1. I Open Up My Eyes
2. The Sound of Flies
3. Ghostride
4. Welcome
5. By the Crossroads
6. Selebrate
7. Snakeskin
8. Sleepwalking
9. The Black Cradle
10. A Candle in the Gallery
11. A Symphony of Shadows
Rok wydania: 2010
Wydawca: Inside Out
http://www.myspace.com/theshadowtheoryofficial
Oj jak ja lubię takie sytuacje. Bywa tak prawie co roku, bowiem to
jesień jest niezwykle obfitą porą jeśli chodzi o premiery wydawnicze.
Jednak kiedy w trakcie trzech kwartałów pewne albumy ugruntowały sobie
pewną pozycję w moim rocznym rankingu, rzadko spodziewam się, że coś
wstrząśnie tym podsumowaniem. Nauczyłem się też podchodzić z pewną
rezerwą do projektów, czy nowych zespołów znanych twórców. Przyznam
jednak, że lubię być mile zaskakiwany.
A albumem, który mnie tak pozytywnie zaskoczył jest nowy twór Devona
Gravesa, mianowicie The Shadow Theory – Behind The Black Veil. Biografia
mówi, że mistrz został zauroczony warsztatem klawiszowca (Demi Scott), a
do projektu dołączyli także Arne Schuppner (gitara), Kristopffer
Gildenlow (bas) i znany z Threshold Johanne James (perkusja).
Łapię się na tym, że usilnie próbuje uniknąć porównań Psychotic Waltz
czy Deadsoul Tribe, jednak muzyka The Shadow Theory jest tak
wielowątkowa i złożona, że niektóre porównania cisną się na usta. Przede
wszystkim kojarzą się partie fletu i wokalizy, niebanalne fragmenty
gitary basowej i fenomenalne motywy klawiszowe. Przy tych ostatnich
chciałbym zatrzymać się na dłużej jako na elemencie, który w dobrej
mierze odpowiedzialny jest za kształtowanie nastroju.
Mamy tu bowiem do czynienia z nastrojem grozy czy groteski, potężnymi
orkiestracjami, czy też szalonymi lekkimi motywami. Razem z pewną
przestrzenią i złożone z różnorodnymi wokalizami, od szeptów, wysokich
wokaliz – niemal falsetów po growle, udziela się nastrój podobny do
najlepszych produkcji Kinga Diamonda.
Do tego charakterystyczne gitary wraz z fletami tworzą typowe dla gatunku orientalizmy.
Oczywiście nie sposób tu odegnać porównań do Pain of Salvation, ale
znajdziemy również wpływy Queen, a wracając ponownie do klawiszy
wspomnieć należy stylistyczne podobieństwo, czy też wychwycić można
wpływy Jona Olivy czy Finna Zierlera… myślę, ze o takie porównania
Demi Scott nie powinien się obrazić.
Zaskakuje kwestia użytych brzmień gitar. O ile oczywiście nie zabrakło
tu mięsistych ciepło brzmiących riffów, oraz wielu partii gitar
akustycznych od ciepłych po niepokojące czy orientalne motywy, tak
zadziwić mogą kąsające urywane i typowo thrasowo zestrojone gitary.
Nie sposób nie przyznać, że zadziwiają niektóre patenty czy brzmienia,
pozornie do całości nie przystające. Oprócz żonglowania dysonansem czy
pozornie chorymi melodiami mamy tu do czynienia z southernowymi
miniaturami czy riffami, które – kiedy je wyrwać z kontekstu mogą się
nie spodobać (ponowne skojarzenie z POS).
Na płycie znalazło się tez kilka oczywistych czy prostych melodii i
patentów, jak choćby typowo maidenowska solówka, ale w dość ambitnych
jako całość utworach takie motywy nie rażą.
Jako, że od początku tego tekstu pozytywnie się o całości wypowiadam,
domyślić się możecie, że mnogość środków wyrazu na albumie wspaniale się
zazębia i pasuje idealnie.
Behind The Black Veil jest na pewno albumem dla słuchacza wymagającego i
poszukującego. Jest to album, który na początku może szokować, a wkręca
się z każdym kolejnym przesłuchaniem. Przy tym to muzyka tak
nieprzystępna, że paradoksalnie może zainteresować szeroki wachlarz
odbiorców… pytanie czy na dłużej.
Ja odnoszę wrażenie, że jest to płyta, która ma szansę elektryzować
jeszcze długi czas po opadnięciu pierwszego wrażenia. To album po który z
chęcią będę sięgał wielokrotnie… i to nie tylko w jesienne
popołudnia.
9/10
Piotr Spyra















































