SOLSTICE – 2011 – Kindred Spirits

DVD
1. Morning Light
2. Solomon’s Bridge
3. Sky Path West
4. Freedom
5. Cheyenne
6. Ducks
7. 5456
8. Here & Now
9. Oberon’s Folly
10. Flight
11. Sacred Run
12. Extras (from the Loreley Festival):
i) New Life,
ii) Brave New World

CD:
1 New Life
2 Peace
3 Earthsong
4 Thank You
5 Medicine
6 Brave New World

Rok wydania: 2011
Wydawca: Festival Music
http://www.solsticewebsite.com


Prawdziwą gratkę dla sympatyków grupy Solstice przygotowała firma fonograficzna Festival Music, nakładem której ukazała się ostatnie studyjne dzieło grupy („Spirit”) oraz reedycje poprzednich płyt. Osób które nie znają dokonań tego niezmiernie interesującego przedstawiciela brytyjskiego neo proga, odsyłam do obszernego artykułu, który ukazał się na naszych łamach: tutaj

Nowe wydawnictwo w dyskografii zespołu jest dosyć nietypowe, składa się z dwóch krążków. Pierwszy z nich to DVD, zawiera zapis koncertu z The Pitz Club w Wielkiej Brytanii, który miał miejsce 6 maja 2010 roku, oraz dodatkowo dwie kompozycje zarejestrowane w Niemczech na festiwalu Lorelay (4 września 2010 roku). Drugą płytę stanowi koncertowe CD. Koncertowy repertuar audio nie pokrywa się jednak z tym zarejestrowanym na DVD. Jest to bowiem materiał nagrany podczas występów zespołu w tym samym Pitz Club, jednak kilka lat wcześniej (2007/2008).

Najpierw może kilka słów o koncertowej ścieżce audio, składa się z 6-ciu kompozycji trwających w sumie 50 minut. Materiał ten jest bardzo przekrojowy, bowiem zawiera po dwie kompozycje z trzech pierwszych albumów zespołu: „Silent Dance” (1984), „New Life” (1993) i „Circless” (1997). Mimo, że płyty ukazały się w tak różnych odstępach czasu, muzyka nie traci na spójności. Na bis otrzymujemy muzyczną zabawę z publicznością, znalazły się tutaj liczne cytaty z elementami reggae, irlandzkiego folku a nawet bluesa i country.

Z dużą przyjemnością ogląda się koncertowy wizerunek zespołu, w świetle wielobarwnych reflektorów (w przewadze purpury, czerwieni i błękitu). Sala Pitz Clubu nie różni się zbytnio od tej bardzo mi bliskiej, w piekarskiej „Andaluzji”, można sobie wiec wyobrazić (a nawet pomarzyć) o obecności zespołu w tym właśnie miejscu. Gitarzystę Andyego Glassa z pewnością mogę zaliczyć do grona bardzo lubianych przeze mnie wioślarzy (jeżeli mówimy o muzyce progresywnej). Jego sceniczny wizerunek kojarzyć się może nieco z Stevem Vaiem. Ciepłe, lecz wyraziste solówki wychodzące spod jego palców, wywołują przyjemne ciareczki na ciele. Z przyjemnością ogląda się panie wchodzące w skład zespołu: Emmę Brown, sympatyczną wokalistkę, oraz długowłosą skrzypaczkę, Jenny Newman która często wspomaga Emmę również za mikrofonem. Skład zespołu dopełnia sprawna sekcja rytmiczna, w postaci basisty Robina Phillipsa, oraz perkusisty Steve McDaniela. Podczas perkusyjnej solówki będącego nieodłączną częścią koncertowego show, zabrzmiały cytaty z Dzwonów Rurowych Mikea Oldfielda.

Koncertowy repertuar oparty został w głównej mierze na kompozycjach pochodzących z najnowszej studyjnej płyty zespołu, „Spirit”(wydanej w zeszłym roku), zabrzmiały z niej praktycznie wszystkie kompozycje (za wyjątkiem tytułowej). Z wcześniejszych utworów na set liście znalazły się: „Morning Light” z „New Life”, „Cheyenne” z „Silent Dance” oraz „Sacred Run” z „Circless”. Solstice, to nie tylko świetny kawał prog rocka, w ich muzyce można znaleźć również duże pokłady folku oraz world music. Folkowe motywy, nadają się idealnie do sympatycznej zabawy muzyków z publicznością („Ducks”, „5456”). Dołączone dodatkowo dwie kompozycje z festiwalu w Lorelay („New Life”, „Brew New World”) świadczą o tym, że grupa sprawdza się na żywo zarówno w małych klubach jak i obszerniejszych, plenerowych imprezach.

Jedyną kontrowersję w tej muzycznej gratce, wywołuje u mnie okładka, brak na niej charakterystycznych mandali, które były graficznym znakiem rozpoznawczym zespołu. Szata graficzna tej kocertówki, to jakby wycięta ilustracja kiczowatego komiksu dla najmłodszych, na szczęście sama muzyka jak i przyjemność ogbejrzenia zespołu „na żywo” sprawia, że możemy przymknąć oko na tą „bajeczną” okładkę.

Marek Toma

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *