1. Darkest Hours
2. Under Flaming Skies
3. Infernal Maze
4. Fairness Justified
5. The Game Never Ends
6. Lifetime In A Moment
7. Move The Mountain
8. Event Horizon
9. Elysium
Rok wydania: 2011
Wydawca: Edel
http://www.myspace.com/officialstratovarius
Przyznam szczerze, iż dotychczas moja znajomość z zespołem
Stratovarius była raczej znikoma. Jeśli chodzi o nurt power metalowy to
zazwyczaj trzymałem się bliskiej strony zachodniej od naszego kraju, a
najbliższe zawsze były mi formacje Helloween, czy też Gamma Ray. Pod
koniec 2010 roku dowiedziałem się jednak o fakcie nowego wydawnictwa
finów ze Stratovarius, a kiedy zobaczyłem bardzo ładną okładkę oraz
tracklistę z tytułowym utworem trwającym ponad osiemnaście minut, stało
się dla mnie oczywistością zapoznanie się z nowym albumem metalowców z
Finlandii.
W moim odczuciu głos Timo Kotipelto przypomina mieszankę Kaia Hansena z
James’em LaBrie. O ile pierwsze nazwisko jest bardzo typowe dla owego
gatunku, to wokalista Dream Theater już chyba nie do końca tutaj pasuje.
Z drugiej strony LaBrie posiada również wysoki głos, być może nawet
bardziej pasujący do power metalu.
Bardzo ważną postacią w zespole Stratovarius zdaje się być Jens
Johansson – klawiszowiec. Od samego początku albumu „Elysium” jego gra
„rzuca nam się w uszy”. Połączenie niezwykle melodyjnych klawiszy z
gitarowymi popisami Matiasa Kupiainena, daje nam dawkę naprawdę dobrej
muzyki na nowym krążku fińskiego kwintetu. Fakt. Nie ma tutaj odkrywania
nowych gatunkowych horyzontów, bo i być raczej nie miało. Mamy za to
wpadające w ucho refreny i dużo żywiołowych numerów. Już otwierający
płytę „Darkest Hours” wprowadza nas w odpowiedni klimat tego krążka.
Potem robi się jeszcze lepiej za sprawą takich kawałków, jak „Under
Flaming Skies” i „Infernal Maze”. Są oczywiście też wolniejsze
kompozycje. Do takich można zaliczyć „Fairness Justified” oraz „Move The
Mountain”. Zwłaszcza drugi z nich należy do mocnych punktów „Elysium”.
Praktycznie w każdym wymienionym kawałku mamy refren godny zapamiętania.
Tak samo zresztą dzieje się w pozostałych numerach, jednak nie tylko to
jest siłą tego krążka. Znakomite partie gitar otrzymujemy w kapitalnym
„Lifetime In A Moment”. Tutaj również otwarcie jest niezwykle
klimatyczne. Przedostatni na płycie jest „Event Horizon” będący takim
pierwszym, krótkim zakończeniem. W tym momencie możemy postawić kreskę,
ponieważ przed nami został już tylko numer tytułowy. Niezwykle długi,
podzielony na części. Momentami jest spokojnie, chwilami robi się
szybciej. Pod koniec, rzecz jasna, robi się również dość patetycznie,
ale też bez przesady. Otrzymujemy jeszcze na zakończenie ciekawe solówki
i dobrego wrażenia nie zepsuje nam nawet fakt, iż chyba ostatni utwór
jest troszeczkę wydłużony. Nie ma sensu się jednak na siłę czepiać, gdyż
Stratovarius zaprezentował nam naprawdę dobry album.
Do tej pory byłem zdania, że najlepszy power metal pochodzi z Niemiec.
Po poprzednim roku, w którym raczej zawiodły mnie krążki Helloween, a
zwłaszcza Gamma Ray, już nie jest to tak oczywiste. Finowie potrafią
również nagrać dobry krążek power metalowy, choć głównie kojarzą mi się z
chłodnym melodic death.
7/10
Bartosz Trędewicz














































