THE SORROW – 2009 – Origin O

Apnoia
Where Is The Sun?
My Immortal Guardian
Scars
Eyes Of the Darkness
Raising The Devil
Anchor In The Storm
From This Day On
Heaven Is No Place For Us
Tempestuous
Collector Of Tears
Faceless
Day Of The Lord

Rok Wydania: 2009
Wydawca:Drakkar Entertainment


Rozpoczął się kolejny rok. Na półkach sklepowych zaczęły pojawiać się już albumy opatrzone datą 2009. Pod koniec lutego zaś, nakładem Drakkar będzie można zdobyć najnowsze dzieło grupy The Sorrow. Dzieło jest tu słowem jak najbardziej uzasadnionym. Zespół wspina się bowiem na wyżyny gatunku, a zarazem serwuje nam album, który może być przyswojony sympatykom innych gatunków…

Album rozpoczyna klimatyczne intro fortepianowe, które rozpoczyna się intrygująco, kończy się zaś nieco niepokojącymi dźwiękami…
Pierwszy regularny utwór rozpoczyna kanonada dźwięków wraz z pierwszym wrzaskiem wokalisty. Okazuje się, że mamy do czynienia z muzyką niezwykle szybką i energetyczną, ale jednocześnie bardzo melodyjną. Już w refrenie pojawiają się normalne, melodyjne wokalizy. Sama konstrukcja utworu jest zaskakująca. Gitary rytmiczne opierają się głównie na tremollach, perkusja jednak mimo równie intensywnej stopy, pozostały rytm wybija raczej w tempie średnim.
Tego typu zabiegi rytmiczne znajdziemy na albumie wielokrotnie.
Kolejny kawałek nie przynosi stylistycznej odmiany, gitary rytmiczne są bardziej zaakcentowane. Sama konstrukcja utworów zaczyna już na tym etapie być nieco schematyczna, ucieka to jednak uwadze, bowiem wszystko bronią melodie. Zarówno te zawarte w gitarach jak i wokalizach (w refrenach). Kolejne utwory wprowadzają nieco urozmaicenia rytmicznego, wiele razy pojawiają się sztuczne falżolety i efekty sprawiające, że słuchacz zaczyna podzielać pasję muzyków. Taka energia płynąca z głośników musi nastrajać optymistycznie! Nawet kiedy trafia się utwór bez melodyjnych wokaliz, kompletnie to nie przeszkadza… same gitary są w stanie zadowolić słuchacza łaknącego melodii. The Sorrow serwuje nam kopalnię ciekawych motywów, dzięki czemu mimo stylistycznego podobieństwa między utworami, album można uznać raczej za spójny i nie ma mowy o powtarzalności.
Gdzieś w połowie albumu pod koniec utworu Eyes of Darkness ponownie pojawia się fenomenalny motyw pianina. Który zupełnie nie gryzie się z następującymi po nim ciężkimi riffami.
Atutem płyty oprócz melodii i niespożytych pokładów energii jest krystaliczna, ale nie sterylna produkcja i niebagatelne rozwiązania rytmiczne. Dzięki czemu album nie przelatuje przez umysł słuchacza jak tornado, ale pozostawia po sobie co nieco w pamięci, a nawet intryguje.
Mimo jednak licznych zalet płyty i wrażenia spójności materiału, za brak zdecydowanego zróżnicowania odejmę pół punktu od dziewiątki…

Płyta zapewne najbardziej spodoba się zwolennikom nowoczesnego metalu w stylu Killswitch Engage. Za sprawą jednak domieszek łagodniejszych fragmentów stanowić może ciekawą odskocznię dla sympatyków lżejszych odmian rocka. Niesamowite zaś pokłady energii i pasja z jaką zespół podchodzi do swojego rzemiosła zdecydowanie są w stanie udzielić się słuchaczom…

8,5/10

Piotr Spyra

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *