01. What’s Victoria’s Secret?
02. I’ll Miss That Someday
03. Venus In Overdrive
04. One Passenger
05. Oblivious
06. 3 Warning Shots
07. Time Stand Still
08. God Blinked (Swing It Sister)
09. Mr. PC
10. She
11. Nothing Is Ever Lost
12. Saint Sahara
Rok wydania: 2008
Wydawca: Angelmilk Records
Rick Springfield nie jest nową twarzą na poprockowej scenie. Album Ricka
wydany w 1981 rocku święcił triumfy (muzyk dostał za niego nagrodę
Grammy), a singiel „Jessie’s Girl” doszedł do pierwszego miejsca na
liście Billboardu. Na koncie ma dziesiątki wydanych płyt a ze sceny nie
schodzi od wczesnych lat 70-tych.
Wydanie swojego nowego albumu australijski muzyk postanowił powierzyć nowej brytyjskiej wytwórni – Angelmilk Records.
Nowy album „Venus In Overdrive” zawiera 12 konkretnych utworów. Niezbyt
skomplikowanych, ale za to opartych na świetnych melodiach. Nie brakuje
również ciekawych patentów gitarowych. Wprawdzie zaliczyć trzeba muzykę
zawartą na „Venus In Overdrive” do gatunku poprocka – album spodobać się
powinien zarówno zwolennikom cięższych brzmień, ale i AORowego
entuzjazmu, którego na płycie nie brakuje. W strefie gitar jest bardzo
ciekawie i zmiennie, mimo, że wydawałoby się, ze w gatunku riffy raczej
będą spokojniejsze – zdarzają się wyjątki. Wspomniana radość płynąca z
gitarowych riffów balansuje między hard rockiem a nowo amerykańskim
punkrockiem… Zarówno cięższe riffy, jak i fajne solówki to dla
gitarzysty nie pierwszyzna. Smaczki zaczerpnięte z muzyki country tylko
pogłębiają uczucie obcowania z muzyką bardzo zróżnicowaną, a jednak
spiętą stylistyczną klamrą.
Chwilami mamy miks glamrocka z typowo nowoczesnymi formami rocka
amerykańskiego (wychwyciłem klimatyczne podobieństwa do Nickelback, czy
Chrisa Cornella).
Najważniejsze jednak jest to, że melodie nie są banalne, słucha się ich z
przyjemnością, a wraca do tego krążka bez wahania. Istotnym elementem
całej układanki – równie ważnym jak nienaganne instrumentarium jest
wokal Ricka Springfielda. Czysty głos, podszyty czasem chrypką nie
stroni od chórków. Niektóre patenty refrenowe przypominać mogą nawet
motywy charakterystyczne dla Def leppard.
Na tym bardzo przyjemnym albumie znalazło się kilka utworów, których nie
zawaham się nazwać rewelacyjnymi. Są to otwierający album „What’s
Victoria’s Secret” czy kawałek tytułowy, których melodie wkręcą się
słuchaczowi na długi, długi czas. Niewiele ustępują im: „One passenger”
czy „3 warning shots”. Niestety gdzieś pod koniec napięcie nieco siada
„Mr PC”, czy „She” nie są już tak chwytliwe jak kawałki poprzednie. Na
szczęście album kończą pozytywne akcenty w postaci „Nothing Is Ever
Lost” i „Saint Sahara”.
Na koniec? Proponuję włączyć album od początku… myślę, że po jego
przesłuchaniu nie muszę ta to żarliwie namawiać… wielu ludzi zrobi to z
własnej inicjatywy.
8,5/10
Piotr Spyra













































