01. Star of David
02. Taint the sky
03. Waiting in the wings
04. Banish the wicked
05. Not an angel
06. Devil’s inc.
07. Walking tall
08. The edge of my blade
09. Pieces
Rok Wydania: 2006
Wydawca: Lion Music
Zaraz po wydaniu drugiego albumu Seventh Wonder trafił moje ręce.
Podobał mi się, że nie wiem czemu nie wstrząsnął mną w żaden sposób.
Trafił gdzieś w odmęty półki z albumami. Zupełnie inna była moja reakcja
na trzeci – świetny album. W międzyczasie zdobyłem jeszcze lepszy
debiut Aeon Zen, gdzie jednym z wokalistów jest Andi Kravljaca (pierwszy
wokalista Seventh Wonder). Skłoniło mnie to do sięgnięcia po debiut, a
następnego dnia do odświeżenia płyty nr 2 – Waiting in the wings.
Muszę powiedzieć, ze jestem zachwycony – i nie wiem czemu zaraz po wydaniu album nie zagościł w moim odtwarzaczu na dłużej…
Pamiętam, ze spodobał mi się od razu, jednak szybko odłożyłem go na
dalszą półkę. Pierwsza moja uwaga po ponownym podejściu do tematu była
taka, że wokalnie – i to Zarówno jeśli chodzi o barwę głosu Tommy’ego
Karevika, jak i linie melodyczne – jest na tak wysokim poziomie jak
choćby na kolejnym Mercy Falls.
Kilka solówek gitarowych wyraźnie bardziej osadzonych jest w graniu progresywnym, mniej w hard rocku.
Z kolei to co momentami razi, to „kwadratowe” motywy klawiszowe,
paradoksalnie przeplatane fenomenalnymi pianinami, czy ciekawymi
ścianami dźwięku…
Jeśli po raz kolejny porównamy drugi album Seventh Wonder z Mercy Falls,
obronną ręką wychodzą partie basu na Waiting in the Wings. Brzmią po
prostu lepiej – a bas nie brzęczy… a raczej brzęczy w śladowych
ilościach. Ciekawym smaczkiem są damskie wokalizy – baaardzo miły
akcent. Za kulisami, odpowiedzialni za brzmienie albumu skrywają się
Tommy Hansen i Daniel Flores… Płyta zatem musi brzmieć jak żyleta.
Klarownie i dynamicznie. Dobre wrażenie robi również okładka wydawnictwa
wykonana przez Carl-André Beckstona (MonoWasp), obecnie jego okładki
może zaczynają być typowe… ale wówczas rozpatrywałem je jeszcze jako
prace w ramach stylu…
Na swojej drugiej płycie Szwedzi zaserwowali melodyjną, energetyczną i
intrygującą muzykę. Umiejscowić ją można pomiędzy hard rockiem (nawet o
zabarwieniu neoklasycznym) a progresywnym metalem.
Album po długiej przerwie wraca do mojego odtwarzacza, i zagości w nim
na dłużej. Płyta jest bardzo dobra… z akcentem na BARDZO.
8,5/10
Piotr Spyra














































