1. Postcards from the past (pt1)
2. The invisible line (pt1)
3. Raindrops
4. Amalgama
5. A moment in time
6. Time & the tide
7. Fading light
8. Recolections
9. Line in the sand
10. Postcards from the past (pt2)
11. The invisible line (pt2)
Rok Wydania: 2009
Wydawca: Caerllysi
Ukraina kojarzyła się zazwyczaj z pomarańczową rewolucją albo z Euro
2012, obecnie niestety najbardziej z wirusem AH1N1. Raczej mało komu
Ukraina kojarzy się natomiast z rockiem progresywnym. Mnie jednak owszem
a to za sprawą jednego człowieka – Antoniego Kalugina i jego muzycznych
projektów: Hoggwash oraz Sunchild. Na szczęście wspomnianym wirusem nie
można zarazić się poprzez słuchanie muzyki ponieważ właśnie Hoggwash
oraz Sunchild należą ostatnio do grona lubianych i dosyć często
słuchanych wydawnictw muzycznych.
Co różni nową płytę Sunchild od poprzedniej ? Okładka która zdobi nowy
Sunchild niestety nie jest już taka „słoneczna” i pastelowa jak w
przypadku pierwszej płyty „The Gnomon”, nie mówiąc o „The Last Horizon”
wcześniejszego projektu Kalugina – Hoggwash. Wręcz przeciwnie, jest
bardzo pochmurna i ponura, jakby artysta przewidział nadchodzący grypowy
kryzys. Na szczęście muzyka która znajduje się w środku, taka nie jest.
Jest natomiast bardziej zwarta, nie tak rozciągnięta do granic
możliwości jak znajdujący się na poprzedniej okładce pędzący pociąg.
Tamta płyta była wydawnictwem dwupłytowym, tutaj mamy znacznie mniejszą
porcję muzyki, poszczególne utwory również są zdecydowanie krótsze, ma
to jednak swoją zaletę. Płytę łyka się jednym haustem i smakuje jak nie
jeden wysokiej klasy zachodni trunek, nie ma natomiast nic wspólnego z
tak popularnym na wschodzie samogonem.
Tak więc nie patrząc na wirusy, serwuję sobie nowe dzieło Kalugina.
Znowu mogę się cieszyć przebogatą porcją znakomitego „muzycznego
trunku”. Znów się zachwycam, powodującymi podskórne dreszcze gitarowymi
solówkami, ozdobionymi bogatymi aranżacjami przeróżnych instrumentów
(nie brakuje dźwięków trąbki ,saksofonu, czy fletu…), świetnymi
klawiszowymi tłami oraz natchnionym wokalem który wspomaga
niejednokrotnie głos żeński. Mniej tutaj jednak charakterystycznych
jazzujących zapędów,co nie oznacza jednak że ich nie ma…
Dla takich płyt warto znosić trudy i zmory powszedniości (jak pokazuje
okładka), by po takim szarym dniu zasiąść wygodnie w fotelu i
zaaplikować sobie właśnie takiego „muzycznego drinka”…
Malkontenci pewnie zarzucą Kaluginowi, że chwilami powiela wcześniej
wypracowane muzyczne wzorce (Pink Floyd czy przede wszystkim Camel) ale
któż w dzisiejszej muzyce tego nie czyni „niech pierwszy rzuci
kamień…” Czy kosztem wykreowania pewnych klimatów, nastrojów,
muzycznych barw, trzeba się koniecznie silić na oryginalność ?
Może to i dobry temat na odrębna dyskusję ?
Ja wracam mimo wszystko do muzyki Sunchild.
Jak i przy wybornych trunkach bywa tak i przy tej właśnie muzyce, można się uzależnić…
9,5/10
Marek Toma
















































