1. Preludium
2. Heavenwings Shrugged
3. Angelus (Anima Lucifera)
4. Mare Tenebrarum
5. The Serpent Throne
6 ….And Soul
7. Venomous Spell Of Fate
8. Desiderium Immortalis
9. Anima Lucifera
10. Epilog
Rok wydania: 2016
Wydawca: Pagan Records
https://www.facebook.com/SacrilegiumOfficial
Długo przyszło czekać na nowy album pomorskiego przedstawiciela
pogańskiego black/death metalu, grupy Sacrilegium, która w pewnych
kręgach dorobiła się statusu legendy. Panowie po latach absencji
postanowili raz jeszcze spróbować swoich sił na muzycznej scenie, czego
dowodem jest wydany na początku bieżącego roku „Anima Lucifera”.
Wydawnictwo na wstępie intryguje ciekawą okładką, która budzi pewne
skojarzenia wobec późniejszej twórczości szwajcarskiego Samael. Emanuje z
niej magiczno – kosmiczny klimat o okultystycznym charakterze. Jej
prostota, wyrazista forma i odpowiedni przekaz stanowią doskonałą
zanętę, która prawdopodobnie zwabi niejedną zagubioną duszyczkę.
Niestety forma, w jakiej otrzymałem ów album uniemożliwiła mi
kompleksowe obadanie bookletu, dlatego o jego zawartości nic więcej
powiedzieć nie mogę (a szkoda)…
A jak z dźwiękami? Próbując porównać, premierowy materiał do debiutu
sprzed dwudziestu lat, z całą stanowczością można powiedzieć jedno.
„Anima Lucifera” to całkiem inna bajka mając na względzie uwarunkowania
stylistyczne. Nie oznacza to jednak, że zespół złagodniał, co to, to
nie. Album jest drapieżny, intensywny oraz głęboko osadzony w specyfice
rogatego black/death metalu. Jednak tym razem posiada on zdecydowanie
mniejsze zabarwienie pogańską specyfiką, ale za to nie brakuje mroku.
Zespół ewidentnie rozwinął skrzydła, dorósł, a muzyka wyraźnie
ewoluowała i to w zdecydowanie dobrym kierunku. Zarówno pod względem
techniczno – wykonawczym, jak również twórczym Sacrilegium zrobił
ogromne postępy. Również pod względem realizacji nagrań oraz brzmienia
czuć poważny progres. Całość brzmi selektywnie, wyraziście, a do tego
cholernie agresywnie, więc na deficyt mocy (oczywiście tej ciemnej)
narzekać nie można. Mimo dojrzałej produkcji, muzyka wciąż posiada
pazur, który potrafi konkretnie poharatać. Dominują szybkie tempa oraz
skłonność do zagęszczania dźwięków, jednak co pewien czas panowie
pozwalają sobie na „nastrojowe” wtrącenia, klimatyczne tła (najczęściej
występują one w początkowych częściach utworów). Można je spotkać m.in. w
„Preludium”, wieńczącym całość „Epilog” z mroczną inwokacją,
wyróżniającym się na tle reszty „The Serpent Throne”, jak również
wstępie (klawisze budzą skojarzenia wobec „Christian Woman” Type O
Negative) do „Angelus (Anima Lucifera)”. W tym też utworze (jak również
przy okazji „Anima Lucifera”) pojawiają się teksty w ojczystej mowie,
jednak ich rozszyfrowanie nie jest takie proste – maniera wokalna
„Nantura” na to nie pozwala. Co prawda w tej materii jest o niebo
(tfuuu.. piekło) lepiej niż przy okazji płyty „Wicher” z 1996r. to i tak
bez książeczki liryki wydają się być jedną wielką niewiadomą.
Czego zabrakło do pełnego szczęścia? W sumie wszystko jest na właściwym
miejscu, ale odczuwam niedosyt względem bardziej wyrazistych motywów,
elementów, które zakotwiczyłby w świadomości na dłużej. Nawet po
kilkukrotnym przesłuchaniu płyty, nie byłem w stanie przywołać (w
myślach) zbyt wielu motywów. Tutaj wyróżnia się w zasadzie tylko
instrumentalny fragment z „fortepianowym” motywem w „…And Sin”.
Szkoda, że podobnych rozwiązań/smaczków nie zastosowano więcej, bo w
ogólnej ocenie nowy album Pomorzan prezentuje się całkiem nieźle.
Zabrakło jedynie pierwiastka lepszej przyswajalności, jeżeli tak to
można ująć. Czy również dla innych będzie to stanowiło swego rodzaju
barierę? To się dopiero okaże, kiedy to każdy zainteresowany z osobna
będzie smakował najmłodsze dziecię Sacrilegium.
Wygłodniali fani zespołu prawdopodobnie z radością przyjmą ich
premierowy materiał (ortodoksi prawdopodobnie stwierdzą, że zespół
skończył się na płycie „Wicher”). Również reszta maniaków ciężkich
klimatów o ekstremalnym namaszczeniu powinna zasmakować w diabolicznym
„Anima Lucifera”. Płyta w ogólnym rozrachunku trzyma odpowiedni poziom,
stąd też warto poświęcić jej czas, o ile oczywiście lubi się granie spod
znaku ekstremalnego death/black metalu.
7/10
Marcin Magiera













































