mi się na przykład umiejętne łączenie
ciężkiego grania z przeszłością: z instrumentarium ze świata muzyki
dawnej/średniowiecznej (by wspomnieć tutaj tylko o Tanzwut). Lubię
również, kiedy twórcy decydują się na użycie dźwięków rodem z
przyszłości i stawiają na bardziej nowoczesne (czytaj: industrialne)
brzmienie – tutaj natomiast bezsprzecznie króluje Rammstein. Nie bez
powodu wymieniłem dwa niemieckie zespoły, bo wydaje się, że właśnie w
tym kręgu kulturowym nurt industrialnego rocka rozwinął się najbardziej.
Postanowiłem więc ruszyć nieco dalej na zachód i poszukać takiego
zespołu na przykład we Francji. Czy jest tam pod tym względem na czym
ucho zawiesić?
Natrafiłem na dość młody zespół o nazwie Sybernetyks powstały kilka lat
temu w Tours. Do tej pory mógł on pochwalić się jedynie EPkami („The
Corporation” z 2014 i „Cerberus” z 2015 roku). W 2016 roku wydał swój
debiutancki album „Dream machine”, nagrany w składzie: Paul Darbot
(śpiew), Emilien Vives (perkusja), Jyhell (gitara), oraz Johan Sadok
(gitara basowa). I to właśnie tę płytę wrzuciłem na odsłuch.
Album otwiera „Virtual lights”. Po krótkim wstępie na klawiszach do
głosu dochodzi ciężka gitara oraz niski, nie wyróżniający się jednak
jakoś szczególnie głos wokalisty. Ciekawie wypadają tu klawisze, które
trochę łagodzą numer, który jest prosty, bez większych uniesień, z
przejrzystą linią wokalu. Jako otwieracz nie jest on jednak zbyt
przekonujący. Może dalej będzie lepiej.
„D.N.A.” rozpoczyna gra gitary i perkusji zakręcona niczym genetyczny
łańcuch. Ciekawie wkręca w umysł „monotonia” gitary połączona z dobrą
pracą perkusji. Dobrze jest także podczas refrenu, gdzie zespół gra z
całą mocą. Mamy tu także popis na gitarze w postaci solówki. Jest
klimatycznie, trochę chłodno i nieco lepiej niż na jedynce, pomimo, że
brakuje w tym kawałku porządnej melodii.
Teraz następuje elektroniczny wstęp do „Downstream”, który przywodzi
trochę na myśl niemiecki cold wave’owy Deine Lakaien. Świetnie brzmi
ciężka, przesterowana gitara. Jest jeden problem. O ile dobrze brzmią
„kosmiczne” klawisze w tle, o tyle linia melodyczna wokalu wydaje się
być taka sama, jak w poprzednim numerze. Czyżby Paul chciał tak
przebrnąć przez cały krążek? Oby jednak nie, bo słychać, że pozostali
muzycy naprawdę potrafią grać. Dam więc wokalowi czas, może jeszcze się
rozwinie i zaskoczy czymś więcej.
Czwarty w kolejności to „Genesis”. Tym razem fajne pianinko przeradza
się w jeszcze lepszy efekt na klawiszach połączony z resztą
instrumentów. Po dobrym wstępie znów jednak robi się miałko, płaczliwie i
muzycznie niedojrzale. Niestety schemat jest znów dokładnie taki sam
jak poprzednio: po słabej zwrotce jest lekkie przyspieszenie w postaci
wyższych rejestrów śpiewu i podobnego refrenu. I znów piosenka bez
wyraźnego powodu nagle się urywa. Oj, coś czuję, że panowie muszą się
jeszcze dużo nauczyć. Mnie pozostaje przesłuchać resztę numerów z
nadzieją, że może gdzieś jednak schowali jakąś perełkę.
Kolejny to „Tech-Noir”. Tu na uwagę zwraca wreszcie dobra gra gitary i
jeszcze lepsze, niemal arabeskowe klawisze. I wreszcie wokal brzmi tak,
jak powinien. Co ważne, rewelacyjnie rytm na perkusji łamie Emilien.
Zdecydowanie najlepszy jak dotąd kawałek, ma swój klimat i odpowiednią
dramaturgię, przede wszystkim za sprawą obecnych przez cały czas
klawiszy, przywodzących na myśl najlepsze dokonania innego Francuza –
Jeana Michela Jarre’a.
Po tym rozkręceniu klimatu można przejść do „Disconnected”. Nie jest to
może numer najwyższych lotów, ale też i nie najniższych. Znów całość
ratują bardzo dobre klawisze i umiejętne wykorzystanie ich możliwości.
Solówka też jest, ale jakaś taka nijaka, przesadnie efekciarska, jakby
gitarzysta wstydził się swoich prawdziwych umiejętności. I znów numer
kończy się jakby ktoś go przeciął nożem. Albo rozłączył.
„Karma protocol” to ponownie interesujący wstęp w postaci połączenia
ciężkiego riffu, klawiszy i w miarę dobrego wokalu. Szkoda, że zespół
nie pomyślał o fajnych arabeskach w zwrotce – byłoby jeszcze bardziej
intersująco. W zamian mamy klawisze trochę imitujące cymbały, ale tu
akurat trzeba przyznać, że to dobry efekt. Numer, jak na zespół, dość
ciężki, z umiejętnie poprowadzonymi zmianami tempa i obsesyjną końcówką.
Brakuje tu jakiejś zmiany (może delikatnego growlu?), chociażby w
chórkach, bo kompozycja aż prosi się o eksperymenty.
Następny kawałek to „As the stars fade away”. Zaczyna się intrygująco,
kosmicznie, trochę jak melodyjka z „Bliskich spotkań trzeciego stopnia”.
Jest to zarazem króciutkie intro do kolejnego utworu („Satellite”),
który kompletnie niszczy zbudowany przez ostatnią minutę nastrój i
skutecznie usypia. Stan beznadziei pogłębia skopiowany z poprzednich
utworów niby-refren, który prowadzi kompozycję w przepaść, to znaczy
znów ucina ją jak nożem, nie dając jej szans na pozostawienie po sobie
żadnego pozytywnego wrażenia. A ja już wiem, że kolejne utwory tego nie
zmienią.
Lecimy dalej. „Junction” to znów jeszcze raz ciężki riff na początku i
chyba dokładnie te same nuty, co w pierwszych numerze oraz realizacyjny
nóż, który znowu podcina końcówkę. Czyżbym przez pomyłkę włączył
przycisk „repeat”? Jedyny plus to w miarę dobrze brzmiąca sekcja
rytmiczna. Całość natomiast (zwłaszcza melodia refrenu i brzmienie)
mocno kojarzy się z „Labiryntem” naszej Iry.
Przedostatni numer na płycie, „Revolution”, to jeszcze raz riff z
„Tech-Noir”. Reszta zaś, jest jakby opcją „kopiuj-wklej” z innych
numerów, tylko z innym tekstem. Może i jest ciężko, a perkusista łamie
pałeczki na swoich bębnach, ale, panowie, litości, to naprawdę już było.
Tytułowy, „Dream machine” to numer, w którym po dość płaskim intrze
następuje jeszcze bardziej płaska zwrotka, wlekąca się w nieskończoność.
Refren także nie robi już wrażenia, ponieważ ma identyczną strukturę,
jak jedenaście pozostałych.
Drodzy panowie z Sybernetyks: lepiej byłoby nagrać kolejną EPkę i nie
marnować czasu słuchacza. „Dream machine” w założeniu miał być
koncept-albumem. Jeśli więc konceptem było to, że wszystkie utwory są
takie same, to naprawdę się udało. Szkoda, że muzykom już na starcie
brakuje pomysłów na solidne, chwytliwe kompozycje. Poza tym poszukiwałem
mocnego industrialnego rocka, a otrzymałem pretensjonalny nu metal,
momentami nieudolnie zahaczający o progmetal. „Dbamy o twoją przyszłość”
– informuje zespół na swoje stronie internetowej. Obawiam się jednak,
że bardziej pasowałoby tam hasło z jednego z animowanych filmów (nie
tylko) dla dzieci – „Straszymy, bo się o was troszczymy”.
2/10
Mariusz Fabin














































