1. Edge of the In-Between (10:30)
2. The Emperor’s Clothes (5:52)
3. Kamikaze (3:50)
4. From the Darkness (16:36)
— a. The Darkness
— b. Chance Meeting
— c. On My Own
— d. Start Over Again
5. The Quiet House (9:03)
6. Their Names Escape Me (8:57)
7. The Man Behind the Curtain (7:46)
8. Jaws of Heaven (16:22)
— a. Homesick for the Ashes
— b. Words of War
— c. Deep in the Wondering
— d. Whole Again
Rok wydania: 2010
Wydawca: Mascot Records
Grupa Spock’s Beard (która będzie niebawem gościć w naszym kraju) wydała
właśnie swój jubileuszowy, studyjny album tytułując go po prostu „X”
(zresztą podobnie uczynili ze swoja piątą płytą). Muszę wyznać, że
zespół ten należy do grona moich ulubionych i kiedy w 2002 roku po
wydaniu koncepcyjnego „Snow” grupę opuścił charyzmatyczny lider, Neal
Morse byłem pełen obaw o przyszłość grupy. Tymczasem ich nowa płyta jest
już czwartą bez udziału Neala, którego za mikrofonem zastąpił (nie
pierwszy już raz w historii rocka progresywnego) perkusista – Nick
D’Virgilio.
Poprzednia, wydana 4 lata temu płyta, była moją ulubioną pośród tych
nagranych bez Neala Morse’a. Nowe dzieło amerykanów poziomem bez
wątpienia dorównuje poprzedniczce i wydaje mi się ze stylowo jest
najbardziej zbliżona do tych wydanych jeszcze z Nealem. Styl zespołu to
neoprogresywny rock głęboko zakorzeniony w klasycznej progresji tej z
lat siedemdziesiątych jednak brzmiący niezwykle świeżo. Grupa lubuje się
w długich rozbudowanych, kombinowanych utworach, tak jest i tym razem.
Na płycie znalazły się dwa rozbudowane 16-to minutowe („From The
Darkness” i „Jaws of Heaven”), oba składają się aż z czterech części.
Pozostałe utwory praktycznie wszystkie wykraczają poza czasowe ramy,
pięciu minut (za wyjątkiem jednego mega szybkiego i zabójczego
„Kamikaze” (3.50). Płyta rozpoczyna się bardzo przebojowo, prawie jakby
to była angielska wersja Papa Dance, ale po chwili wszystko wraca do
spock’s beard-owej normy, kompozycja komplikuje się, zapętla, zakręca w
coraz to nowa muzyczna uliczkę. Wszystkie te uliczki pozornie skręcają w
różnych kierunkach by w finale doprowadzić nas do celu, przepięknego
„muzycznego rynku”. Druga z kompozycji jest chyba najbardziej
charakterystyczna, fajny motyw muzyczny zagrany jakby przy pomocy
dęciaków, (kojarzy się nieco z Gentle Giant z płyty „Three Friends”).
Wspomniana najkrótszy utwór – „Kamikaze” to rzecz instrumentalna,
prawdziwe hammondowe szaleństwo.
Czas niestety nie pozwala mi aby rozwodzić się na temat wszystkich
kompozycji (dosłownie za godzinę jadę na urlop) ;). Reasumując powiem
tylko, że „X” bez wątpienia zadowoli wszystkich miłośników zespołu.
Płyty tej grupy mają to do siebie, że czym częściej się ich słucha, tym
bardziej smakują. Tak jest i tym razem.
8,5/10
Marek Toma















































