CD 1 – „Sleeptime”
1.Dawn
2.Empty Side of Soul
3.Unholy Dream
4.Silence
5.Darkness…
6.Twilight
CD 2 – „Rarities”
REH Tape 1993
1.Unholy Dream
2.Empty Side of Soul
3.Pazuzu*
4.Empire of Evil*
LIVE 1993
5.Unholy Dream
6.Empire of Evil*
7.Empty Side of Soul
8.Silence
9.In League with Satan (Venom cover)
Rok wydania: 2015
Wydawca: Witching Hour Productions
Wielu osobom nazwa Sacrilegium zapewne obca nie jest. Tym, którzy jednak
jej nie kojarzą nadmienię, iż chodzi o przedstawiciela rodzimej black
metalowej sceny, którego początki kariery sięgają wczesnych lat 90-tych.
W roku 1994 zespół zadebiutował wydawnictwem „Sleeptime”, pierwotnie
wydanym przez Pagan Records oraz amerykańską wytwórnię Wild Rags Rec. 21
lat później, dzięki Witching Hour, ukazała się reedycja tegoż dema w
formie okazałego dwupłytowego digipacku.
Na ogół, po tego typu muzyce, spodziewać się można okładki równie
zadziornej i kontrowersyjnej – zwiastującej z czym potencjalny odbiorca
będzie miał do czynienia decydując się konsumpcję danego „dzieła”. W tym
przypadku, na pierwszy kontakt wystawiony został ciekawy i
minimalistyczny „Hypnoz”, obraz zupełnie odmienny od pierwotnie
zdobiącego oryginalne wydanie . Owszem, zwraca uwagę, lecz na tle reszty
oprawy graficznej płyty i muzyki na niej zawartej, wypada nad wyraz
łagodnie. Nieobeznanego z tematem słuchacza może to wprowadzać nieco w
błąd, gdyż w moim odczuciu subtelność okładki nie koresponduje z
brutalną treścią „Sleeptime”, zarówno wizualną (bogatą w zdjęcia), jak i
dźwiękową.
Wracając do dania głównego – pierwszą jego część stanowi wspomniane
wcześniej demo. Ponad trzydziestominutowy, encyklopedyczny przykład
starego, surowego, ordynarnego black metalu. Na przekór tytułowi, bardzo
daleko mu do onirycznych klimatów i urzekających melodii przepełnionych
słodkimi chwilami ukojenia. Brudny i zły, a przy tym pełen
diabolicznego uroku, który być może nie wszystkim przypadnie do gustu,
ale tego naprawdę dobrze się słucha. W ten ponury świat dźwięków
wprowadza słuchacza instrumentalny „Dawn” o dość niewyszukanej aranżacji
i ewidentnie plemiennym wydźwięku. Całość zaś zamyka „Twilight”
utrzymany w tym samym klimacie. Natomiast pomiędzy świtem a zmierzchem
następuje prawdziwie dzika kanonada, całkiem udanych utworów. W nich
zaś, znamienny dla gatunku, jazgotliwy wokal, co rusz, z dziką lubością
wypluwa kolejne wersy herezji i bluźnierstw.
Przyznam szczerze, że nie słuchałem oryginalnego pierwszego wydania, ale
podstawowa część reedycji pomimo upływu lat, brzmi dość dobrze, choć w
tym przypadku oznacza to: podle, brudno i na tyle nieprzyjemnie, na ile
wymaga tego konwencja gatunku. Nie wiem ile w tym ingerencji nowoczesnej
techniki i realizatorskich sztuczek, ale z pewnością przy pierwszym
odsłuchu brzmienie pozytywnie zaskakuje, zwłaszcza gdy z tyłu głowy
jarzy się ostrzegawczy napis „black metalowe demo sprzed prawie ćwierć
wieku”.
Część druga „Sleeptime”, czyli całkiem spory bonus, stanowią nagrania (w
tym nigdzie nie publikowane) z próby oraz koncertu z 1993 roku. Nie
lada to gratka, lecz raczej dla koneserów, niż przypadkowego odbiorcy,
gdyż jakość dźwięku nie jest najlepsza, ale nie wolno zapominać o
okolicznościach zarejestrowania tego materiału. Niemniej jednak
zawartość godna jest uwagi i cieszy niezmiernie fakt jej umieszczenia na
albumie.
Obecnie rodzime ciężkie granie całkiem zasłużenie przeżywa chwile
triumfu i staje się na tyle znane, że powstają twory chcące uszczknąć
tego sukcesu nieco dla siebie, czego przykładem jest chociażby Groza
„Unified in Void”. Chwytliwa polska nazwa, muzyka jakby Mgły, a zespół
niemiecki. Tym bardziej taka sentymentalna wycieczka w przeszłość jak
„Sleeptime” jest pożądana. Warto zerknąć nie tylko na to co nowe i
świeże, ale również, na dokonania zespołów sprzed wielu lat, które w
mniejszym lub większym stopniu uległy zapomnieniu.
Robert Cisło











































