1. Wizja Dźwięku (3:23)
2. Nie Bielsko (4:27)
3. Argonauci (3:50)
4. Sopot (4:22)
5. Plaster Miodu 1 (2:28)
6. Szatany (4:22)
7. Witaminki (4:03)
8. Wielkie K (4:02)
9. Mała (3:06)
10. Plaster Miodu 2 (2:24)
11. Piegi W Locie (5:01)
12. Szwajcarski Nóż (4:35)
13. Plaster Miodu 3 (1:43)
14. Ruda Wstążka (4:29)
15. I’m Not Afraid Of Your Soul (3:15)
Rok wydania: 2011
Wydawca: Mystic Productions
http://www.myspace.com/piotrrogucki
– Szlag! – parsknąłby pod koniec tej recenzji przez zęby Loki,
piotrowa interpretacja nordyckiego bóstwa, przedstawiona na omawianym
dziś albumie jako dawna gwiazda rocka i przebiegły obserwator świata.
Parsknąłby, a jego kurtkę pokryłyby strużki krwi, wylewające się cicho z
przebitej nożem piersi. Upadłby na kolana, a oczy, ukryte pod jasnymi
włosami, uniosłyby się ku górze. Z otwartych ust, wyrażających jedynie
zaskoczenie i strach, uleciałaby ruda wstążka – dusza Lokiego wróciłaby
tam, skąd przybyła… Gdzieś poza wiersz.
„Parsknąłby”, gdyby historia przedstawiona na „Lokim” miała porównywalną
głębię do „Hipertrofii”. A tak, moi drodzy Czytelnicy, nie jest.
Dlatego dzisiejsza recenzja obędzie się bez „pseudonatchnionego
bełkotu”, jak to niegdyś określił moje niekonwencjonalne metody
anonimowy Czytelnik.
Bo tym razem Piotrek najwyraźniej chciał wzbudzić kontrowersje nie
zakręconymi niczym świński ogonek tekstami (które, do licha, na ostatnim
krążku Comy dało radę rozszyfrować, zapewniam!), a muzyką. Tak po
prostu. Sam wspomniał, że „gatunkowo to… rock”, ale od czego ma swoich
ukochanych recenzentów, którzy przekonają go czym prędzej, że gatunkowo
to… o wiele więcej. Osobiście dostrzegam w „Wizji dźwięku” wielkie
ukłon przed zachodnią, którąś już z rzędu falą alternatywy. Czuć tutaj
zarówno brytyjskie romanse z elektroniką, jak i szaleńcze riffy
Amerykanów. I poprawcie mnie, jeżeli się mylę, ale „indie” to w Polsce
wciąż termin kojarzący się wyłącznie z ukośnymi grzywkami i trampkami za
czterysta złotych, podczas gdy muzyczny „niezależ” (a jak, trzeba
spolszczać!) praktycznie nad Wisłą nie istnieje. I choćby dlatego warto
solowym dziełem Roguckiego zainteresować.
„Loki – wizja dźwięku” to muzyczna ruletka. Trafimy tutaj na żywcem
wyjęte z albumów Jacka White’a „Wielkie K”, do którego zadziornych
riffów przyjdzie nam zdrowy pobujać makówką; pośmiejemy się z
przesterowanego, pastiszowego „Sopotu” („Trzeba wiedzieć, jak używać
dupy / Dobrze użyta gwarantuje sukces”), zniesmaczymy się głupawymi
„Witaminkami”; wpadniemy w zadziorny trans „Wizji dźwięku” o
niesamowitym finale (Piotrek udowadnia, że śpiewanie w rodzimym języku
traktować może, a nawet powinien jako małe laboratorium, w którym
pozwolić może sobie na wszystko, co mu do tego zakręconego łba wpadnie),
ale i nie unikniemy kilku wzruszeń. Skamieniałe serce poruszy liryczna
„Mała”, lekko folkowy i oniryczny „Szwajcarski nóż” lub trąbka w „Rudej
Wstążce” (przypominam któryś raz – te trąbki to wielki plan muzyków na
rok 2011). Dobry smak na koniec pozostawi też z pewnością kojarzący mi
się z Kasabian „I’m Not Afraid of Your Soul”, który miast pompatycznego
finału, serwuje słuchaczowi wyjątkowo optymistyczny, lekko zabawny
klimat, który niejako przypomina, żeby historii opowiedzianej na „Lokim”
nie traktować wyjątkowo poważnie.
Bo Piotrek dał ogromny argument wszystkim krytykantom jego, bądź co
bądź, poezji. Pojawi się tutaj „kiszona kapusta”, będzie „pierdolenie”,
bohater ujawni, że lubi „chłopców i dziewczynki”, na koniec zaś jego
ciało oblezą „robale i ślimaki”. Nie wydaje mi się, aby sam traktował
historię Lokiego do końca poważnie, ale już teraz mogę zauważyć, że te
same osoby, które niegdyś zjeżdżały go z góry na dół w internecie za
„zbyt skomplikowane, a tak naprawdę mało wnoszące” liryki, teraz
przyczepią się prostoty, braku wyczucia i okazjonalnego chamstwa. Ja nie
przywiązuję do tych tekstów wielkiej wagi, wolę przestudiować jeszcze
raz wzruszającą „Hipertrofię”. Ale błagam, Czytelniku, nie pisz mi
teraz, że współczujesz mi tak beznadziejnego gustu. Bo ja tak o Twoim
nie uważam, skoro tutaj czytujesz 😉
Podsumowując, pierwsze solowe dzieło frontmana Comy to rzecz warta
uwagi. Odcina się od dokonań ojczystej formacji, czym ryzykuje wiele,
ale otwarty i obeznany w światowej muzyce słuchacz powinien to docenić.
Być może zegnie usta podczas sztampowych „Argonautów” lub słabiutkich
„Witaminek”, ale całą resztę wciągnie z pomrukiem zadowolenia.
Ocena: 7,5/10
Adam Piechota












































