1. The Wind.
2. Hollow.
3. Glass Wall.
4. Like a Dream.
5. Confidence and Trust.
6. Stain.
7. Smile.
8. Flowers Die.
9.Sail Away.
Rok wydania: 2012
Wydawca: Lion Music
http://www.statusminor.com/
Trzy lata po wydaniu debiutu, fiński STATUS MINOR powraca z nową płytą. Pamiętam że już pierwszy krążek trafił w moje gusta, miał jednak pewne niedociągnięcia, które w moim odczuciu mogły być poprawione na kolejnych płytach.
Płyta „Ouroboros”, jest wydawałoby się odpowiedzią na moje zarzuty. Ani jeden z tych które dotyczyły debiutu, nie dotyczy nowego albumu. Zespół serwuje nam koncept o relacjach damsko-męskich, ale daleki jest od opisywania ckliwej historii miłosnej. Sporo tu symboliki, a jakże. Całość nie razi sympatyków ostrzejszego brzmienia, a smaczku dodaje gościnny udział Anny Murphy (Eluveitie). Muzycznie z kolei wrażenie konceptu pogłębia powtórzenie motywów, dzięki czemu nawet jeśli nie wgryzamy się w teksty, czujemy podskórnie związek między kolejnymi utworami.
Drugi album zespołu jest również zdecydowanym osadzeniem muzyki w sztywniejszych ramach. O ile poprzednia płyta mogła być pewnym sondowaniem klimatów, w których zespół się sprawdzi, tak tym razem od początku do końca płyta wydaje się dość spójna. Kolejną poprawą jest kwestia udziału klawiszy. Poprzednio stanowiły element, na który można było kręcić nosem – tym razem udało się zespołowi zachować pewną równowagę, a dzięki wkomponowaniu klawiszowych motywów w tła, mamy wrażenie obcowania z płytą zdecydowanie gitarową. Nawet mając na uwadze to, że spokojniejsze utwory oparte są raczej na kapitalnych partiach pianina. Niby Status Minor dalej obraca się w estetyce prog metalowej, jednak ich drugi album wydaje mi się bardziej ukierunkowany w stronę heavy metalu. Na pierwszym planie mamy bowiem riff i melodie.
Nie zrozummy się źle. Płyta nie jest monotonna stylistycznie. Pojawiają się tu zarówno ciekawe zmiany temp w ramach utworu, jak i samodzielne wolniejsze utwory, które swobodnie można nazwać balladami. Wydaje się nawet, że z umieszczenia dwóch spokojniejszych utworów jeden po drugim grupa wychodzi obronną ręką. O ile bowiem „Like a Dream”, to wywołana przeze mnie wcześniej do tablicy ballada, tak utwór kolejny można potraktować raczej jako miniaturę, przygotowującą do mocniejszego uderzenia. Z kolei trzeci spokojniejszy utwór „Flowers Die”, zorientowany jest bardziej na gitary akustyczne i narastającą orkiestrację (zresztą z biegiem trwania jest coraz cięższy).
I tym razem jako zwieńczenie płyty zespół zaprezentował kawałek dłuższy i najbardziej progresywny. Odnoszę wrażenie że w „Sail Away” grupa pozostawia jako wisienkę na przysłowiowym torcie i niespodziankę dla fanów prog metalu. Mamy tu bowiem do czynienia z najlepszymi na całym albumie patentami klawiszowymi, które do tego całkiem zgrabnie zazębiają się z połamanymi gitarowymi riffami i solówkami. Paradoksalnie najdłuższy utwór posiada najbardziej zapadające w pamięć melodie. Być może to strategiczne posunięcie – aby najlepsze zostawić na koniec – i chyba się sprawdza.
Płyta może i nie jest wybitnym przedstawicielem gatunku, jeśli już jednak po nią sięgnięcie, trudno może wam być od niej się oderwać. Tego wydawnictwa słucha się z prawdziwą przyjemnością. Brzmi kapitalnie, zawiera fajne melodie i wyśmienite partie solowe (być może do pełni szczęścia brakuje mi kilku kilerskich refrenów z potencjałem radiowym).
Jestem przekonany, że zespół swoim drugim albumem przebił dość dobrze oceniany debiut.
Dla mnie to jeden z albumów, który swobodnie mogę ustawić obok płyty Borealis, wydanej w zeszłym roku przez Lion Music. Niby nie mogę znaleźć racjonalnych powodów, dla których płyta teoretycznie dość mocno zakorzeniona w gatunku podoba mi się bardziej niż inne. Tak jak Kanadyjczycy, tak i Finowie w swojej muzyce mają to coś. Oprócz wymaganego minimum przyzwoitości dla gatunku – szczypta tych magicznych składników, które sprawiają, że po przesłuchaniu płyty – włączam ją ponownie.
8,5/10
Piotr Spyra













































