1.Olympus rising
2.Thunderbolt
3.The secret of flight
4.Nosferatu (The vampires Waltz)
5.They played rock’n’roll
6.Predator
7.Sons of Odin
8.Sniper
9.A wizard’s tale
10.Speed merchants
11.Roadie’s song
12.Nosferatu (The vampires Waltz) (Raw version)
Rok Wydania: 2018
Wydawca: Silver Lining Music
Co może jeszcze zrobić zespół, który jest jednym z najważniejszych w
historii metalu, jego żywą legendą? W którym kierunku może jeszcze
pójść, mając na koncie 21 studyjnych krążków? Taki zespół ma dwie opcje.
Albo wzorem innego przedstawiciela NWOBHM wejść w świat metalu
progresywnego i rozciągać swoje oparte na kilku riffach utwory w
nieskończoność albo być wiernym swojemu wypracowanemu już stylowi,
nieznacznie go tylko ulepszając. I właśnie tę drugą opcję wybiera Biff
Byford i jego Saxonowa spółka. Muzycy idą znaną już od dawna ścieżką
klasycznego heavy metalu, czasem nieznacznie wzbogacając swe utwory o
patetyczne orkiestracje. Na szczęście używanie tych klawiszowych lub
orkiestrowych „smaczków” ma jedynie na celu dodanie utworom nieco
dramaturgii. Czy jest więc coś w „Thunderbolt” coś co może zaskoczyć
słuchacza, który zapewne dobrze wie na co stać Billa za mikrofonem,
Paula oraz Douga na gitarach, Nibbsa na gitarze basowej oraz Nigela za
perkusją?
Pora się więc przekonać i odpalić Saxon Anno Domini 2018.
Jako pierwsze leci krótkie, bo półtoraminutowe intro – „Olympus rising”.
Gitary startujące niczym samoloty, które niebawem oderwą się do lotu i
rozpędzą cały album. Wtóruje im mocna perkusja nadająca rytm, by chwilę
później wpaść w numer tytułowy: „Thunderbolt”. Od samego początku jest
ciekawie. Gitarowy riff zdradza, jak będzie brzmiał refren. Linia
melodyczna Biffa klasycznie saxonowa: ten gość jest jak wino, im
starszy, tym lepszy. Mamy tu również do czynienia ze wzajemną „rozmową”
gitarzystów podczas solówki. Jest motorycznie, melodyjnie i, co ważne, z
polotem. Tak powinien brzmieć numer tytułowy.
Pora więc przejść dalej. „The secret of flight” – od pierwszych sekund
jest pysznie, gitarowa przeplatanka na gryfie połączona z werblową
ciężką perkusją i te klawisze w tle. Niby prosty patent, ale jakże
smakowicie! Później tylko przyspieszamy, Biff z początku tu brzmi
trochę, jakby jego głos został przetworzony (dość ciekawy efekt, choć to
tylko zdublowanie wokalu). Warto się też wsłuchać w kapitalną pracę
Nigela Glocklera na bębnach. W trakcie numeru pojawia się znakomita
solówka z jeszcze lepszą grą gitary rytmicznej, która sprawia wrażenie,
jakby była wyjęta z jakiejś innej kompozycji.
Czwarty w kolejności to moim zdaniem najlepszy numer na krążku. A jest
nim „Nosferatu (The vampires waltz)”. Zaczynamy gotycko: złowieszczymi
organami, a później jest tylko wybornie, patetycznie, chóralnie. Ciarki
pojawiają się na plecach, a więc wstęp spełnił swe zadanie. Natomiast
to, co tu wyprawia lider grupy sprawia, że przed oczyma widzimy postać
Nieumarłego Wampira. Polecam posłuchać tego numeru kilkukrotnie bo tam w
tle naprawdę się dzieje i to bardzo dużo: od rewelacyjnej gry na
perkusji, wzajemnej gonitwy gitar, po kapitalne klawisze i chóry. Ależ
ten numer musi brzmieć na żywo, jeśli studyjna wersja jest tak
perfekcyjna. Numer kończymy zwodniczym dla wampirów wschodem słońca, by
przenieść się w inne czasy.
W czasy, kiedy istniał (i był u swojego szczytu) jeszcze jeden zespół:
Motörhead, który właśnie daje koncerty w klasycznym składzie już gdzieś
zupełnie indziej. Utwór „They played rock and roll” jest kolejnym hołdem
dla Lemmy’ego, Eddiego i Phila, bowiem opowiada o starych dobrych
czasach kiedy to w 1979 roku Saxon i Motörhead wyruszyli w trasę, by
zrewolucjonizować angielską młodzież swoimi koncertami, co wobec rządów
Żelaznej Damy Thatcher nie było łatwym zadaniem. Można odnieść wrażenie,
że do nagrania numeru zaproszono trójkę z Motörhead, ponieważ brzmi on
dokładnie tak, jakby wszyscy stali na scenie (słychać nawet głos
Lemmy’ego, co przywodzi na myśl podobny patent, zastosowany w „Mother
love” Queen). Sam rock’n’roll, jak to rock’n’roll – szybki i na temat.
Zastanawiałem się, czym taka legenda jak Saxon może mnie jeszcze
zaskoczyć. I to zaskoczenie pojawia się w numerze szóstym („Predator”).
Od samego początku jest niemal thrashowo i zgodnie z tytułem drapieżnie.
Wsłuchuję się w wokal Biffa i słyszę… najprawdziwszy growl! Bez obaw,
to nie ten starszy siwy pan, lecz zaproszony gość – Johan Hegg z Amon
Amarth. Ależ jest kapitalnie w tym numerze! Od ciężkiego riffu, przez
wspomniane growle i zwykły śpiew, aż po ciekawy środek na gitarach. Ależ
to wszystko wgniata w fotel! Chwila odpoczynku na wygramolenie się z
siedziska i jedziemy dalej.
Siódemką jest tu „Sons of Odin”, gdzie z kolei mamy do czynienia z
ciężkim riffem, trochę jak od Ronniego Dio, gdzieś pomiędzy „Heaven and
hell” a „Master of the moon”. Cała magia tego kawałka jednak tkwi w
niesamowitym refrenie. Reszta jest bardzo klasycznie zagrana, z dobrym,
sprawdzonym riffem, ale bez fajerwerków. Prawdopodobnie, także za sprawą
świetnej solówki, dużo lepiej sprawdzi się na zapowiedzianych już przez
Saxon koncertach.
Kolejnym świetnym numerem jest „Sniper”, który zgodnie z tytułem
strzela, i to dosłownie, za sprawą perkusji, gitar i całej reszty.
Szybko wyszukuję metrykę Biffa Byforda. Rocznik 1951. Jak na swój wiek
facet wymiata wokalem, aż miło. Ale nie ma się co dziwić, to ta sama
porządna rockandrollowa glina, z której ulepieni są jeszcze Rob Halford,
Bruce Dickinson czy Ian Gillan. I o ile na początku albumu trochę się
oszczędzał, to tu już nie ma dla swojego słuchacza taryfy ulgowej,
podobnie jak i reszta muzyków.
Dziewiąty na albumie, „A wizard’s tale” rozpoczyna znów przekładanka na
gitarze, później jest już ciężko, motorycznie, ze wspaniałą grą na
gitarze basowej w tle. Refren należy bardziej do tych, które można
śpiewać wraz z publicznością na koncercie. Tu też następuje chwilowe
zwolnienie tempa, by za moment znów przyspieszyć, ot tak nieco po
maidenowsku. Taka mała szpileczka wbita kolegom spod jednego sztandaru
NWOBHM.
Przedostatni na płycie to „Speed merchants”. I znów pełna zgodność z
tytułem utworu: szybko, karkołomnie, bez hamulców, które zostały już
ostatecznie odpuszczone. Tu mamy do czynienia z metalem szlachetnym
najwyższej próby. Kurczę, to ich dwudziesty drugi album, a bawią się
tak, jak za swoich młodzieńczych lat. Szacun, Panowie!
Ostatni numer to „Roadie’s song”. Brzmi on trochę tak, jakby Saxon,
wziął na warsztat jakiś zupełnie nieznany kawałek Scorpionsów i zrobił
go po swojemu, także od strony wokalu. W efekcie mamy wehikuł czasu,
który przenosi nas do złotych lat osiemdziesiątych. Należy tylko jeszcze
odnotować, ze swoistym bonusem na płycie jest bardziej surowa wersja
„Nosferatu”.
„Thunderbolt” to nad wyraz bardzo dobrze zagrany klasyczny heavy metal, z
kilkoma wybornymi i zaskakującymi elementami. Cieszę się, że Saxonowi
chce się jeszcze grać i tworzyć nowe kompozycje. Bo niewątpliwie czasy
takie, że wśród tych wielkich powstaje coraz więcej cieni, a następców
niewielu…
8/10
Mariusz Fabin

















































