1. Caravan 05:40
2. BU2B 05:10
3. Clockwork Angels 07:31
4. The Anarchist 06:52
5. Carnies 04:52
6. Halo Effect 03:14
7. Seven Cities of Gold 06:32
8. The Wreckers 05:01
9. Headlong Flight 07:20
10. BU2B2 01:28
11. Wish Them Well 05:25
12. The Garden 06:59
Rok wydania: 2012
Wydawca: Roadrunner Records
http://www.rush.com/
Rush to bez wątpienia jedna z najbardziej oryginalnych i cenionych – nie
tylko przeze mnie – grup rockowych. Magiczne, kanadyjskie trio w swojej
długoletniej karierze miewało różne momenty – raz było lepiej, a raz
gorzej. Jednak zawsze pewien poziom zostawał utrzymany. Nieważne, czy
był to Rush za najbardziej cenionych czasów – „Moving Pictures”, ery
syntezatorowej elektroniki (Power Windows) – czy też zakręconych
początków z okresu „Fly By Night”, „2112”. Każde z tych wcieleń
odkrywało mnóstwo walorów, pokazując szeroki wachlarz niebanalnych
możliwości tego wielkiego zespołu. Dlatego też, każda nowa płyta Rush
wywołuje u mnie wiele emocji i czekam na nią z ogromną niecierpliwością.
Tak też było i tym razem – na następcę „Snakes & Arrows” trzeba
było czekać aż pięć lat i nie ma co ukrywać – można było poczuć głód!
Tak czy inaczej wyczekiwanie dobiegło końca i już teraz można się raczyć
nowymi pomysłami Kanadyjczyków. „Clockwork Angels” to typowy Rush
zawierający w sobie elementy z różnych okresów działalności. Słychać tu
wiele elementów z przełomu lat 70/80 oraz czasów spod znaku wyśmienitego
„Counterparts”. Można było przypuszczać, że zespół będzie kontynuował
drogę obraną na „Vapor Trials” oraz jego następcy – tak się jednak nie
stało, choć elementy i tych płyt są tu obecne. Rush pokusił się o powrót
do przeszłości bez syndromu zjadania własnego ogona. Zapowiedzią tego
stanu rzeczy były dwie wcześniej udostępnione kompozycje: „Caravan” oraz
„BU2B”. Sytuację dodatkowo zaognił klasyczny „Headlong Flight”
charakteryzujący się progresywnym zacięciem. Co najlepsze, album zawiera
więcej wyśmienitych rush’owych rarytasów. Genialnie wypada fenomenalny
„Clockwork Angels” – co za klimat, feeling! Kawałek złożony z kilku
kontrastujących motywów, będący połączeniem nastrojowej atmosfery z
rockowym „kopem” i oczywiście wyśmienity refren… To kawałek z duszą –
po prostu magia! Klasycznie wypada optymistycznie brzmiący „The
Anarchist” – może nie jest to takie „Roll The Bones”, ale lekkość
klimatu porównywalna. Niezwykle wciągająco prezentuje się wieńczący
całość „The Garden”. Utrzymany jest w balladowej konwencji zawierając w
sobie wiele emocji i wyczucia. Nie ma w nim miejsca na rockowy pazur czy
instrumentalne akrobacje – ot, solidny, nastrojowy kawałek pełen
przestrzeni i uczuć. Podobnie wypada spokojny (choć już nie tak bardzo)
„Halo Effect” – ujmująca atmosfera i lekko orientalna ornamentacja.
Nowy Rush to również sporo ciężaru oraz mocnych, rockowych riffów
(choćby „Caravan”, „Carnies”). Oczywiście wszystko z zachowaniem
znamiennej rush’owej maniery. Atmosferą, lekkością i melodiami zniewala
klimatyczny „The Wreckers” – fenomenalny refren i podkreślony klawiszami
nastrój – palce lizać!
Słuchając tej płyty „ciarki” gwarantowane, co bez wątpienia jest zasługą
doświadczonych instrumentalistów. Neil Peart – jego gra, to totalne
mistrzostwo (tremolo w „Headlong Light” miażdży). To prawdziwy wirtuoz,
który wie jak uderzyć w bęben. Tu wszystko gra jak w zegarku,
profesjonalnie brzmi, tętni życiem, naturalnością. Bębny – jeżeli tak
można powiedzieć – po prostu śpiewają. Napędzają całą maszynę tworząc
solidną konstrukcję, do której można dokładać finezyjne gitary Alex’a
Lifeson’a i bas Geddy’ego Lee. Do tego dochodzi niezwykle
charakterystyczny wokal – jego albo się kocha albo nienawidzi. Jednak,
co by nie mówić, ten aspekt czyni zespół wyjątkowym i niezwykle
oryginalnym. Z początku nowy album może sprawiać pewne problemy wydając
się mało przystępnym, ale z czasem sytuacja diametralnie się zmienia. Po
pewnym czasie płyta odkrywa przed nami swoje atuty, a tych tym razem
jest cała masa. Legendarne trio pokazało klasę, ale czy to jakieś novum?
„Clockwork Angels” jest pozycją obowiązkową dla każdego sympatyka
progresywnego rocka. Rush spisał się na medal pokazując, że mimo
ogromnego stażu i wielu lat na scenie, można wciąż tworzyć ujmujące
dźwięki, kompozycje pełne pomysłów, świeżości i polotu. Ich nowy album
zdaje się przebijać dwa poprzednie krążki i może śmiało konkurować z ich
najlepszymi dziełami. Wraz z kolejnych odsłuchem muzyka coraz bardziej
zniewala, uzależnia i ciężko się od niej oderwać. Jeżeli ktoś ma ochotę
na taki nałóg, to nie pozostaje nic innego jak zakup „Clockwork Angels” –
warto, oj warto!
9/10
Marcin Magiera



















































