SUNSTORM – 2012 – Emotional Fire

1. Never Give Up
2. Emotional Fire
3. Lay Down Your Arms
4. You Wouldn’t Know Love
5. Wish You Were Here
6. Torn In Half
7. Gina
8. The Higher You Rise
9. Emily
10. Follow Your Heart
11. All I Am

Rok wydania: 2012
Wydawca: Frontiers Records
http://www.joelynnturner.com


Istnieje dość poważny problem z PROJEKTAMI produkowanymi skutecznie od kilku lat przez Frontiers Records. Bardzo często brzmią bardzo podobnie… siłą rzeczy tworzone są przez nadwornych muzyków wytwórni. Jeszcze większym problemem są kolejne wydawnictwa sygnowane nazwiskiem Joe Lynn Turnera. Jak mało kto ten (bądź co bądź bardzo szanowany przeze mnie) wokalista potrafi popadać w marazm i niektóre jego płyty są po prostu miałkie i bez polotu.

Z nową płytą może być jeszcze gorzej, bo oprócz nowych kawałków pojawiają się re-make’i utworów w których Turner brał udział jako wokalista sesyjny (najczęściej w chórkach) w latach 80-tych. I tak mamy tu cover Michaela Boltona i Cher… w gęstwinie melodii i kawałków utrzymanych w tej konwencji postronnemu słuchaczowi nawet trudno je wyłapać.

Spore obawy miałem zatem wobec nowej płyty SUNSTORM, z założenia AORowego projektu wokalisty skrojonego wręcz pod ramy wytwórni. I nie wiem czy fakt iż jakiś czas już stroniłem od tego typu wynalazków, czy to pierwsze przebłyski wiosny za oknem sprawiły, że tej płyty słucha się bardzo dobrze.
Owszem jest ona skierowana do sympatyków tego lekkiego i melodyjnego gatunku. Łagodne rockowe brzmienie na którym położone przez Turnera wokalizy niczym matowy aksamit głaskany pod włos są zadziorne tylko we fragmentach. Za to nie brakuje temu albumowi polotu i fantastycznych chwytliwych melodii. Może nawet jest ich nieco za dużo. O ile w połowie albumu jeszcze podśpiewuję sobie kolejne refreny, tak z biegiem czasu zaniechałem tych prób, wiedziony niepokojem przesytu.

Płyta jest bardzo łatwo przyswajalna, ale po jej przesłuchaniu tylko niektóre motywy pozostają w pamięci. Okazuje się bowiem, że jest utrzymana na dość podobnym poziomie. Myślę, że wolałbym aby na płycie kosztem kilku gorszych kawałków pojawił się też raz na jakiś czas jakiś zryw.
Tutaj potrafię wyłapać jeden utwór wybitny. Nosi nazwę „Lay Down Your Arms” i zarówno jego rytmika jak i emocjonalny refren sprawiają, że chętnie się do niego wraca… ale i tak wydaje się, że powinien być zagrany z większym kopytem!
Za to… ekipa Turnera mogła sobie darować przesadnie łzawą balladę na zakończenie… ale to chyba atrybut płyt w gatunku.

Powróćmy jednak na chwilę do produkcji albumu. Niby w konwencji AORowej jest i tak nieźle, ale nie mogę sobie darować porównania tego albumu do innych krążków z Joe Lynn Turnerem i w konfrontacji z płytami Malmsteena czy Brazen Abbot ta płyta ma spiłowane pazury na etapie produkcji.
Ten dziki kot może i nie jest wysterylizowany, ale na pewno nie zaatakuje zębami i pazurami. Od preferencji słuchacza zależy więc czy na dłużej zagości w jego domostwie.

Daleki jestem przesytu tą konwencją, ale na horyzoncie widzę pierwsze symptomy. Wobec kolejnych projektów wytwórni mogę nie być tak pobłażliwy… Tym razem jest dobrze, ale bez zachwytów. Fajny, miły album – to chyba nie są jednak określenia, którymi powinno się określać krążki rockowe.
A może tak jak swego czasu Magnus Karlsson, tak i Dennis Ward powinien dać sobie trochę czasu na odpoczynek…

6/10

Piotr Spyra

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *